Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 25 listopada 2006
Broken Flowers

4 x wariatkowo

 Broken Flowers (2005) USA, Francja

reżyseria i scenariusz: Jim Jarmusch
aktorzy: Bill Murray, Frances Conroy, Jessica Lange, Sharon Stone i Tilda Swinton
zdjęcia: Frederick Elmes
muzyka: Mulatu Astatke

 (7/10)

Możliwe spoilery.

Dużo się swego czasu mówiło o tym filmie.  Był on wydarzeniem kinowym więc gdy pojawił się w telewizji uznałem, że warto go obejrzeć.

I niestety nie jestem przekonany czy ten szum wokół Broken Flowers i zachwyty krytyków były uzasadnione.  Fakt, film jest dobry, ma swój niepowtarzalny klimat, jest inny, wyróżnia się na tle amerykańskiej papki, ale rewelacyjny nie jest.

Jeśli chodzi o niezaprzeczalne plusy Broken Flowers to po pierwsze trzeba wymienić bardzo dobrą grę aktorską Billa Murray'a jako znudzonego, przygnębionego amanta.  Pozostali aktorzy, a raczej aktorki w dziwacznych, często prześmiewczych dla siebie rolach: Tilda Swinton, Sharon Stone, Jessica Lange i Frances Conroy zagrały także dobrze, ale bez rewelacji. Na plus można zaliczyć jeszcze ciekawy dobór piosenek i ładne zdjęcia.

Broken Flowers jest bardzo powolnym filmem, wyglądającym na zlepek trochę przypadkowych scenek, przedstawiający coraz to bardziej oryginalne i dziwaczne postacie - zaczynając od nadgorliwego sąsiada, który chce zostać detektywem, po dawne cztery miłości głównego bohatera.  I chyba tylko dzięki tym wariacjom film nie nuży i prowadzi widza od seny do sceny aż do nic nie wyjaśniającego zakończenia.  Tzn. prawie nic nie wyjaśniającego, bo reżyser pozostawił nam wolny wybór.  Sami, według naszych przemyśleń na temat przedstawionej histori możemy wybrać kto i czyim jest synem głównego bohatera.

23:21, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 listopada 2006
Ludzkie dzieci

dziecka płacz

 Ludzkie dzieci (2006), Kanada, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Alfonso Cuarón
scenariusz: Paul Chart, Mark Fergus, Hawk Otsby, Alfonso Cuarón, Timothy J. Sexton
aktorzy: Clive Owen, Julianne Moore, Michael Caine, Chiwetel Ejiofor, Charlie Hunnam, Claire-Hope Ashitey
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
muzyka: John Tavener

na podstawie: powieści P.D. James

 (8/10)

Brakuje mi ostatnio dobrych filmów sf. Oprócz najnowszych dwóch dokonań Spielberga od kilku lat nie widziałem obrazu, który by mnie zaciekawił, wciągnął, poruszył.
Z filmów Alfonso Cuaróna widziałem "I twoją matkę też" - całkiem ciekawy dramat i trzecią ekranizację przegód Harrego Pottera, która według mnie jest jak na razie najlepszą, najbardziej realną częścią z trzech pierwszych.
I dlatego zdecydowałem się na obejrzenie Ludzkich dzieci.

Ludzkie dzieci są filmem zupełnie nie hollywoodzkim. Mało tutaj efektów specjalnych - a jak już są to raczej niewidzoczne, nie ma spektakularnych scen akcji, pościgów, łatwych rozwiązań. Twórcy skupiają się na postaciach, opowiadanej historii i przedstawieniu jak najbardziej realnie i prawdopodobnie świata przyszłości. A ten jest przerażająco podobny do tego w którym sami żyjemy

Ludzkie dzieci warto obejrzeć choćby z powodu czterech rewelacyjnych scen, które wbijają się nam do głowy i na długo w niej pozostają. Sceny ucieczki samochodem w lesie przed imigrantami, ucieczki z farmy, jednej długiej sekwencji walki nakręconej bez cięć przed szpitalem, oraz wzruszającej cichej sceny przed zniszczonym szpitalem, która w rewelacyjny sposób ukazuje bezsens wojen i wszelkiego rodzaju konfliktów. Wszystkie te momenty są niesamowicie realistyczne, prawdopodobne a przez to nieobojętne dla nas. Dzięki rewelacyjnej pracy kamery i zdjęciom Emmanuela Lubezki mamy wrażenie to co widzimy na ekranie rozgrywa się naprawdę, że znajdujemy sie w centrum prawdziwych wydarzeń.

Plusem Ludzkich dzieci są z pewnością role głównych aktorów czyli Clive'a Owena, który bardzo dobrze zagrał zmęczonego życiem Theo, Julianne Moore i oczywiście Michaela Caine'a jak i bardzo dobra muzyka - szczególnie operowe głosy w niektórych momentach filmu.

Cuarón tym filmem zabrał głos na temat kilku bardzo ważnych i aktualnych tematów jak terroryzm, konflikty zbrojne, fanatyzm religijny, problemy z nadmiarem imigrantów, rasizm, kłamstwa władz państw. Ludzkie dzieci mówią także, po prostu o nas samych. O naszych zachowaniach w ekstremalnych sytuacjach. O naszym gorszym "ja". O nadzei, wierze, przypadku. O naszym stosunku do nas samych i do Boga. Wielość wątków poruszanych przez reżysera nie jest wadą tego filmu, niestety jednak Cuarón trochę za bardzo powierzchownie mówi o tych wszystkich problemach. Nie skupia się na nich, jedynie pokazuje je nam i zostawia. To my sami musimy dalej je rozwinąć...

Drugim minusem filmu są za często pojawiające się skróty. Niektóre sytuacje (np w obozie imigrantów) czy zachowania bohaterów (np żony Jaspera) są dla nas kompletnie niezrozumiałe. Oczywiście dobrze, że Ludzkie dzieci nie są filmem łopatologicznym, że reżyser nie tłumaczy nam wszystkiego po kilka razy, ale znowu nadmiar niedopowiedzeń też nie jest dobry.

Tagi: dramat sci-fi
14:35, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 listopada 2006
Diabeł ubiera się u Prady

that's all

 Diabeł ubiera się u Prady (2006), USA

reżyseria: David Frankel
scenariusz: Don Roos, Aline Brosh McKenna
aktorzy: Meryl Streep, Anne Hathaway, Emily Blunt, Stanley Tucci, Simon Baker
zdjęcia: Florian Ballhaus
muzyka: Theodore Shapiro

na podstawie: powieści Lauren Weisberger

 (8/10)


O książce Lauren Weisberger nie słyszałem nic aż do premiery filmu.  Modą nie interesuję się wogóle, a filmów Davida Frankela, jak nie trudno się domyślić nigdy nie widziałem.  I pewnie gdyby nie Meryl Streep nawet przez myśl by mi nie przeszło by wybrać się do kina na "Diabeł ubiera się u Prady".

I to właśnie Meryl Streep nadaje charakter temu obazowi, dzięki niej cała historia toczy się do przodu. To ona jest tu gwiazdą.  Gdyby nie ona - i jej kolejna genialna rola - film Frankela byłby żaden.  A tak wszystko trzyma się dzięki genialej Meryl.  Już od pierwszej sceny niejako czekamy na jej pojawienie się i całe szczęście niedługo musimy czekać by poraz pierwszy zobaczyć Mirandę Priestly. 

Biedna, młodziutka Anne Hathaway stara się jak może by w swoich scenach wypaść jak najlepiej - wychodzi jej to średnio ale całe szczęście nie tragicznie - co jest pewnym sukcesem.

Zdziwiło mnie, że Meryl gra bardzo spokojnie, jej głos jest opanowany, mówi dość powoli, bez emocji.  Przed seansem spodziewałem się, że będzie to postać wybuchowa, tryskająca energią, zmienna itp.  Ale nie rozczarowałem się i takie, trochę inne podejście do postaci wrednej szefowej bardzo mi się spodobało.  Jednakże wg mnie Miranda jest za mało diabelska.  Co prawda widzimy jej ekstrawagancie, wymagające zachowanie - przynieś, podaj, wymyśl, bez gadania - ale jest ono pokazane w bardzo lekki, komediowy sposób.  Nie czuć tego diabła, który pojawia się w tytule.  Co prawda jak przemyślimy sobie sytuacje, przez które musiała przejść Andy, to zdamy sobie sprawę, że w normalnym życiu takie miłe one nie są, ale na ekranie wyglądają błacho. 
Rozumiem, że "Diabeł..." miał być lekką komedią -  takim właśnie filmem jest, luźną, poprawiającą humor, całe szczęście nieprzesłodzoną historyjką - ale możnaby dodać do postaci Mirandy małą iskierkę drapieżności, trochę pazura.

Na plus filmowi można zaliczyć całkiem dobry dobór muzyki, ładne zdjęcia i montaż - szczególnie w scenie metamorfozy Andy - i nieźle napisany scenariusz.  Dodatkowo dla laików twórcy wrzucili garstkę informacji ze świata mody i o dziwo coś na przemyślenie i zatrzymanie się, czyli wypowiedź Mirandy o tym, że "każdy chce być na naszym miejscu"

00:35, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »