Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
niedziela, 29 stycznia 2017
Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

complete strangers

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwieDobrze się kłamie w miłym towarzystwie (2016) Włochy

reżyseria: Paolo Genovese
scenariusz: Paolo Genovese, Filippo Bologna, Paolo Costella, Paola Mammini, Rolando Ravello
aktorzy: Marco Giallini, Kasia Smutniak, Alba Rohrwacher, Valerio Mastandrea, Edoardo Leo, Anna Foglietta, Giuseppe Battiston, Benedetta Porcaroli
muzyka: Maurizio Filardo
zdjęcia: Fabrizio Lucci
montaż: Consuelo Catucci

 (7/10)

Siedmioro znajomych spotyka się któregoś wieczoru na proszonej kolacji.  Trzy małżeństwa oraz jeden singiel, który podobno wreszcie znalazł dla siebie drugą połówkę, ale ta niestety nie mogła przyjść na spotkanie ze względu na gorączkę.  Większość z zebranych zna się od bardzo dawna, niektórzy nawet od dzieciństwa, i jak mówią, nie mają przed sobą żadnych tajemnic.  W końcu są wieloletnimi kumplami, małżeństwami z długim stażem.  W czasie rozmów pomiędzy jednym a drugim posiłkiem, poruszony zostaje trochę celowo, trochę przypadkiem temat telefonów komórkowych, urządzeń, które właściwie znają całe nasze życie.  Ze zwykłych aparatów telefonicznych przez ostatnie lata przemieniły się w czarne skrzynki mające dostęp do wszystkich naszych sekretów.  Podobno jednak zgromadzeni na kolacji nie mają między sobą żadnych tajemnic.  I wtedy jedna z osób proponuje pewną grę.  Skoro nikt przy stole nie ma nic do ukrycia, to nie powinno być dla nich problemem by wyłożyć na stół swoje smartfony i od tej pory dzielić się z zebranymi wszystkimi powiadomieniami.  Smsy, wiadomości z aplikacji mają być czytane na głos, a odebrane rozmowy przełączone na tryb głośnomówiący.  I choć nie wszystkim podoba się taki pomysł, nikt nie chce się wyłamywać i zaczyna się gra.  Jak nie trudno się domyślić, bardzo szybko wszyscy jej pożałują.

"Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" to komedia bardzo podstępna.  Z początku jest lekka i przyjemna, gdy poznajemy bohaterów, gdy obserwujemy ich ożywione rozmowy, gdy poznajemy dynamikę jaka rządzi w tej grupie dobrych znajomych, właściwie przyjaciół.  Atmosfera jednak zaczyna się zagęszczać wraz z rozpoczęciem gry.  Każdy nadchodzący sms przyspiesza bicie serca u bohaterów.  I choć z początku te wyskakujące co chwila powiadomienia niczego złego nie przynoszą, to jednak w powietrzu unosi się atmosfera niepewności, oraz przeświadczenia, że prędzej czy później coś jednak gruchnie.  I choć pierwsze większe emocje biorą się z nieporozumienia, które nie zostaje od razu wyjaśnione, przez co urasta do ogromnych rozmiarów, bo raz poruszony temat wymyka się spod kontroli, tak po nim następuje prawdziwa katastrofa, właściwe uderzenie.  Tajemnice wychodzą na jaw, wieloletnie przekonania upadają w gruzach , wszyscy dowiadują się tego, czego wiedzieć nie powinni.  I wtedy ta lekka i całkiem zabawna komedia zamienia się w dramat, który całkiem mocno daje po głowie, który chciałoby się jak najszybciej zakończyć, bo aż żal patrzeć na to jak bardzo popsuło się między bohaterami.  Pozostaje pewnego rodzaju niesmak, dołujące uczcie, że wszystko tak się pokomplikowało.  Początkowy śmiech grzęźnie w gardle, gdy okazuje się, że tej lawiny ujawnianych sekretów nie da się zatrzymać.

Reżyser prowadząc tę zabawę z bohaterami swego filmu zastanawia się na ile szczęśliwe związki oparte się w rzeczywistości na prawdzie i szczerości, a na ile na nieświadomości tego co robi, bądź też myśli partner czy partnerka.  Zastanawia się czy małżeństwa mają szansę przetrwać znając całą prawdę, czy konieczne jest trzymanie sekretów, tajemnic tylko dla siebie.  Zastanawia się co jest lepsze, życie w nieświadomości, bezpieczne nieznanie sekretów drugiej osoby czy uświadomienie sobie wszystkiego tego co też ona skrywa.  Reżyser zadaje pytanie o to na ile trwałe i szczere są przyjaźnie, a na ile trwają one tylko dzięki temu, że pewnych rzeczy się nie wie bądź nie mówi.  Oraz wreszcie, na ile tolerancja jest czymś co faktycznie wyznajemy, a na ile jest ona tylko pustym frazesem, jaki wymagamy od innych, a gdy przychodzi co do czego, sami nie jesteśmy w stanie się nią wykazać.  Szkoda tylko trochę, że po lawinie jaka przetacza się po bohaterach, dotykając właściwie każdą z zebranych osób, następuje w tym filmie jeszcze jakby epilog, rozszerzone zakończenie, które niespodziewanie powraca do klimatu z początku seansu, sprawia wrażenie jakby nic się nie stało.  Ten skok klimatyczny za bardzo się tu gryzie i zdecydowanie lepiej by było gdyby zakończyć tę opowieść wraz z końcem kolacji.  Wtedy przekaz tego filmu byłby znacznie mocniejszy.

19:05, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2017
La La Land

another day of sun

La La LandLa La Land (2016) USA

reżyseria i scenariusz: Damien Chazelle
aktorzy: Ryan Gosling, Emma Stone, John Legend, Rosemarie DeWitt, J.K. Simmons, Finn Wittrock, Tom Everett
muzyka: Justin Hurwitz
zdjęcia: Linus Sandgren
montaż: Tom Cross

 (8/10)

Filmy takie jak "La La Land" są w pewnym stopniu same dla siebie niebezpieczne.  Płynące zewsząd zachwyty, nominacje, wyróżnienia powodują, że bardzo trudno pozostać niewzruszonym i wybrać się na seans bez zbyt wygórowanych oczekiwań.  Hype jaki rozkręcił się wokół tego filmu, a który osiągnął swój szczyt po ogłoszeniu rekordowej liczby nominacji do Oscarów, może całkiem dotkliwie zaszkodzić tej produkcji.  Bardzo łatwo bowiem przez zbyt wygórowane oczekiwania, niesprawiedliwie zaniżyć ocenę tego filmu.  W końcu skoro cały świat się zachwyca to łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że obraz ten musi być genialny i wyjątkowy.  I choć w istocie "La La Land" jest bardzo udanym musicalem (który nuci się jeszcze długo po opuszczeniu sali kinowej), to wiele osób może się rozczarować oczekując od niego nie wiadomo jak wielkiego arcydzieła.  A to tylko świetnie nakręcony film, który z jednej strony patrzy z sentymentem wstecz, cytując sceny ze znanych musicali, z drugiej choć jest kolorowy, radosny i bajkowy, całkiem twardo stąpa po ziemi, dziejąc się tu i teraz.  Będąc idealną odtrutką na coraz bardziej absurdalną i szarą rzeczywistość jaka nas otacza.

Zaczyna się z przytupem od genialnie zaaranżowanej sceny tanecznej na zakorkowanej estakadzie, która sprawia wrażenie jakby została nakręcona w jednym długim ujęciu. Ta otwierająca sekwencja momentalnie poprawia nastrój, a chwytliwy motyw przewodni powoduje, że nogi same zaczynają się poruszać w rytm muzyki.  Te pierwsze kilka minut jest kluczowe - albo popłynie się z tym filmem, albo najbliższe dwie godziny będą nudną i męczącą wycieczką do krainy marzycieli.  "La La Land" jest bowiem w dużej mierze hołdem składanym na część dawnych musicali, zachwycającym się filmami jakich już nie ma, starającym się w dzisiejszej rzeczywistości odtworzyć to co tak przyciągało do filmów z dawnych lat.  Jest filmem z sentymentem patrzącym w przeszłość, który wcale nie zamierza tej przeszłości unowocześniać, wręcz przestrzega przed taką kombinacją. Co ciekawe jednak, chociaż w czasie pierwszego aktu występów typowo musicalowych jest tu całkiem sporo, później całość się uspokaja i nie przesadza z muzycznymi wstawkami.  Co więcej wszystkie są tu bardzo naturalnie wplecione w akcję, bezpośrednio z niej wynikają.  Śpiew bohaterów nie zdaje się być w związku z tym czymś nienaturalnym, niepasującym do filmowej rzeczywistości.  Poza tym już samo to kim są bohaterowie tłumaczy i usprawiedliwia musicalowe wstawki - ona jest początkującą aktorką, on jest muzykiem i ogromnym fanem jazzu. Muzyka jest integralną częścią ich życia.

Muzyka jest też integralną częścią samego filmu.  Piosenki i motywy przewodnie powstawały równolegle z pracą nad scenariuszem.  Stąd też muzyka, poszczególne piosenki, montaż, praca kamery, choreografie są tutaj nierozerwalnie ze sobą powiązane i dopracowane w najmniejszym szczególe, do absolutnej perfekcji.  Widać to w genialnej scenie otwierającej, ale i późniejsze numery muzyczne zachwycają tym jak zostały przygotowane, jak wypływają z muzyki, jak idealnie do niej pasują i jak ona idealnie nadaje im tempo.  Co ciekawe "La La Land" choć z pozoru wydaje się być kolorowym, bajkowym, romantycznym musicalem (i taki owszem jest) niesie ze sobą całkiem spore pokłady smutku, niespełnienia, gorzko słodkiego spojrzenia na życie.  I nie chodzi tutaj tylko o zakończenie, któremu daleko do lukrowanej sielanki, która pozostawiałaby wszystkich w idealnym nastroju.  Już sam temat tego filmu nie jest wcale taki radosny i prosty.  To historia o marzycielach i marzeniach.  O chęci bycia kimś wyjątkowym, dokonania w życiu tego co nosi się w sercu.  Opowieść o marzeniach, które wielokrotnie muszą odbić się od szarej, brutalnej rzeczywistości, stawić czoła świadomości, że być może nigdy się nie spełnią.  Opowieść o tym co wybrać: dążenie do marzeń czy ludzi, którzy nas otaczają.  Czy zadowolić się życiem w niespełnieniu, czy mimo wszystko dążyć do celu, ale stając przed koniecznością utraty tego co nie jest zgodne z drogą jaką się wybrało.

W pewnym sensie "La La Land" jest filmem autotematycznym. Jest efektem miłości do kina i do musicali, szczęśliwie spełnionym marzeniem reżysera na które długo musiał czekać, nikt bowiem nie wierzył, że w dzisiejszych czasach całkiem klasyczny musical spotka się z zainteresowaniem widzów.  Dopiero sukces poprzedniego filmu reżysera (genialny "Whiplash") otworzył drogę do powstania tej produkcji.  Nierealne, odległe marzenie stało się możliwe.  Chazelle miał jednak jeszcze ogromne szczęście, że w głównych rolach udało mu się obsadzić Ryana Goslinga oraz Emmę Stone.  Chemia pomiędzy nimi unosi się w każdej scenie.  Z resztą to, że stanowią niezwykle dobrze dobraną parę było widać już w "Crazy Stupid Love", tutaj się to tylko jeszcze bardziej potwierdziło.  To dzięki nim wierzy się w tę prostą historię miłosną, to dzięki nim błyskawicznie czuje się sympatię do bohaterów i chce się towarzyszyć im na każdym etapie tej całkiem długiej historii.  Choć w szczególności zachwyca tutaj Emma Stone, która jest po prostu czarująca.  Jej pozytywna energia, zadziorność i niesamowita naturalność, perfekcyjnie napędzają ten film.

19:07, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2017
Split

horda

Split

Split (2016) USA

reżyseria i scenariusz: M. Night Shyamalan
aktorzy: James McAvoy, Betty Buckley, Anya Taylor-Joy, Haley Lu Richardson, Kim Director, Jessica Sula, Brad William Henke, Sebastian Arcelus

muzyka: West Dylan Thordson
zdjęcia: Mike Gioulakis
montaż: Luke Franco Ciarrocchi

 (7=/10)

"Split" to film bardzo rozdarty, stojący gdzieś po środku tego co w nim dobre, a tego co w nim nieudane. Film, który zyskuje, bądź też traci przez osobę reżysera, zależy czy lubi się filmy Shyamalana, czy dawno się już go skreśliło.  Film, który jest zdecydowanie najlepszym z jego ostatnich dokonań, ale któremu sporo brakuje do pierwszych produkcji reżysera.  Nie można go jednoznacznie skrytykować, za wiele tu ciekawych pomysłów, ale i zachwycić się nie ma jak, zbyt wiele rzeczy tu jednak przeszkadza.  "Split" to film na tyle prosty, że opowiadana w nim historia spokojnie starczyłaby na godzinny metraż, jednak została rozciągnięta aż do dwóch godzin.  Stąd tempo jest w wielu miejscach zbyt powolne, stąd zbyt wiele tu momentów, które można by w ogóle pominąć, lub ukazać je z większą werwą.  Wyjściowy pomysł jest na tyle zwięzły, że można go spokojnie streścić w dwóch zdaniach.  Trzy nastolatki zostają porwane przez młodego mężczyznę, cierpiącego na rozdwojenie jaźni.  Tyle, że rozdwojenie to mało powiedziane, bowiem osobowości przebywających w ciele porywacza jest aż dwadzieścia trzy, a ta najpotężniejsza, i najstraszniejsza, dwudziesta czwarta, ma się niedługo objawić.  

Jest w ostatnich filmach Shyamalana pewna dziwna sztuczność dotycząca bohaterów jak i inscenizacji.  To pierwsze widać najbardziej po postaciach drugoplanowych, które są odklejone od rzeczywistości, pasujące bardziej do kina niezależnego, w którym każdy na swoje specyficzne przywary.  To postaci, które rozbijają klimat, które wielokrotnie okazują się być całkiem nieprzydatne, jak chociażby tym razem pewna starsza pani oglądająca telewizję.  Sztuczność inscenizacji natomiast widoczna jest po tym, że trudno nie oprzeć się wrażeniu, ze wszyscy występujący w filmach Shyamalana tylko grają, wymawiają wyuczone wcześniej kwestie, które może i dobrze brzmiały na papierze, natomiast dziwnie brzmią w nakręconym filmie.  Tak jakby wszystko zaprezentowane na ekranie było tylko udawanym przedstawieniem.  Dodatkowo wiele scen zostaje niepotrzebnie i nienaturalnie przeciągniętych przez co choć można się domyślać, że w założeniu miały być niepokojące i przepełnione trudnym do zniesienia napięciem, stają się niezamierzenie zabawne.  Trudno stwierdzić skąd bierze się ta sztuczność, to uczucie, że to co widzimy na ekranie jest w jakimś sensie fałszywe, nierealne.  Trudno stwierdzić dlaczego wczesne filmy reżysera nie cierpiały na taką przypadłość.

Oceniając "Split" trzeba przede wszystkim docenić i pochwalić Jamesa McAvoya, który w roli mężczyzny cierpiącego na rozdwojenie jaźni jest naprawdę niesamowity.  Niebywałe jest to, że McAvoy nie wciela się tutaj w różne postaci, ale perfekcyjnie tworzy postać jednego człowieka, obciążonego różnymi, bardzo różniącymi się od siebie osobowościami.  Ma się wrażenie, że te różne osoby naprawdę istnieją w jednym mężczyźnie, a McAvoy potrafi przechodzić pomiędzy nimi właściwie w jednym zdaniu, transformując swój głos, mimikę, sposób poruszania się.  Od sepleniącego chłopca, przez idealną panią domu, mężczyznę cierpiącego na nerwicę natręctw, po projektanta mody.  Szkoda tylko, że skoro film ten zapowiada aż dwadzieścia cztery osobowości głównego bohatera, w końcu pokazuje "tylko" osiem z nich.  Pod tym względem "Split" trochę rozczarowuje, bo nie dostarcza tego co obiecywał.  Z innej jednak strony, jest filmem, który w pewnym sensie zyskuje z czasem, którego trochę dziwna, nieprzekonująca struktura nabiera sensu pod koniec seansu.  Z początku bowiem trochę dziwne wydają się wycieczki do przeszłości jednej z porwanych dziewczyn.  Rozbijają akcję, burzą klimat, i wydają się być zupełnie z niczym nie związane, podczas gdy w finale tej opowieści okazują się być kluczowe do zrozumienia postępowania bohaterów.  Bez tego wglądu w dzieciństwo bohaterki finał wydałby się naciągany i nieprzekonujący.

Tagi: thriller
20:39, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 stycznia 2017
The OA

away

The OAThe OA (2016) USA

reżyseria: Zal Batmanglij
scenariusz: Brit Marling, Zal Batmanglij, Melanie Marnich, Dominic Orlando, Ruby Rae Spiegel
aktorzy: Brit Marling, Emory Cohen, Scott Wilson, Phyllis Smith, Alice Krige, Patrick Gibson, Brendan Meyer, Brandon Perea, Ian Alexander, Jason Isaacs, Will Brill, Sharon Van Etten, Paz Vega
muzyka: Rostam Batmanglij
zdjęcia: Lol Crawley
montaż: Jonathan Alberts, Geraud Brisson, Matthew Hannam, Lisa Lassek

 (7-/10)

Pewnego dnia w sieci pojawia się krótkie nagranie.  Widać na nim młodą dziewczynę, która w panice biegnie po moście, wśród hamujących samochodów.  Przeskakuje przez barierkę i w mgnieniu oka skacze do wody. Budzi się w szpitalu po trzech dniach. Ma ogromne szczęście, bo jej upadek skończył się tylko na drobnych potłuczeniach. Nie pamięta jak się nazywa ani jak znalazła się na moście.  Do szpitala przyjeżdża starsze małżeństwo, rodzice dziewczyny.  Jak się okazuje Prerie, bo tak ma na imię, zaginęła siedem lat temu.  Dziewczyna nie poznaje rodziców, póki nie dotknie twarzy swojej matki.  Jak się bowiem okazuje, przed zaginięciem była całkiem niewidoma.  Powrót Prerie do domu staje się medialną sensacją, swego rodzaju cudem - nie dość, że się odnalazła, to jeszcze zaczęła widzieć.  Prerie nie chce nikomu opowiadać tego co przeżyła, nie pamięta swojego imienia, i karze nazywać się OA.  Wkrótce poznaje czworo zupełnie do siebie niepasujących nastolatków i pewną nauczycielkę, z którymi zaczyna spotykać się w opuszczonym domu.  Każdego dnia, dokładnie o północy.  Ma bowiem pewien plan.

"the OA" to przedziwna produkcja, którą bardzo trudno sprawiedliwie ocenić.  Być może dlatego, że nie spełnia pokładanych w niej obietnic.  Być może dlatego, że wybiera kierunki, które nie są dokładnie tymi, które chciałoby się zobaczyć, których nastąpienie wydawałoby się zrozumiałe, konsekwentne.  To serial z ogromnym potencjałem, ciekawy w zamyśle, który jednak zmierza w dość nieoczekiwanym, i nie do końca satysfakcjonującym kierunku.  Pytanie tylko, czy to, że twórcy wybierają zupełnie inną drogę, niż ta, której być może by się od nich oczekiwało, jest wadą tej produkcji, czy wręcz przeciwnie?  Czy to, że wątki nie dążą w spodziewanych, najbardziej charakterystycznych kierunkach świadczy o słabości tej produkcji?  Zdecydowanie nie.  Trudno jednak uznać, że te inne kierunki, które zostały wybrane są w pełni satysfakcjonujące, bo czegoś im jednak brakuje, nie grają tak dobrze jak powinny.  I trudno pisać o tym tak, aby z jednej strony nie zdradzić zbyt wiele z fabuły, ale jednocześnie wytłumaczyć co tak naprawdę rozczarowuje w tej produkcji, a co świadczy o jej wielkości.  Najwięcej powie chyba to, że o rzeczach wielkich, ostatecznych i niedostępnych „the OA” stara się mówić w zbyt prosty, banalny, przez to pod koniec niezamierzenie śmieszny sposób, ale to co ciekawi, to to, że w ogóle stara się poruszać te tematy.

Serial Netflixa jest z pewnością produkcją bardzo nietypową od strony swej struktury.  To osiem odcinków, które z reguły trwają godzinę, prócz tylko półgodzinnego odcinka numer sześć.  Zamiast tytułu serialu, czołówki, otrzymujemy tytuły poszczególnych odcinków, wraz z ich numerem.  Tylko w odcinku ostatnim (na sam koniec) oraz pierwszym (na dziesięć minut przed jego końcem) pojawia się tytuł.  Tak jakby pojawienie się bohaterki było tylko prologiem, a tytuł mógł pojawić się tylko po domknięciu opowieści o OA. Z początku ma się wrażenie, że całość będzie opowiadać o powrocie bohaterki do normalnego życia, po siedmiu latach jej nieobecności, później jednak okazuje się, że w dużej mierze serial ten będzie opowieścią o opowieści, o dzieciństwie i samym porwaniu. A jak z każdą taką opowieścią bywa, pojawi się pytanie na ile ta historia jest odwzorowaniem tego co się zdarzyło, a na ile tylko subiektywnym odczuciem.  Pomiędzy tym co było, będzie trochę wglądu w to co jest, ale nie na tyle, by móc w pełni przywiązać się do bohaterów, niepasujących do siebie nastolatków i samotnej nauczycielki.  Choć to ona w sumie jest tu najciekawszą, budzącą najwięcej sympatii bohaterką.  Osiem odcinków kończy się na tyle konkretnie by stanowić zamkniętą całość, ale zostawia za sobą wystarczająco wiele wątpliwości, by samemu zadać sobie pytania o to co było prawdą, a co nie, co się zdarzyło, a co nie do końca. 

Tagi: dramat sci-fi
21:18, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 stycznia 2017
Paterson

Paterson

PatersonPaterson (2016) USA

reżyseria i scenariusz: Jim Jarmusch
aktorzy: Adam Driver, Golshifteh Farahani, Barry Shabaka Henley, Method Man, Chasten Harmon, William Jackson Harper, Masatoshi Nagase
muzyka: Sqürl
zdjęcia: Frederick Elmes
montaż: Affonso Gonçalves

 (8/10)

Paterson jest kierowcą miejskiego autobusu oraz poetą z zamiłowania.  Kolejne dni jego życia wyglądają dość podobnie.  Budzi się rano, trochę po szóstej, na chwile przed swoją żoną.  Je płatki i idzie na piechotę do pracy.  Jeździ cały dzień autobusem linii 23.  Czas umilają mu zasłyszane rozmowy pasażerów.  W przerwach stara się pisać kolejne wiersze w swoim wielkim tajemnym zeszycie.  Po powrocie do domu dowiaduje się co przez cały dzień robiła jego żona.  Laura jest samozwańczą artystką obsesyjnie lubiącą połączenie bieli i czerni.  Nieustannie przerabia ich mieszkanie, dodając do niego kolejne akcenty właśnie w tych dwóch kolorach.  Wieczorem Paterson idzie na spacer z psem (świetny comic-relief) w czasie którego wstępuje do lokalnego baru na piwo bądź dwa.  I tak mijają mu kolejne dni.

Na pierwszy rzut oka w tym filmie rzuca się pewna specyficzność świata w jakim porusza się bohater. To zwykła, podmiejska rzeczywistość do której wkrada się jednak pewna specyficzna umowność. Każda z postaci, którą Paterson spotyka na swej drodze jest w pewien sposób odklejona od rzeczywistości, każda jest na swój sposób dziwna.  Chociażby żona bohatera, wieczna marzycielka, która chciałaby prowadzić sklep z babeczkami , być piosenkarką, znaną artystką, być wszystkim na raz i każdą postacią z osobna.  Inny przykład to rodzeństwa, wszystkie jakie bohater spotyka na swojej drodze są bliźniętami.  Osobliwa jest również tytułowa zależność: bohater o imieniu Paterson, jeździ autobusem linii "23 Paterson" po mieście Paterson. 

To co jednak najbardziej tworzy klimat tego filmu to jego powtarzalność.  Ta reguła kolejnych niespiesznych dni jakie przeżywa bohater niesamowicie uspokaja, spowalnia atmosferę tego obrazu.  Zupełnie niezwykłe jest tempo tego filmu.  Hipnotyzujące, medytacyjne, uspokajające ale jednocześnie w dziwny sposób fascynujące.  Takie niby nic a jednak bardzo wiele.  Bo choć w zasadzie trudno powiedzieć by ten obraz był o czymś szczególnym, choć niewiele się tu dzieje, choć główny bohater nie przechodzi żadnej przemiany, w jego życiu w zasadzie nie dzieje się nic dramatycznego, to film ten jest jednak czymś więcej niż tylko powtarzalnym zlepkiem tych samych sytuacji.  Jest tu pewna niezwykłość, pewna magia, która otula swoją atmosferą.  Trochę jak z życiem.  Niby dla wielu jest ono całkiem zwyczajne, niby obciążone wieloma nudnymi, powtarzalnymi zajęciami, niby takie nieszczególne, a jednak każde na swój sposób wyjątkowe.

18:35, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2