Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 30 stycznia 2016
Syn Szawła

Saul

Syn SzawłaSyn Szawła (2015) Węgry

reżyseria: László Nemes
scenariusz: László Nemes, Clara Royer
aktorzy: Géza Röhrig, Levente Molnár, Urs Rechn, Todd Charmont, Sándor Zsótér, Marcin Czarnik, Uwe Lauer, Christian Harting
muzyka: László Melis
zdjęcia: Mátyás Erdély 
montaż: Matthieu Taponier

 (8/10)

"Syn Szawła" to historia więźnia obozu koncentracyjnego Auschwitz, który  należał do szczególnej grupy więźniów tzw. Sonderkommando.  Ich zadaniem było pomaganie niemieckim żołnierzom w eksterminacji ludzi przywożonych do obozu.  Więźniowie pracowali przez kilka miesięcy po czym byli mordowani przez strażników i zastępowali kolejnymi powiernikami tajemnic, jak o nich również mawiano.  Główny bohater podczas pracy nad kolejnym transportem więźniów, wśród ciał zamordowanych, dostrzega kilkunastoletniego chłopca, w którym rozpoznaje swojego syna.  Od tego momentu, na przekór obozowej rzeczywistości, do szaleństwa doprowadzać go będzie myśl, potrzeba godnego pochowania dziecka.  Poprzez normalny pochówek przywrócenie odrobiny normalności w tych totalnie nierealnych, okrutnych warunkach egzystencji.  Jego działanie stanie się zagrożeniem jednak nie tylko dla niego samego, ale i dla pozostałych więźniów.  Jak w pewnym momencie powie jeden z nich: Szaweł przekłada zmarłych ponad żywymi.  Uparcie dąży do tego, aby choć przez moment przywrócić pozory zwyczajności.  

Ten pełnometrażowy, węgierski debiut jest filmem niesamowitym chociażby już od samej strony inscenizacyjnej.  Nakręcony w długich scenach, pojedynczych ujęciach, wraz z mnóstwem osób biorących w nich udział.  Sceny trwają i trwają, przez co ma się nieodparte wrażenie, że to co oglądamy nie jest tylko zwykłym filmem.  To zapis historii, odwzorowanie tego jak było, wstrząsające wejście z kamerą w centrum obozowej rzeczywistości.  To uczucie przebywania w centrum wydarzeń tworzą ciekawe zdjęcia, które skupiają się na głównym bohaterze, utrzymując go stale centralnie w kadrze, przede wszystkim pokazując jego postać.  Wojna, obóz, całe otoczenie zostają rozmyte dookoła jego postaci.  Nie widać ich bezpośrednio, pozostają niewyraźnym, tylko zarysowanym tłem, które zostaje jedynie zasygnalizowane.  Ale widz, będąc świadomym historii, tego co działo się w obozach koncentracyjnych, dopowiada sobie to czego bezpośrednio nie widać.  I właśnie to niedopowiedzenie, to, że koszmar obozowej rzeczywistości rozwija się w dużej mierze nie na ekranie ale w wyobraźni, powoduje, że w tym węgierskim filmie horror wojny uderza ze zdwojoną siłą.

Koszmar Auschwitz budowany w tej produkcji jest również przez dźwięk.  Krzyki mordowanych ludzi za drzwiami komór gazowych, odgłosy z pieców palących stosy martwych ciał, nieustający, wszechogarniający płacz i krzyki, właściwie we wszystkich możliwych językach od niemieckiego, przez polski, rosyjski, węgierski.  Pomieszanie języków, kultur, ludzi.  I nieustający chaos.  Nieustający strach, przemoc i brak jakichkolwiek wartości.  Reżyser László Nemes nie stara się tłumaczyć Holokaustu.  Pokazuje jedynie wycinek rzeczywistości, fragment historii, której nie sposób racjonalnie wyjaśnić, której nie sposób wytłumaczyć bo jej koszmar jest nie do pojęcia.  Nie da się zrozumieć tego jak wielki horror przeżyli ludzie w obozach.  Każde słowo i obraz jest niewystarczające, ale "Syn Szawła" tej prawdy stara się być bliski.  Stara się jak najdokładniej przybliżyć terror tamtych chwil.  Szokując, wstrząsając, przerażając momentami do żywego.  Idźcie do kin, bo to ważny film, i najprawdopodobniej tegoroczny nieanglojęzyczny laureat Oscarów.

Tagi: dramat
18:19, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 stycznia 2016
Moja miłość

love

Moja miłośćMoja miłość (2015) Francja

reżyseria: Maiwenn
scenariusz: Étienne Comar, Maiwenn
aktorzy: Vincent Cassel, Emmanuelle Bercot, Louis Garrel, Isild Le Besco, Chrystele Saint Louis Augustin, Félix Bossuet, Patrick Raynal, Paul Hamy, Marie Guillard
muzyka: Stephen Warbeck
zdjęcia: Claire Mathon
montaż: Simon Jacquet

 (7/10)

Czym jest miłość?  Co powoduje, że dwoje obcych sobie ludzi decyduje się na to by ze sobą być?  Razem, na dobre i na złe.  Kiedy kończy się zwykłe zauroczenie, a zaczyna prawdziwa miłość?  Kiedy miłość przemienia się w przyzwyczajenie?  Dlaczego czasem tak trudno razem wytrwać ze sobą, a osobno wcale nie jest lżej?  Co powoduje, że niektórzy tak lgną do siebie, choć wyraźnie nie jest im pisane wspólne życie?  A może właśnie ich odpychające się charaktery będą gwarantem długiego związku, przecież podobno przeciwieństwa się przyciągają?  Jak w pewnym momencie mówi bohater tego filmu: różnice, ciągła sinusoida to życie, a podobieństwa, stabilizacja, to płaska linia czyli śmierć.  To tylko niektóre pytania i kwestie nad którymi zastanawia się reżyserka tego bardzo udanego dramatu.  Filmu, który jest wszystkim tym, czym chciało być "Love" Gaspara Noe, ale czym nie było. Zamiast taniego szokowania golizną i seksem, większy nacisk kładzie się tu na historię, obserwację bohaterów, obserwację postaw i sytuacji.  I tym ten film zdecydowanie wygrywa.

Podobnie jak w "Love", "Moja miłość" składa się z dwóch przeplatających się wątków, które są oddzielone od siebie znaczącym upływem czasu.  Główną bohaterkę poznajemy w momencie gdy po zbyt szybkim zjeździe na nartach ze stoku, trafia do specjalnego ośrodka na kilkutygodniową rehabilitację.  Pomiędzy kolejnymi zabiegami, ćwiczeniami, rozmowami z innymi mieszkańcami ośrodka, kobieta przypomina sobie życie z Georgio, którego poznała kilkanaście lat temu na imprezie.  Ona była początkującym prawnikiem, on właścicielem restauracji i niepoprawnym lekkoduchem.  Między nimi zaiskrzyło właściwie momentalnie.  Bo choć wiele ich dzieliło, Tony potrzebowała takiego wariata, kogoś kto wywróci jej świat do góry nogami, kogoś kto pokaże go w innych barwach.  To co jednak z początku wydawało się być bajką, dość szybko zostało zweryfikowane przez szarą rzeczywistość.  Ale miłość ma przecież to do siebie, że tak łatwo się nie poddaje, i mimo wszystko, mimo wszelkich przeciwności chce trwać.  I tak Tony i Giorgio trwali ze sobą przez lata, mimo trudności jakie stawały im na drodze, mimo ran jakie sobie wzajemnie zadawali.

To co powoduje, że ten film jest tak udaną obserwacją, to niezwykła naturalność jaka z niego wypływa.  Od razu kupujemy tych bohaterów, od razu się do nich przywiązujemy, wierząc w uczucie jakie ich łączy.  Świetny jest przede wszystkim Vincent Cassel, jako czarujący lekkoduch, który żyje od imprezy do imprezy, który potrzebuje wokół siebie ludzi i ciągle nowych wrażeń, bo codzienna rzeczywistość go nuży i męczy.  To człowiek, któremu nie sposób się oprzeć, który rozśmiesza swoim zachowaniem i swoimi komentarzami, któremu łatwo wiele przebaczyć.  On sam jednak wiele by na ekranie nie zdziałał, gdyby nie Emmanuelle Bercot.  Jest między nimi wyraźna chemia.  Tony pasuje i nie pasuje jednocześnie do Georgio.  Jest opanowana i roztrzęsiona, zakochana niczym nastolatka i zmęczona ciągłym zamieszaniem jakie wprowadza w ich życie Georgio.  Ich relacja to wieczny huragan.  A sam film najlepiej porównać do niedawnego "Życia Adeli", które również w niezwykle naturalny, szczery, bezpośredni sposób opowiadało o miłości, kolejnych etapach związku.  I tak jak tamten film i ten kończy się w idealnym momencie, sceną która zastanawia, pozostawia pole do dyskusji, własnej interpretacji.

Tagi: melodramat
19:05, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2016
Nienawistna ósemka

one deadly connection

Nienawistna ósemkaNienawistna ósemka (2015) USA

reżyseria i scenariusz: Quentin Tarantino
aktorzy: Samuel L. Jackson, Kurt Russell, Jennifer Jason Leigh, Walton Goggins, Demián Bichir, Tim Roth, Michael Madsen, Bruce Dern, James Parks, Dana Gourrier, Zoë Bell, Lee Horsley, Gene Jones, Keith Jefferson, Craig Stark, Belinda Owino, Channing Tatum, Quentin Tarantino
muzyka: Ennio Morricone
zdjęcia: Robert Richardson
montaż: Fred Raskin

 (7/10)

Spora część poprzednich filmów Quentina Tarantino posiadała duszę westernu.  Wewnętrznie blisko im było do opowieści rozgrywających się na Dzikim Zachodzie.  Samotny główny bohater, wyraźnie zarysowany konflikt, konkretny czarny charakter, pościgi, pojedynki, i krwawe zakończenia, w których trup słał się gęsto.  Podskórnie filmy Tarantino dążyły do westernów.  Ciekawe więc, że gdy wreszcie Quentin zdecydował się nakręcić pełnoprawny western, produkcja ta okazał się być wcale nie tak udana jak poprzednie dokonania reżysera.  Czegoś jej brakowało, pozostawiało po sobie uczucie niedosytu, niespełnienia.  Może rozczarowanie wynikało z mniej chwytliwego soundtracku (wszak muzyka od zawsze była niezwykle istotnym elementem w filmach reżysera), może z powodu  mniej zwariowanej historii?  Trudno jednoznacznie stwierdzić, jednak "Django" choć nie było filmem nieudanym, nie należało również do najlepszych osiągnięć Tarantino.  Niestety kolejnym, ósmym już filmem reżysera jest znów western.  Projekt, który po tym jak jego scenariusz wyciekł do sieci, został na pewien czas porzucony przez Tarantino, ale później został jednak przez niego nakręcony.

Tarantino jest jednym z nielicznych reżyserów, który sam pisze scenariusze do swoich filmów.  Są one jego autorskimi wizjami.  Tego typu własna kreacja wymaga od niego niezwykłej samokontroli i krytycyzmu.  O ile poprzednie filmy Tarantino sprawiały wrażenie produkcji przemyślanych od początku do końca, dopracowanych w każdej minucie, jego westernowe przygody są filmami jakby bardziej na luzie.  Jakby Quentin trochę odpuścił sobie krytykę własnej pracy, proces udoskonalania swoich pomysłów.  O ile jeszcze w "Django" nie było to aż tak odczuwalne, tak "Nienawistna ósemka" cierpi na brak dodatkowego scenarzysty, krytykanta, który wytknąłby reżyserowi słabsze punkty scenariusza, nad którymi warto by było dłużej popracować.  Ósmy film Quentina jest przede wszystkim za długi, zbyt rozwleczony w czasie i co się zdarza po raz pierwszy, naprawdę przegadany.  Tarantino od zawsze miał wielkie uwielbienie do długich rozmów, jednak tym razem przesadził.  Choć może bardziej od rozwleczonych rozmów problemem jest zbyt słabe napięcie jakie podczas nich panuje.  W poprzednich filmach reżysera bohaterowie mogli rozmawiać o przysłowiowej dupie Maryni, a oglądało się to pierwszorzędnie. Tutaj nawet ważne rozmowy są nakręcone bez ikry, zbyt przedłużone w czasie, przez co brakuje im tej siły rażenia znanej z poprzednich produkcji.  

Tego, że będzie to film przesadnie rozciągnięty można się spodziewać już po pierwszej scenie, gdy w czasie napisów początkowych kamera w okrutnie powolnym tempie oddala się od posągu.  I gdyby nie fantastyczny motyw przewodni napisany przez genialnego Ennio Morricone, jedyne co chciałoby się wtedy zrobić, to przewinąć obraz do właściwej akcji. A takich momentów w "Nienawistnej ósemce" jest niestety więcej.  W tej prawie trzygodzinnej opowieści znajdują się również pomysły, sytuacje, zagrania iście genialne, które przypominają za co tak uwielbiać można kino Tarantino.  Zabawa w dochodzenie tego kto nie jest tym za kogo się podaje.  List od Lincolna.  Zaskakujące cofnięcia w czasie.  Sęk jednak w tym, że te świetne pomysły są zbyt rozcieńczone przez przesadnie długie sceny, momenty, w których mocniej powinien zadziałać montaż.  Nie służą tej produkcji również późniejsze zabawy formą, czy bezpośrednie zwracanie się do widza.  Pojawiający się narrator w postaci samego reżysera, burzy uczucie realności tej historii, przypominając bardzo boleśnie, że jest to tylko filmowa zabawa, historyjka snuta przez wielkiego miłośnika kina.

Najsilniejszym punktem tej produkcji jest to co w filmach Tarantino zawsze zachwycało, a mianowicie występy aktorskie.  Quentin ma niezwykłą zdolność wydobywania z aktorów tego co najlepsze, obsadzania ich w rolach, w których naprawdę błyszczą pełnym blaskiem. I w "Nienawistnej ósemce" obsada jest naprawdę wyborna.  Żeby tylko wymienić takie nazwiska jak Tim Roth, Bruce Dern czy Kurt Russell.  Najlepiej z nich wszystkich prezentują się jednak Samuel L.Jackson, który gra bardzo wyrazistą, ni to pozytywną ni to negatywną postać, która kradnie dla siebie ekran za każdym razem gdy rozpoczyna swój dialog, oraz Jennifer Jaison Leigh, która błyszczy na drugim planie mimo tego, że jej postać jest okrutnie poniewierana przez innych bohaterów i reżysera.  Całość oczywiście kończy się obowiązkową makabrą, która co prawda wypada trochę lepiej niż w "Django", być może dlatego, że jest bardziej rozłożona w czasie, choć zdecydowanie więcej w niej makabry i obrzydliwości.  Tak jakby Tarantino chciał się trochę odkuć za zaskakujące ograniczenie tych elementów w "Death Proof". I choć "Nienawistnej ósemki" nie można nazwać rozczarowaniem, bo jak każdy film Tarantino prezentuje poziom lepszy od niejednej amerykańskiej produkcji, to jednak pozostawia po sobie uczucie pewnego niespełnienia.

Tagi: western
21:32, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 stycznia 2016
Joy

17

JoyJoy (2015) USA

reżyseria i scenariusz: David O. Russell
aktorzy: Jennifer Lawrence, Robert De Niro, Bradley Cooper, Édgar Ramírez, Diane Ladd, Virginia Madsen, Isabella Rossellini, Dascha Polanco, Elisabeth Röhm, Susan Lucci, Laura Wright, Maurice Bernard, Jimmy Jean-Louis 
muzyka: David Campbell, West Dylan Thordson
zdjęcia: Linus Sandgren
montaż: Alan Baumgarten, Christopher Tellefsen, Jay Cassidy, Tom Cross

 (7/10)

David O. Russell do swojego najnowszego filmu zaprosił po raz trzeci Roberta De Niro, Bradleya Coopera i Jennifer Lawrence.  Wszyscy oni grali już w poprzednich projektach reżysera: "Poradniku pozytywnego myślenia" oraz "American Hustle".  Tym razem jednak zdaje się, że Russell zrealizował tę produkcję specjalnie pod Jennifer Lawrence.  Pozostali aktorzy są tylko dodatkiem do głównej bohaterki, przeszkadzającym tłem, które burzy spokój jej postaci, wprowadza chaos i zamieszanie w jej życie.  "Joy" jest popisowym koncertem umiejętności aktorskich Lawrence, która napędza ten seans, nadaje mu charakteru, powoduje, że chce się go oglądać.  Sama historia bowiem na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenie takiej, która wciągnie bądź też zahipnotyzuje.  A dzięki Jennifer tak się właśnie dzieje.  

Lawrence wciela się tutaj w rolę młodej kobiety, ledwo wiążącej koniec z końcem, która żyje w rozpadającym się domu z dwójką dzieci, babcią, matką i ojcem, oraz mężem z którym rozwiodła się dwa lata temu.  Życie jej nie rozpieszcza, ale dziewczyna zawsze miała bujną wyobraźnię i wiele praktycznych pomysłów ułatwiających codzienne obowiązki.  Jednym z nich był pomysł na samo wyżynający się mop.  I o tym jak ten z pozoru prosty wynalazek zawojował Amerykę, jest właśnie ta historia.  A właściwie o tym, jak ciężko było Joy wprowadzić go w życie, przekonać do niego wpierw swoją rodzinę, a później konsumentów.  Russell wyraźnie chciał dodać odrobinę magii do tej opowieści, pewnego specyficznego klimatu niezwykłości.  Stąd liczne sny na jawie, przywidzenia jakie miewają bohaterowie, czy przerysowanie niektórych postaci.  Matka uzależniona od oper mydlanych, ojciec rozwodnik szukający prawdziwej miłości poprzez telefoniczne randki, zazdrosna przyrodnia siostra prowadząca wraz z ojcem warsztat samochodowy tuz przy nielegalnej strzelnicy, były mąż marzący o rozstaniu nowym Tomem Jonesem.  Zgraja dziwaków, którzy swoimi problemami ciągną dziewczynę na dno.  Przez cały pierwszy akt, przez tłum postaci i na siłę dodawaną niezwykłość świata, ma się wrażenie, że Russell tworząc ten film bardzo inspirował się dokonaniami Wesa Andersona.  Czarnym humorem, wyrazistością postaci, nierealnością świata przeplatającą się z ludzkim dramatem.  Ale o ile Anderson jest mistrzem w tym co robi, Russellowi ta żonglerka stylami wymyka się spod kontroli, powodując, że film ten coraz mocniej męczy i irytuje, przeskakując nieustannie od komedii, do dramatu, od pesymizmu do bajkowości.  

Całe szczęście dość szybko następuje jednak punkt zwrotny, moment gdy Joy wpada na pomysł nowego wynalazku.  I od tej chwili, od momentu gdy kredkami swojej córki zaczyna rysować szkic swojego pomysłu, a później budować pierwszy prototyp, tak aby najbliżsi zrozumieli o co jej chodzi, film ten nabiera rumieńców.  Całość nabiera wiatru w żagle, zaczyna interesować, dążyć we właściwym kierunku.  Przerysowana rodzina schodzi na drugi plan, w centrum pozostawiając przede wszystkim bohaterkę i jej kolejne starania by coś w życiu osiągnąć.  Próby realizacji american dream.  I co niezwykłe, choć ciągle mowa o czymś tak prozaicznym, codziennym i zwyczajnym jak mop, ta droga bohaterki do sukcesu naprawdę wciąga, a kolejne sukcesy i porażki Joy naprawdę emocjonują.  Prezentacja w stacji telemarketingowej, pierwsze show na żywo, to sceny, które hipnotyzują, które podnoszą napięcie, które ogląda się jednym tchem.  Świetne tempo, idealny montaż, zdecydowane prowadzenie i fantastyczna Lawrence, która kolejny już raz udowadnia, że jest naprawdę świetną aktorką.

14:11, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 stycznia 2016
Big Short

a true story

Big ShortBig Short (2015) USA

reżyseria: Adam McKay
scenariusz: Adam McKay, Charles Randolph
aktorzy: Christian Bale, Steve Carell, Ryan Gosling, Brad Pitt, Melissa Leo, Hamish Linklater, John Magaro, Rafe Spall, Jeremy Strong, Marisa Tomei, Finn Wittrock, Karen Gillan, Byron Mann, Tracy Letts, Adepero Oduye, Wayne Pére
muzyka: Barry Ackroyd
zdjęcia: Nicholas Britell
montaż: Hank Corwin

na podstawie: książki Michaela Lewisa

 (6/10)

Każdy kto choć trochę poprzebywał na forach filmowych bardzo dobrze zna ten pseudo argument.  To zdanie wytrych, które powtarzane jest za każdym razem gdy brakuje już argumentów.  To swego rodzaju sprzeciw, którego celem jest ucięcie dyskusji, który narzuca zdanie jednej ze stron, stawia ją w teoretycznie lepszym świetle.  Tylko, że wcale tak nie jest, wręcz na odwrót, ten kto posługuje się tym stwierdzeniem jednocześnie poddaje się w dyskusji, nie rozumiejąc, że ktoś inny może mieć odmienne zdanie.  Tym stwierdzeniem jest: "nie podobał Ci się ten film, bo go nie zrozumiałeś".  I o ile w większości przypadków to stwierdzenie jest totalnie nietrafione, tak w czasie seansu "Big Short" zacząłem się zastanawiać, czy akurat w przypadku tego filmu o dziwo nie ma ono zastosowania.  Bo nie jestem w stanie powiedzieć, że w pełni zrozumiałem tę historię, jak również nie powiem żeby mi się ona jakoś szczególnie podobała.  

Twórcy od samego początku dwoją się i troją by jak najbardziej uatrakcyjnić ten seans.  Stąd tyle w tej produkcji zaskakującego humoru, niespodziewanych wstawek, gościnnych występów celebrytów, aktorek jak np. Margot Robie czy Seleny Gomez, które w prosty sposób próbują wyjaśnić zagmatwane filmowe sytuacje czy pojęcia.  Porównując zawiłości fabuły do zakładania się, czy pracy w restauracji.  Twórcy prócz tego dość często, szczególnie w pierwszej części tej produkcji, decydują się burzyć czwartą ścianę, dając możliwość bohaterom bezpośredniego zwracania się do widzów.  Bohater grany przez Ryana Goslinga niejednokrotnie zwraca się wprost do sali, pytając czy nadążamy i czy wszystko rozumiemy, podśmiechując się, że pewnie nic z tego o czym mówią bohaterowie nie jest dla nas jasne.  Te wszystkie dodatkowe atrakcje, oraz bardzo dynamiczny, energiczny montaż mają za zadanie uatrakcyjnić seans, przybliżyć go zwykłym widzom.  Tylko, że nadal fabuła (co zrozumiałe wiedząc o czym jest ten film) kręci się przede wszystkim wokół konkretnych, zawiłych pojęć, specyficznych mechanizmów, reguł, które opisywane są nie zawsze przystępnym językiem i które trudno przedstawić w prostszy sposób.  I o ile sami się poruszanym tematem nie interesujemy, film ten może zdać się pewnego rodzaju dwugodzinnym wykładem, który nie zawsze jest zrozumiały.

"Big Short" momentami przypomina luźny dokument, pewnego rodzaju śledztwo w sprawie, która zdarzyła się naprawdę.  Blisko mu do dokumentu z rodzaju tych jakie realizują chociażby Yes-Meni, z grupą bohaterów, którzy przeciwstawiają się wielkim koncernom, widząc to na co świat nie zwraca uwagi.  Tutaj tymi koncernami są banki.  To takie całkiem odważne podejście do sprawy, które ma na celu oświecić widzów, szerzyć wiedzę na temat krachu finansowego jaki wydarzył się kilka lat temu.  Tłumaczyć mechanizm jaki doprowadził do tamtej gospodarczej tragedii.  „Big Short” inaczej niż "Wilk z Wall Street" nie jest lekką rozrywką.  Film ten choć ubrany w szaty komedii, nie należy do seansów łatwych.  Tym, których nie wciągnie dość zawiła opowieść, na pocieszenie zostają kreacje aktorskie, a zdolnych aktorów w tej produkcji jest akurat pod dostatkiem.  Nominowani do Złotych Globów Steve Carell, który znów tworzy całkiem odmienną dla siebie kreację, oraz fantastyczny także odmieniony Christian Bale, pojawiają się w tej wielowątkowej opowieści najczęściej i są jej najlepszymi elementami.  W tle dodatkowo przewijają się jeszcze Gosling, Pitt, Leo, którzy jak zwykle prezentują udany poziom.  Szkoda tylko, że sam film nie okazał się być równie udany, równie wciągający co ich występy.

Tagi: dramat
19:35, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2