Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 31 stycznia 2015
Hiszpanka

truskawki i śmietana

HiszpankaHiszpanka (2014) Polska

reżyseria i scenariusz: Łukasz Barczyk
aktorzy: Crispin Glover, Artur Krajewski, Jakub Gierszał, Patrycja Ziółkowska, Sandra Korzeniak, Florence Thomassin, Jan Peszek, Tomasz Kowalski, Karl Markovics, Bruce Glover, Thomas Schweiberer, Jan Frycz, Jack Recknitz, Piotr Głowacki, Magdalena Popławska, Agnieszka Podsiadlik
muzyka: Hanna Kulenty
zdjęcia: Karina Kleszczewska
montaż: Łukasz Barczyk, Jarosław Kamiński

 (2/10)

Przykro patrzeć jak miliony złotych wydawane przez Polski Instytut Sztuki Filmowej na współfinansowanie polskich produkcji tak okrutnie się marnują.  Przykro patrzeć jak ciężka i świetna praca scenografów i kostiumografów idzie całkiem na marne bo są one jedynymi pozytywami w całym filmie i giną wśród wszystkich wad na które cierpi ten obraz.  Przykro wreszcie patrzeć jak tak ważne tematy jak Powstanie Wielkopolskie, do którego nawiązuje ta produkcja, są marnowane na idiotyczne wymysły, przerost formy nad treścią.  A tym niestety właśnie jest "Hiszpanka".  Gniotem, którego oglądanie sprawia fizyczny ból.  Filmem z którego ma się ochotę uciec już po kwadransie od rozpoczęcia seansu.  I choć nie mam nic przeciwko fantazjowaniu na temat wydarzeń historycznych, od tego przecież też jest kino, by urzeczywistniać niemożliwe sny i marzenia, choć nie mam nic przeciwko tworzeniu na nowo, przepisywaniu historii (Hitler mógł wszak zginąć w kinie), to na Boga niech te wariacje na temat mają choć odrobinę sensu!  Nie sposób zrozumieć, że ktokolwiek przyłożył się do realizacji tej szmiry, nie sposób zrozumieć, że przyciągnęła aż tylu znanych aktorów.  Straszny jest to film, aż nie wiadomo od czego zacząć, by wymienić wszystko to, co jest w nim takie złe.

"Hiszpanka" jest obrazem, który cierpi na totalny przerost ambicji.  Chce być dziełem ważnym, podniosłym, przełomowym.  Megaprodukcją, arcydziełem, odświeżającym, odkrywczym spojrzeniem.  A w istocie jest zlepkiem luźnych scenek, które nijak nie łączą się w jedną całość.  To film pozbawiony głównego bohatera, który wypełniają marne cienie prawdziwych postaci, przeraźliwie puste wydmuszki.  Co gorsza zagrane przez całą obsadę w tak sztuczny, nieprzekonujący, karykaturalny wręcz sposób, że aż skóra cierpnie.  To sztuka, by doprowadzić bądź co bądź utalentowanych aktorów do tak marnego poziomu.  Totalną porażką jest postać Niemca, doktora, medium, który słania się przez cały seans jakby był pod wpływem, robi groźne miny, przeżywa, szepcze i odzywa się cieniutkim głosem, jakby przez to jego postać miała być złowieszcza i straszna.  W efekcie jest przezabawna, i tragiczna za razem.  I tacy są niestety wszyscy bohaterowie tego filmu (ledwo broni się tylko Jan Peszek).  Nie ma w tej produkcji postaci, który pojawiałby się na ekranie na dłużej, wszyscy sprawiają wrażenie postaci drugoplanowych, epizodycznych.  Podobnie jest z fabułą, a raczej jej marnymi szczątkami.  Wątki pojawiają się i znikają, urywają w dowolnych momentach, by ni stąd ni zowąd ustąpić miejsca innym.  

Teoretycznie "Hiszpanka" opowiada o próbach ochrony Ignacego Jana Paderewskiego, który zimą 1918 roku starał dostać się z Londynu do Polski, a pomóc w tym miała mu grupa telepatów, którzy musieli walczyć z niemieckim medium, dybiącym na życie Mistrza.  Jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało.  Później jest niestety jeszcze gorzej.  Produkcja ta nie ma tempa, brakuje jej rytmu.  Raz przyspiesza nadmiernie, raz zwalnia, nie wiedzieć według jakich reguł.  Z jednej strony stylizowana jest na film sprzed kilkudziesięciu lat, stąd przesadna gra aktorska, okropne zbliżenia kamery, która zoomuje na twarze bohaterów - zabieg, którego nie stosuje się już w dzisiejszym kinie.  Z drugiej jednak strony widać tu wyraźne inspiracje najnowszymi, zachodnimi produkcjami, żeby tylko wymienić "Incepcję", "Grand Budapest Hotel", czy "Moulin Rouge".  Sporo w tym filmie również nowoczesnych zabiegów, sztuczek, jak chociażby całkiem efektowne ujęcie przemieniające się w odbicie w lustrze (ktoś tu z pewnością oglądał "Kontakt").  Ale co z tego, że ten film pęka od efektów specjalnych, co z tego, że jest tak wielką produkcją, skoro nie składa się na kompletny obraz, skoro jest totalnie o niczym, skoro jego wielkość zostaje wykorzystana do opowiedzenia nie mającej sensu, wyssanej z palca opowiastki.  Dawno nie widziałem tak złego kina.  Koszmar jakich mało.  Omijać bardzo szerokim łukiem.

18:32, milczacy_krytyk , 02
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 stycznia 2015
Birdman

used to be...

BirdmanBirdman (2014) USA

reżyseria: Alejandro González Inárritu
scenariusz: Alejandro González Inárritu, Nicolás Giacobone, Alexander Dinelaris, Armando Bo
aktorzy: Michael Keaton, Zach Galifianakis, Edward Norton, Andrea Riseborough, Amy Ryan, Emma Stone, Naomi Watts, Lindsay Duncan, Merritt Wever, Jeremy Shamos, Bill Camp, Damian Young
muzyka: Antonio Sanchez
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
montaż: Douglas Crise, Stephen Mirrione

 (7,5/10)

Niezwykle trudny orzech do zgryzienia.  Film, który jednocześnie zachwyca, ale w pewnym stopniu odrzuca.  Miesza sprzeczne ze sobą uczucia, miksuje podziw i irytację, tworząc bardzo nietypową, bądź co bądź wyróżniającą się całość.  To co zachwyca w niej najbardziej to forma, genialne zdjęcia Emmanuela Lubezki, który rok temu zasłużenie otrzymał Oscara za zdjęcia do "Grawitacji" i wiele wskazuje na to, że i w tym roku ta najważniejsza filmowa statuetka, powędruje w jego ręce.  Kamera w "Birdman" nieustannie podąża za bohaterami, przyczepia się do nich jak rzep psiego ogona, śledzi ich w wąskich korytarzach teatru, czy na ulicach Nowego Jorku.  Podąża ich krokami jakby bez żadnych cięć montażowych (te zdarzają się tylko na początku i w finale tej produkcji), bo wplecione są one w film w takich momentach, że nie sposób je zauważyć, przez co zdaje się jakby te dwie godziny seansu, były jednym, niezwykle długim ujęciem.  Kamera start, zatrzyma się dopiero w finale.

Świetni w tym filmie są również aktorzy, każdy z osobna i wszyscy razem, tworząc wyrównany zespół, grający na naprawdę wysokim poziomie.  Michael Keaton, który tą rolą wraca na szczyt, po latach nieobecności na ekranach.  Żywiołowa Emma Stone wciela się tutaj w córkę głównego bohatera, jego prywatną asystentkę, dziewczynę, która niedawno co zakończyła odwyk, która nie może się pogodzić z tym, że jej życie jest nijakie, podczas gdy od dzieciństwa wpajano jej, że jest wyjątkowa.  Fantastyczny Edward Norton gra tutaj perfekcyjnego aktora, który do przesady oczekuje realizmu na scenie, który w oczach głównego bohatera jest jego największym konkurentem i zagrożeniem.  Naomi Watts wciela się w młodą aktorkę, która od dzieciństwa marzyła o graniu na Broadwayu, której marzenie teraz wreszcie ma szansę się spełnić.  Wszyscy są fantastyczni, ale najbardziej zaskakuje Zach Galifianakis, który absolutnie nie jest do siebie podobny, i świetnie prezentuje się w poważnej roli menadżera głównego bohatera.  Rola całkiem odmienna od jego komediowych dokonań.

Fantastycznie prezentuje się w tej produkcji motyw z wyobrażeniami bohatera, które wpływają na rzeczywistość w jakiej on egzystuje.  Ma wrażenie, że posiada niezwykłe zdolności, specjalne moce, takie jakie miała postać Birdmana, superbohatera, w którego w przeszłości wcielał się aż trzykrotnie, będąc wtedy u szczytu sławy.  Bohater ma wrażenie, że jest Birdmanem.  Porusza przedmiotami za sprawą myśli, potrafi latać.  Wielokrotnie odzywa się też do niego wewnętrzny głos, brzmiący jak głos Birdmana.  Nawiedza, męczy, prześladuje go.  To w pewnym sensie jego wyrzuty sumienia, strach, wątpliwości czy pracować nad wystawieniem sztuki w teatrze, czy wrócić do komercji?  Czy starać się udowodnić coś światu, który tak naprawdę ma wszystko gdzieś, czy klepać kasę na dochodowej marce?  

Fantastyczne jest także to, że produkcja ta jest tak bardzo mocno osadzona w prawdziwej rzeczywistości, wielokrotnie się do niej odwołuje.  Nie jest zawieszona w próżni, jest świadoma istnienia naszego świata.  Stąd z ekranu padają znane nazwiska, wymieniane są tytuły filmów, które niedawno co leciały w kinach, nawet "Transformers" ma tu swoje kilka sekund.  "Birdman" to film tu i teraz, z twitterem, fejsbukiem, klikalnością i filmikami, które w sieci rozprzestrzeniają się jak wirus. To obraz krytycznie przyglądający się dzisiejszemu światu i Hollywood, choć rozgrywa się w teatrze i mówi o próbie wystawienia sztuki.  Co więcej, jest filmem świadomym tego jacy aktorzy grają w nim jakie role.  Bo przecież czy Keaton w pewnym sensie nie gra tutaj samego siebie?  Kiedyś u szczytu sławy, gwiazdor, który w latach dziewięćdziesiątych zasłynął w roli, do której przyodział kostium superbohatera, którego imię również zaczynało się na "B".  A teraz powraca po latach nieobecności?

I choć teoretycznie z wierzchu "Birdman" prezentuje się świetnie, łączy w sobie piękne zdjęcia, porządne występy aktorskie, i nietypową świadomość świata zewnętrznego, to jednak sam seans okazuje się być mało zachwycający.  Co więcej, jest męczący, przesadnie długi, momentami wręcz nudny.  I z przykrością muszę napisać, że nijak do mnie nie trafił.  Obejrzałem go, doceniam, ale go nie poczułem.  Doceniam starania aktorów, doceniam nieziemską formę, tylko sama historia tu opowiadana okazała się dla mnie całkiem obojętna.  A kino, to przecież przede wszystkim emocje.  Gdy ich brakuje, wtedy żadna, nawet najbardziej precyzyjna robota, nie jest w stanie zachwycić.  I choć bardzo chciałbym polubić bez reszty ten film, zachwycić się nim bez żadnych 'ale', niestety jednak nie wpłynął on na mnie tak mocno jak powinien.  I choć wybierając się na ten seans, przeszło mi przez myśl, że może się on okazać pewniakiem do tytułu najlepszego filmu roku, tak się niestety nie stało.  Szkoda. 

21:15, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Carte Blanche

pole widzenia

Carte BlancheCarte Blanche (2014) Polska

reżyseria i scenariusz: Jacek Lusiński
aktorzy: Andrzej Chyra, Urszula Grabowska, Arkadiusz Jakubik, Eliza Rycembel, Tomasz Ziętek, Dorota Kolak, Andrzej Blumenfeld, Maria Chwalibóg, Wojciech Pszoniak
muzyka: Paweł Lucewicz
zdjęcia: Witold Płóciennik
montaż: Jarosław Barzan

 (6/10)

"Carte Blanche" to film opowiadający prawdziwą historię o której kilka lat temu było całkiem głośno w polskich mediach.  Pewien nauczyciel historii w jednej z lubelskich szkół zaczął miewać problemy ze wzrokiem.  Wpierw gorzej widział po zmroku, jego pole widzenia się zawężało, a na tym co widział pojawiały się czarne plamki.  Wkrótce okazało się, że cierpiał na bardzo rzadką, nieuleczalną chorobę wobec której medycyna była bezsilna.  Nie wiadomo było jak choroba będzie się rozwijać, u niektórych trwa to kilka lat, u innych zaledwie miesiące.  Pewne było tylko jedno.  W jej wyniku nauczyciel wkrótce całkowicie utraci swój wzrok.  A w konsekwencji zostanie zapewne zwolniony z pracy, nie przeczyta już nigdy żadnej książki, jego życie w pewnym sensie się skończy.  Mężczyzna jednak nie przyjął tej niekorzystnej diagnozy do wiadomości i starał się w tajemnicy, właściwie przed wszystkimi, żyć tak jakby nadal miał znakomity wzrok.  Niesamowita historia, do tego taka, która wydarzyła się naprawdę.  Tym bardziej szkoda, że film, który ją opowiada okazał się być zwykły i nijaki. 

To straszne ale oglądając "Carte Blanche" nie mogłem się powstrzymać od wrażenia, że jest on wielkim spotem reklamowym lubelskiej komunikacji trolejbusowej.  Tyle w nim scen przerywników ukazujących nowoczesne pojazdy, jakby to one były głównym tematem tej produkcji.  Bohater jeździ nimi do pracy, jeździ również wtedy gdy rozmyśla o swojej trudnej sytuacji.  Często widzimy je jak przemierzają ulice Lublina (który sam w sobie nie jest tak dokładnie i często ukazywany jak właśnie trolejbusy).  I wreszcie występują one w najbardziej malowniczych i nietypowych ujęciach w całym filmie, gdy na tle nieba i mijanych drzew, widzimy ich pantografy odbierające prąd z sieci.  Raj dla fanów komunikacji miejskiej w najnowszym wydaniu.  Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że znajdzie się w filmie, który miał opowiadać o zmaganiach zwykłego człowieka z jego nieuleczalną, straszną chorobą.

Sama historia w „Carte Blanche” opowiedziana została w poszarpanym rytmie, skupiając się co chwila na innej osobie, jakby zapominając, że centralną postacią powinna być osoba nauczyciela.  Tak więc raz skupiamy się na najlepszym przyjacielu bohatera i jego zazdrosnej żonie, raz na przesadnie obrażonej nauczycielce, z którą bohater zacznie później układać sobie życie, a raz na zdolnej uczennicy, która pochodzi z patologicznego domu.  Niewiele więc miejsca zostaje dla głównego bohatera, i choć Chyra tworzy ciekawą postać, przekonująco oddając zagubienie bohatera, jego determinację, wolę walki do normalnego życia, mieszającą się z depresyjną beznadzieją nadchodzącego końca, to jednak inne postaci zbyt mocno zagłuszają jego postać.  Ciekawie wypadają zdjęcia, które w kilku scenach świetnie ukazują to jak nauczyciel widzi otaczający go świat, a raczej to jak coraz mniej z niego dostrzega.  Jednak mimo wysiłków Chyry, oraz tych wizualnych sztuczek ukazujących jego pogarszający się wzrok, los bohatera zdaje się być dziwnie obojętny.  A jego walka o normalne życie zamiast uwznioślać, inspirować i pocieszać, tylko irytuje.  Może gdyby nie wysilony optymizm, jakim nasączony jest ten film, wypływałoby z niego więcej emocji.

20:00, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 stycznia 2015
Gra tajemnic

pay attention

Gra tajemnicGra tajemnic (2014) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Morten Tyldum
scenariusz: Graham Moore
aktorzy: Benedict Cumberbatch, Keira Knightley, Matthew Goode, Rory Kinnear, Allen Leech, Matthew Beard, Charles Dance, Mark Strong
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Óscar Faura
montaż: William Goldenberg

na podstawie: książki "Enigma. Życie i śmierć Alana Turinga" Andrew Hodges

 (6/10)

W pierwszych minutach tego nominowanego do ośmiu Oscarów filmu, główny bohater wygłasza kilka zdań zza kadru.  Jeszcze nie wiemy do kogo dokładnie je wypowiada, to okaże się znacznie później, ale równie dobrze możemy mieć wrażenie, że kieruje je bezpośrednio do nas.  Oznajmia, że za chwilę rozpocznie swoją opowieść, której nie będzie aż do samego końca przerywać.  Powie wszystko co uzna za stosowne, w formie dla siebie wygodnej, nie będzie się powtarzać, ani niczego dokładnie tłumaczyć.  Oczekuje od nas oddania, uważnego słuchania, i tego aby nie oceniać go aż do samego finału.  Odbiorca tego przekazu może słuchać do woli, ale jeśli nie będzie mu odpowiadać to co usłyszy, może wyjść.  Jeśli zostanie, odpowiedzialność za to co się zdarzy nie leży już na bohaterze, tylko na odbiorcy.  Ostrzeżenie i zaproszenie na seans w jednym.  Seans, który niestety nie może się zdecydować jakim tak właściwie chciałby być filmem.  Czy dramatem historycznym, czy trzymającym w napięciu thrillerem, czy lekkim filmem obyczajowym, przybliżającym życie i postać głównego bohatera?  W efekcie produkcja ta nie jest żadnym z powyższych.  Może i broni się we fragmentach, poszczególnych dialogach, krótkich scenach, ale jako całość pozostawia po sobie spory niedosyt.  Bo w sumie tylko muzyka Alexandre Desplat od początku do samego końca prezentuje się świetnie, idealnie wzmacniając ten obraz swymi dźwiękami.  

"Gra tajemnic" to opowieść rozgrywająca się w trzech płaszczyznach czasowych.  Pierwsza umiejscowiona jest w połowie lat dwudziestych, przybliżając szkolne lata bohatera, jego przyjaźń z kolegą z klasy i początki zainteresowań kryptografią.  Później, na drugiej płaszczyźnie skupia się na okresie wojennym, od roku 1939, gdy bohater - Alan Turing, genialny matematyk, przyjeżdża do niewielkiej angielskiej wioski, gdzie razem z innymi wybitnymi ekspertami, rozpoczyna pracę nad rozwiązaniem niemożliwego, nad rozpracowaniem Enigmy, co znacznie pomoże Aliantom w wojnie z Trzecią Rzeszą.  Tu też pojawia się wątek sowieckiego szpiega, oraz lekkie spojrzenie na bohatera, jako geniusza, któremu największy problem sprawiają zwykłe międzyludzkie kontakty.  I wreszcie jest jeszcze ostatnia płaszczyzna czasowa, rozgrywająca się na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy Turing zostaje oskarżony o nieprzyzwoitość, a dokładniej rzecz biorąc o bycie homoseksualistą, co w tamtych czasach w Anglii było nielegalne i karalne.  Tak więc film ten składa się z trzech przeplatających się wątków: początków genialnego matematyka, jego najważniejszego dokonania i niesprawiedliwego, smutnego końca.  Mimo przeskoków w czasie te trzy płaszczyzny są bardzo klarowne, wręcz chwilami zbyt mocno dookreślone, a największy akcent położony zostaje na wątek obyczajowy.  I w tym właśnie tkwi największa słabość tej produkcji.

Z pasjonującej, trzymającej w napięciu historii, w której stawką było życie milionów ludzi, a przeciwnikiem nieustająco upływający czas, reżyser stworzył lekki, chwilami zabawny film obyczajowy o tym jak zamknięty w sobie człowiek, stara się dostosować do życia zwykłych ludzi, by Ci polubili go i jako zespół rozwiązali zagadkę Enigmy.  Okrutnie mało w tej opowieści napięcia, poczucia uciekającego czasu, walki o każdą sekundę.  Teoretycznie wspomniane zostaje osiemnaście godzin w trakcie których eksperci mają czas na kolejne odkrycia, ale ten wycinek doby nigdy nie staje się gorącym terminem podnoszącym napięcie.  Mało w tej produkcji również grozy, horroru wojny, którą choć chwilami widać w krótkich migawkach, nijak nie kładzie się cieniem na klimat całości.  Prawdy historycznej tutaj również za wiele się nie znajdzie, przekazywana jest ona jakby przy okazji i tylko w proporcjach znanych twórcom (pominięty zostaje np. udział Polaków).  I choć teoretycznie najwięcej czasu ekranowego zostaje na życie Turinga, to i ono potraktowane zostało bardzo po łebkach (migawka z dzieciństwa i późniejszy tragiczny koniec), bo z drugiej strony twórcy nie mogą się o nim przesadnie rozwinąć, mając przecież wielką historię na karku.  Na plus zaliczyć można oczywiście grę Cumberbatcha, ale to zdecydowanie za mało by ten średni film uznać za jeden z najlepszych w ostatnich miesięcach.  Spore rozczarowanie.

18:51, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 stycznia 2015
Droga krzyżowa

czternaście

Droga krzyżowaDroga krzyżowa (2014) Niemcy

reżyseria: Dietrich Brüggemann
scenariusz: Dietrich Brüggemann, Anna Brüggemann
aktorzy: Lea van Acken, Franziska Weisz, Florian Stetter, Lucie Aron, Moritz Knapp, Michael Kamp, Georg Wesch
zdjęcia: Alexander Sass
montaż: Vincent Assmann

 (8/10)

Czternaście stacji drogi krzyżowej.  Czternaście długich scen oddzielonych czarnym ekranem i nazwą kolejnej stacji.  Prócz trzech niewielkich wyjątków, wszystkie zaprezentowane z jednego, nieruchomego ustawienia kamery.  Jedno położenie z którego kamera obserwuje bohaterów.  Start, scena, stop.  I tak do samego końca.  Niezwykły pomysł by w tak prostej, nieruchomej formie przedstawić tę opowieść.  Kamera jako cichy obserwator, film jako wycinek życia, zapis konkretnych chwil, odarty z filmowych ozdobników, typowego montażu.  Styl jeszcze bardziej surowy niż ten, który prezentował tryptyk Ulricha Seidla - "Raj".  Tam również kamera była cichym obserwatorem, bezstronnie podążającym za bohaterami, przybliżającym ich ból i nieszczęśliwe losy.  "Raj" miał jednak nadal formę filmu, choć bardzo surowego, zbliżonego do dokumentu.  "Droga krzyżowa" to zupełnie inne doświadczenie, poszczególne fragmenty, pojedyncze sceny, składające się na rozbudowany, przejmujący film.  I już samo to czyni go niezwykłym i wartym zobaczenia.

Nastoletnia, delikatna Marie przygotowuje się do bierzmowania.  Nie jest ono jednak dokładnie takim sakramentem jaki być może znamy z własnych doświadczeń.  Marie należy bowiem do konserwatywnego odłamu Kościoła, który nastawiony jest na powrót do tradycji.  Nie uznaje obecnego Papieża, sprzeciwia się odprawianiu Mszy przodem do wiernych, uznaje obecne nauki Watykanu za niepotrzebnie postępowe, niewłaściwe, niezgodne z tym, czym powinien być Kościół.  Marie chodzi na nauki do młodego księdza, który przygotowuje grupkę dzieci do przyjęcia sakramentu.  Tam uczy się o tym, że jest wojownikiem Chrystusa, że ma prowadzić życie ku chwale Boga, wystrzegać się grzechu, nie myśleć o sobie i nawracać wszystkich, którzy podążają złą drogą.  A tą prezentuje współczesny świat, z lubieżnymi bilbordami, rozrywkową muzyką, w której pełno szatańskich rytmów, czy modą, która powoduje, że ludzie chełpią się swoim wyglądem.  Marie bardzo przejmuje się tym, że jej życie nie jest wystarczająco dobre.  W poczucie winy wpędza ją też co chwila surowa matka, która nie ma cierpliwości do dziewczynki i obwinia ją dosłownie o wszystko, wyżywając się na niej przy milczącej zgodzie potulnego ojca.  Im bliżej bierzmowania, tym Marie ma coraz mniej sił, by udźwignąć oczekiwania swojej matki.  Mimo pierwszego wrażenia "Droga krzyżowa" nie jest jednak wcale filmem antyreligijnym czy antykościelnym.  Na równi przedstawia racje obu stron, nie przychylając się do żadnej z nich.  Pokazuje jedynie jak dosłowne przestrzeganie duchowych reguł prowadzi do wypaczeń.  A to niestety dzieje się z Marie.

"Droga krzyżowa" to przejmujący obraz tego jak wpajane od dziecka poglądy, wierzenia, wpływają na podatny grunt jakim jest psychika młodego człowieka.  Jak wielkie ambicje, wielkie słowa, powtarzane po wielokroć zakazy i nakazy właściwego życia, zostawiają ślad na jego życiu.  Marie maltretowana, zastraszona przez matkę, obsesyjnie religijną, surową kobietę, stara się postępować zawsze właściwie, zgodnie z przekonaniami Kościoła do którego należy.  Z drugiej jednak strony kusi ją młodość, zwyczajne, normalne życie, które jest jej odbierane.  Nie mogąc się sprzeciwić matce, nie potrafiąc odróżnić co jest dobre a co nie - wierzenia Kościoła, czy własne pragnienia - znajduje się w sytuacji bez wyjścia.  Nieszczęśliwa w rodzinie, i nieszczęśliwa wśród rówieśników, postrzegających ją jako wariatkę, naruszającą ich wolność.  Dziewczynka pragnie życia w zgodzie z Bogiem, tak jak nakazuje to jej Kościół i matka, by zasłużyć na życie wieczne. Pragnienie posunięte do takiego ekstremum, że uniemożliwia życie w codziennym świecie.  Bo czy odmawianie sobie wszystkiego co tu i teraz może prowadzić do szczęścia?  Czy nie ważniejsze jest to by przeżyć to życie jak najlepiej, wykorzystać je w każdej chwili i poprzez spędzony tu czas, zasłużyć na obiecywane szczęście? 

Tagi: dramat
18:20, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3