Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 28 stycznia 2014
House of Cards - sezon I

układy

House of Cards - sezon IHouse of Cards - sezon I (2013) USA

reżyseria: David Fincher, James Foley, Joel Schumacher, Charles McDougall, Carl Franklin, Allen Coulter
scenariusz: Beau Willimon, Keith Huff, Rick Cleveland, Sarah Treem, Sam Forman, Kate Barnow, Gina Gionfriddo
aktorzy: Kevin Spacey, Robin Wright, Kate Mara, Corey Stoll, Michael Kelly, Sakina Jaffrey, Kristen Connolly, Sebastian Arcelus, Boris McGiver, Constance Zimmer, Mahershala Ali, Michel Gill, Sandrine Holt, Dan Ziskie, Ben Daniels, Nathan Darrow, Reg E. Cathey, Rachel Brosnahan, Jayne Atkinson, Tawny Cypress, Kevin Kilner, Gerald McRaney, Al Sapienza
muzyka: Jeff Beal
zdjęcia: Eigil Bryld, Tim Ives
montaż: Byron Smith, Sidney Wolinsky, Kirk Baxter, Michelle Tesoro

 (8/10)

"House of Cards" to serial novum.  Zrealizowany przez serwis Netflix, największą wypożyczalnię filmów i seriali na świecie, która swoje produkty oferuje albo na standardowych nośnikach, albo poprzez strumień.  Sytuacja niezwykła, bo produkcja ta całkiem ominęła stacje telewizyjne (przynajmniej w USA).  Pierwszy sezon został wyemitowany wyłącznie w serwisie, co więcej, jednego dnia swoją premierę miały wszystkie odcinki, a więc za jednym zamachem udostępniono użytkownikom całą pierwszą serię.  Emisja bez jakiejkolwiek ramówki, bez oczekiwania na kolejne odcinki, czy konkretną godzinę emisji.  Ciekawy eksperyment, który świetnie pokazuje jak bardzo, w ciągu ostatnich kilku lat, zmieniła się telewizja.  Jak bardzo kształtują ją nowe technologie i formy przekazu.  Już dawno nie tylko mały ekran w domu i ustalone godziny emisji.  Teraz coraz częściej obowiązuje dowolność miejsca i czasu.  Jednak mimo tej zupełnie innej drogi dystrybucji, serial Beau Willimon niczym nie ustępuje najlepszym produkcjom dramatycznym ostatnich lat.  Perfekcyjnie napisany scenariusz i złożone, wielobarwne kreacje aktorskie składają się na jego wielkość.

"House of Cards" to pełna niedopowiedzeń, tajemniczości i zaskoczeń historia Franka Underwooda (perfekcyjny Kevin Spacey), amerykańskiego kongresmena, szefa większości Demokratycznej Partii w Kongresie Stanów Zjednoczonych.  Mistrz dyplomacji, intrygant, który zrobi wszystko by osiągnąć swoje cele, ale zawsze w białych rękawiczkach.  Genialny umysł, przebiegły strateg, bezwzględny człowiek, który całe swoje życie podporządkował pracy i osiągnięciu określonej pozycji.  Teraz, gdy dowiaduje się, że obiecywany od dłuższego czasu awans na stanowisko Sekretarza Stanu przypadnie komu innemu, postanawia, że odegra się na tych, którzy stanęli mu na drodze do wymarzonej posady.  Jednak choć tak rozpoczyna się ten sezon, później rozwija się w dość nieoczekiwanych kierunkach.  Wątek zemsty schodzi jakby na dalszy plan, a zastępują go codzienne problemy jakie rozwiązywać musi Underwood w nowo powstałym rządzie (jak chociażby nowa, kontrowersyjna ustawa ds. szkolnictwa, która ma być pierwszym sukcesem nowej administracji).  Również wątki żony kongresmena (genialna, chłodna, wyniosła i zjawiskowa Robin Wright), która prowadzi fundację charytatywną Clean Water, często pomagając Francisowi w jego pracy, oraz wątek początkującej, ambitnej dziennikarki Zoe Barnes, przyszłej kochanki Underwooda, od którego otrzymuje nieoficjalne informacje o posunięciach rządu, rozwijają się w dość nieprzewidywalnych kierunkach.  Poza tym sam klimat tej produkcji jest niezwykle intrygujący, z jednej strony całość rozwija się wolno i spokojnie, z drugiej od początku wyczuwalne jest tu ogromne napięcie, poczucie, że nadchodzi nieodwracalne.  Niczym kula śniegowa, rozpoczęte w pierwszym odcinku działania bohatera, ściągną ogromne konsekwencje na wszystkich, którzy wezmą udział (nawet nieświadomie) w jego podstępnej grze.

Jednak choć serial ten rozwija się inaczej niż można by sądzić, choć poszczególne odcinki zdają się traktować o pojedynczych sprawach, z czasem okazuje się, że te poszczególne zdarzenia były częścią większego planu, że choć nie bezpośrednio, to jednak i tak, bohater jest coraz bliżej osiągnięcia swoich celów i plan, który powziął na samym początku, jest coraz bliżej pełnej realizacji.  Niczym bohaterowie serialu, którymi manipuluje Francis, my również zostajemy przez niego wykiwani, gdy w ostatnim odcinku zdajemy sobie sprawę, że całość jak najbardziej ma sens i w istocie do tego finału dążyła, konsekwentnie, od samego początku.  I tu objawia się również kunszt gry aktorskiej Kevina Spacey.  Choć od początku wiemy dokładnie jak zły, niemoralny jest jego bohater, jednocześnie czujemy do niego sympatię, pewnego rodzaju podziw, kibicując w jego dążeniach.  Choć te pełne są kłamstw, podstępów, układów i mataczeń.  Uśmiech, elokwencja, pewność siebie w jego wykonaniu są tak czarujące, że nie sposób się im nie poddać.  Szkoda tylko trochę, że niejako trzeba się do tego serialu zmusić, samemu wciągnąć, bo jest to rzecz raczej niełatwa i nie lekka, więc początkowo jej oglądanie wymaga sporego wysiłku.  Jednak później, nie sposób się od niej już oderwać.

16:50, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 stycznia 2014
Pod Mocnym Aniołem

w pijanym widzie

Pod Mocnym AniołemPod Mocnym Aniołem (2013) 

reżyseria i scenariusz: Wojciech Smarzowski
aktorzy: Robert Więckiewicz, Julia Kijowska, Jacek Braciak, Andrzej Grabowski, Kinga Preis, Marcin Dorociński, Izabela Kuna, Arkadiusz Jakubik, Eryk Lubos, Marian Dziędziel, Adam Woronowicz, Krzysztof Kiersznowski, Iwona Wszołkówna, Iwona Bielska, Lech Dyblik, Robert Wabich
muzyka: Mikołaj Trzaska
zdjęcia: Tomasz Madejski
montaż: Paweł Laskowski

na podstawie: powieści Jerzego Pilcha "Pod mocnym aniołem"

 (7/10)

Najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego to nie rozrywkowa "Drogówka", w której wszystkie grzechy bohaterów zostały skontrowane przez chwilami absurdalne poczucie humoru.  To bezlitosne babranie się w brudach alkoholizmu.  Zarzygany, zaszczany, zasrany obraz błędnego koła napędzanego kolejnymi flaszkami, które wlewają w siebie bohaterowie.  W kółko próbując stawać na nogi po przebytej terapii, i znów upijając się do niemożności, upadlając i lądując na samym dnie, na nowo trafiając do zamkniętego zakładu dla alkoholików.  Zawsze z tym samym postanowieniem poprawy.  Bo przecież tym razem będzie inaczej.  I choć historia ta rozpoczyna się od Jerzego, znanego pisarza, który właśnie wydał książkę, w której opisuje swoją walkę z nałogiem, tak naprawdę bohaterów tego obrazu jest wielu.  Ludzie, którym życie rozpadło się przez alkoholowy ciąg, pacjenci przechodzący terapię, która ma pozwolić im przestać pić.  Tym samym Smarzowski pochylając się nad uzależnieniem od alkoholu przelatuje przez lata i profesje, od dziada pradziada po dziś, od kierowcy tira, pisarza, nieszczęśliwej pani domu, po policjantów, lekarzy i księży.  Piją wszyscy, piją na umór, do nieprzytomności, na każdą okazję i bez jakiejkolwiek okazji.  Bez szansy na trzeźwe jutro.

"Pod Mocnym Aniołem" jest filmem trudnym w odbiorze, ale jego forma jest niezwykle interesująca.  Im dalej w las, tym zdaje się, że film ten jest coraz mocniej spity.  Niczym w pijanym widzie, przeszłość zaczyna mieszać się z przyszłością i teraźniejszością, marzenia, wspomnienia, traumy przeszłości wkraczają w prawdziwe życie, świat przyspiesza i się zatrzymuje, film się urywa, niekiedy powtarza.  Euforia przechodzi w depresję, depresja w udawaną sielankę.  Wspomnienia Jerzego, jego 'kiedyś' i 'teraz' mieszają się nieustannie z opowieściami innych pacjentów ośrodka, kreśląc portret zapijaczonego społeczeństwa.  Nie obowiązuje tu żadna chronologia, czas jest płynny, nie ma jednej historii jako takiej, która prowadziłaby w konkretnym kierunku.  "Pod Mocnym Aniołem" to zlepek historii, przypowieści, alkoholowych majaków, które składają się na większy obraz.  Przygnębiający, dobijający, pełen brudu, grzechu i beznadziei.  W innych rękach tak rozczłonkowana opowieść, przepełniona tyloma wątkami, postaciami i punktami widzenia rozpadłaby się na kawałki już po kilkunastu minutach, nie mając najmniejszego sensu.  Tylko dzięki silnej, pewnej ręce Smarzowskiego ten potok obrazów, wycinków z żyć chce się oglądać dalej, choć nie jest to przyjemny widok, i to oględnie powiedziawszy.

Bez pocieszenia, bez odrobiny nadziei na wyjście z zabójczego nałogu historia zatacza koła.  I choć z początku zdaje się, że tym co może uratować, szczególnie Jerzego, jest miłość, nie jest to pewne rozwiązanie.  Bo nawet tak silne uczucie może zostać zniszczone przez kolejny kieliszek.  Jednym się udaje wyjść z uzależnienia, innym nie, nie ma jednego sposobu na powrót do trzeźwości, na pokonanie strasznej bezsilności wobec alkoholu.  Dołuje tu forma, szare brudne zdjęcia, dołują kolejne opowieści o zmarnowanym życiu, zarzyganej przeszłości, z którą nie sposób zerwać.  Przez ekran przewija się tłum pierwszorzędnych aktorów, pojawiających się czasem na dosłownie kilka minut, jak chociażby Agata Kulesza, wypowiadająca tu ze dwa zdania.  Ale nawet mając tylko kilka(naście) minut niektórzy tworzą wyróżniające się portrety.  Jak chociażby Kinga Preis, Iwona Wszołkówna, czy Iwona Bielska, których historie poruszają najbardziej.  Całość kończy się w połowie drogi, równie dobrze mogłaby jeszcze trwać, bo koniec w tym filmie może być i teraźniejszością i przeszłością, jednym z nielicznych trzeźwych momentów w życiu Jerzego, które toczy się nadal.  Bo przecież, tym razem będzie inaczej.

22:00, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 stycznia 2014
Sekretne życie Waltera Mitty

Stop dreaming. Start living.

Sekretne życie Waltera MittySekretne życie Waltera Mitty (2013) USA

reżyseria: Ben Stiller
scenariusz: Steve Conrad
aktorzy: Ben Stiller, Kristen Wiig, Shirley MacLaine, Adam Scott, Kathryn Hahn, Sean Penn, Adrian Martinez, Patton Oswalt, Ólafur Darri Ólafsson, Jon Daly, Terence Bernie Hines, Paul Fitzgerald
muzyka: Theodore Shapiro
zdjęcia: Stuart Dryburgh
montaż: Greg Hayden

 (7/10)

Walter Mitty jest przesadnie uporządkowanym, cichym i skromnym facetem mieszkającym gdzieś na Manhattanie.  Jest samotny, swojego szczęścia próbuje jednak szukać na portalu randkowym na którym zbiera się do puszczenia oka do Cheryl, swojej koleżanki z pracy z działu księgowego, która strasznie mu się podoba, ale do której nie ma śmiałości zagadać.  Zawodowo Walter od szesnastu lat pracuje w tym samym miejscu, w magazynie Life.  Zajmuje się tam wywoływaniem zdjęć z klisz przesyłanych przez reporterów z całego świata.  Uwielbia swoją pracę i w tym co robi nie ma sobie równych.  Jednak pewnego dnia okazuje się, że szefostwo magazynu zdecydowało się na zawieszenie papierowej edycji pisma i całkowite przejście do sieci.  Do przygotowania jest jeszcze jeden, ostatni numer Life.  Na jego okładce znaleźć się ma jedno ze zdjęć, jakie akurat nadesłał Sean O'Connell, jeden z najbardziej utalentowanych fotografów pracujących dla magazynu.  Zdjęcie numer 25.  Pech jednak chce, że brakuje go na kliszy.  Dotąd nigdzie nie podróżujący Walter, postanawia, że nie spocznie póki go nie odnajdzie, nawet jeśliby miał przemierzyć pół świata w poszukiwaniu tej fotki.  

Niestety nie do końca udał się ten film, choć chęci i zamiary na tę produkcję były jak najlepsze.  Co prawda nie można czepiać się tu nieprawdopodobności wielu zdarzeń, w końcu to historia o wiecznym marzycielu, który po wielu latach, wreszcie wychodzi do świata i na własnej skórze zaczyna doświadczać życia, ale cześć zdarzeń jest tu tak nieprawdopodobnych, absurdalnych i przesadzonych, że aż irytują.  To marzycielskie rozbuchanie scenarzystów samo w sobie nie jest największą bolączką tego obrazu.  To co razi tu najbardziej to pomieszanie styli i przeróżnych pomysłów na tę produkcję, które momentami nijak się ze sobą nie komponują.  Bo „Walter Mitty” chce być jednocześnie bardzo efektownym blockbusterem i skromnym filmem przypominającym klimatem produkcję niezależną.  Z jednej strony blisko mu do głupawej komedii, chwilami nawet parodiującej inne filmy, z drugiej ciągnie go do ciepłego dramatu, pocieszającego filmu obyczajowego.  Zbyt wiele tu tych różnych podejść, zbyt wiele wykluczających się, gryzących ze sobą pomysłów, przez co te najbardziej zachwycające (całe szczęście jest ich tu całkiem sporo) nikną gdzieś w tych chybionych, które nie są najgorsze, ale do tego obrazu niestety nie pasują.  Spowalniają one film, wypełniając niepotrzebnymi dłużyznami, przez które momentami staje się on strasznie nierówny, nudny, dążący jakby do nikąd.  Bo jasno określony cel rozmywany jest przez niepotrzebne wypełniacze.

Wszystkie te gorsze chwile, wynagradza jednak cudowne uczucie pocieszenia, pokrzepienia, które wynosi się z sali kinowej tuż po zakończonym seansie.  To niezwykłe, ale choć film Stillera nie jest wolny od wad, to jednak udaje mu się przekazać ogrom pozytywnej energii, napełnić nadzieją i radością.  Cudowne uczucie dla którego warto się wybrać do kina.  To optymistyczne uczucie udaje się tu wykrzesać dzięki pięknym, kolorowym zdjęciom uchwycającym piękno islandzkich krajobrazów, oraz muzyce, delikatnej, marzycielskiej, lekko melancholijnej.  Proste, ale urzekające nuty.  Urzekające i niezwykle krzepiąc są również myśli płynące z tej historii.  Mówiące o tym by wierzyć w siebie, nie starać się być kimś innym, bo każdy z nas jest wyjątkowy i tylko wierząc w siebie, tę wyjątkowość będą mogli zobaczyć i inni.  By realizować swoje marzenia, nie czekać, bo życie pędzi przed siebie i na spełnianie marzeń nie mamy wiele czasu.  I wreszcie, by żyć chwilą, by czerpać z każdego momentu swego życia jak najwięcej.  Bo życie jest piękne.  Po prostu.  I właśnie za umiejętne przypomnienie tych wniosków, za to cudowne po seansowe uszczęśliwienie, należy się tej produkcji dodatkowy plus.  Już od dłuższego czasu brakowało mi tego uczucia.

21:22, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 stycznia 2014
Nimfomanka - część I

the secret ingredient to sex is love

Nimfomanka - część INimfomanka - część I (2013) 

reżyseria i scenariusz: Lars von Trier
aktorzy: Charlotte Gainsbourg, Stellan Skarsgard, Stacy Martin, Shia LaBeouf, Christian Slater, Uma Thurman, Sophie Kennedy Clark, Connie Nielsen, Jesper Christensen, Hugo Speer, Nicolas Bro, Jens Albinus, Felicity Gilbert
zdjęcia: Manuel Alberto Claro
montaż: Morten Hojbjerg, Molly Marlene Stensgaard

 (8/10)

Miał być skandal, miał być najodważniejszy, najbardziej kontrowersyjny film od lat, a jest obraz zaskakująco spokojny, wyciszony, tylko z lekka rozerotyzowany dramat.  Film, w którym najdziwniejsze jest pierwsze kilkanaście minut.  Przeciągający się czarny ekran z odgłosami kapiącego deszczu, późniejsze liczne zbliżenia na obskurny zaułek w którym Seligman odnajduje Joe, oraz sam moment gdy to sie dzieje, któremu towarzyszy grzmiąca zza kadru piosenka zespołu Rammstein, kompletnie tu do niczego nie pasująca.  Dopiero po tym zdecydowanie za długim i dziwacznym wstępie rozpoczyna się właściwy film.  Oparty na długiej opowieści jaką prowadzi brutalnie pobita kobieta, świetnie poprowadzonych rozmowach między starszym już mężczyzną, fanem wędkarstwa, pasjonatem muzyki klasycznej (szczególnie Bacha), a bohaterką, nieszczęśliwą kobietą, która cierpi na nimfomanię.  Opowieść o jej życiu, przedstawiająca w często przerywanych retrospekcjach najważniejsze momenty z jej życia.  Od lat młodości, dzieciństwa, przez wiek nastoletni, liczne romanse, seksualne przygody, aż po sytuacje obecną.  Jak na spowiedzi bohaterka mówi o swoich grzechach, starając się wytłumaczyć jak doszło do tego, że znalazła się na ulicy.  W jej historii przewija się wiele różnych osób, niektóre pojawiają się na chwilę (jedno nocni kochankowie), inni na dłużej, jak chociażby żona pewnego mężczyzny, który ma romans z Joe i zamierza opuścić swoją rodzinę dla młodej dziewczyny (genialny epizod Umy Thurman, która przez kilkanaście minut kradnie ekran wyłącznie dla siebie).    

Ciężko oceniać ten film z jednego prostego powodu.  Teraz w kinach możemy oglądać tylko jego połowę.  Choć Nimfomanka wchodzi na polskie ekrany z podtytułem "część pierwsza", tak naprawdę nie jest to pierwsza część filmu, który miałby swoją kontynuację.  To pierwsze cztery rozdziały, bo rozdziałami opowiada swoje życie Joe, które zmieściły się w dwóch godzinach seansu.  Choć von Trier zawarł swój najnowszy film w prawie sześciu godzinach, metraż ten został decyzją producentów skrócony do czterech, i tak zbyt długich do wyświetlania w normalnych salach kinowych.  By prezentować "Nimfomankę" szerokiej publiczności konieczny był więc jeszcze ten sztuczny podział, na dwie dwugodzinne części, które tak naprawdę tworzą jeden obraz nie potrzebujący żadnych przerw.  Stąd teraz otrzymujemy film, który nie jest pełny i który oceniać będzie można właściwie dopiero pod koniec stycznia, gdy do kin zawitają dalsze rozdziały w drugiej odsłonie "Nimfomanki".  To co teraz otrzymujemy zdaje się być zaledwie nieśmiałym wstępem, grą wstępna, posmakiem tego co przygotował reżyser.  I jest to niezwykle interesujące i wciągające.  Bo choć obraz ten trwa 120 minut, nijak nie czuć tego czasu, seans mija błyskawicznie i lekko.  Aż chciałoby się zostać na sali, na dalszy ciąg, już teraz.  Bo opowieść Joe pochłania, ciekawi, interesuje i bawi.  To niezwykłe, ale najnowsza produkcja duńskiego reżysera nie dość, że nie przytłacza swoim ciężarem, jak czyniły to jego poprzednie dzieła, to jeszcze jest do tego zabawna.  Nie traktuje opowieści Joe śmiertelnie poważnie, wielokrotnie okrasza ją dowcipem, ciętym komentarzem, zaskakującym spojrzeniem, wprowadzając nie raz absurdalne sytuacje, które rozluźniają atmosferę.  Do tego jest obrazem bardzo pomysłowym w swojej formie, dzięki licznym przerywnikom pokazującym chociażby to o czym mówią bohaterowie.  Wielkie napisy i grafiki pojawiające się na ekranie, w ciekawy sposób komentują zdarzenia i pomagają je odciążyć.  

Tak zapowiadanych, śmiałych scen seksu zbyt wiele tu nie ma (w niedawnym "Życiu Adeli" intymnych, przedłużających się chwil między bohaterkami było znacznie, znacznie więcej i były one bardziej intensywne).  Von Trier nie epatuje ani nagością ani przesadnie dokładnie ukazywanymi stosunkami, nie przekracza żadnych granic, przez co jego obraz, choć dość śmiały, w żadnym wypadku nie można nazwać porno.  "Nimfomanka" jest rozerotyzowaną (jakżeby mogło tu nie być nagości i seksu, skoro temat niejako je wymusza) i przede wszystkim smutną historią pewnej strasznie samotnej kobiety.  Kobiety, która jak mówi sama o sobie, jest złym człowiekiem.  Jednak jak jej się zdaje, jej jedynym grzechem było to, że od zachodów słońca wymagała zawsze więcej niż inni.  To historia kobiety, której życie, choć wypełnione licznymi kochankami, jest niesamowicie puste i niespełnione.  Ale choć Joe potępia się za swoje pragnienia, Seligman za każdym razem stara się odwrócić sytuację, spojrzeć na nią z lepszej strony, wytłumaczyć poczynania kobiety.  Rozgrzeszyć z niepohamowanego pożądania, któremu się poddawała.  Najciekawsze z tego wszystkiego jest jednak to, że choć bohaterka na pierwszym miejscu stawia seks, fizyczną przyjemność, przekreślając miłość, uważając, że jest ona zakłamanym uczuciem, to wniosek nasuwający się z tego filmu (przynajmniej na tę chwilę), jest wręcz przeciwny.  Tylko miłość ma sens.  Samotność, pustka, nieszczęście przez które tak cierpi Joe wynikają z braku miłości, z zaprzeczania jej.  Jak mówi jej przyjaciółka z lat młodości, sekretnym składnikiem seksu, tym co nadaje mu sens, jest miłość.  Wyjątkowo budujący wniosek z filmu, który miał być wyzywającym porno. 

22:48, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 stycznia 2014
W ukryciu

obsesja

W ukryciuW ukryciu (2013) Polska

reżyseria: Jan Kidawa-Błoński
scenariusz: Maciej Karpiński
aktorzy: Magdalena Boczarska, Julia Pogrebińska, Tomasz Kot, Krzysztof Stroiński, Jacek Braciak, Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz, Maciej Mikołajczyk
muzyka: Antoni Łazarkiewicz
zdjęcia: Łukasz Gutt
montaż: Jan Kidawa-Błoński jr.

 (6,5/10)

Rok 1944.  Młoda kobieta przyjeżdża do Warszawy w odwiedziny do swojego ojca, który utrzymuje się z wykonywania fotografii w zakładzie jaki prowadzi na parterze budynku, w którym mieszka.  Kobieta już na dzień dobry przeżywa nie małe zaskoczenie.  Okazuje się bowiem, że ojciec ukrywa pod podłogą mieszkania córkę swojego bardzo dobrego znajomego.  Żydówkę.  Oburzona i przestraszona początkowo nie zgadza się na podejmowanie takiego ryzyka, ale nie ma w tym temacie nic do powiedzenia, bo zdanie ojca jest niepodważalne.  Poza tym poznała już sekret, którego dla ich dobra, nie może nikomu zdradzić.  Traf jednak chce, że wkrótce zabraknie ojca i kobieta będzie zmuszona zacząć, na własną rękę, opiekować się Żydówką, trzymając ją w ukryciu przed Niemcami.

To co dzieje się później to pewnego rodzaju wariacja na temat.  Dość wybujałe gdybanie, które co prawda ogląda się dobrze, ale które chwilami zdaje się być przesadzone i wyłącznie filmowe.  Między kobietami tworzy się więź, dziwne przywiązanie, które przekształca się od niechęci, przez obojętność, do fascynacji, również tej fizycznej, która zakończy się totalną obsesją.  Potrzeba bliskości drugiej osoby, która rozwija się w nietypowym kierunku, wkraczając na tory romansu, opętania, relacji ofiara - oprawca, zakładnik - dręczyciel.  Relacji, która nigdy by nie zaistniała w normalnych warunkach, ale w obliczu zamknięcia, nieustannego zagrożenia, w obliczu trwającej za oknami wojny, jednak się wydarzająca.  Nie jest to jednak romans les, jak usilnie reklamowały ten film zwiastuny, a przynajmniej nie stricte.  To bardziej film ukazujący ogromną potrzebę bliskości, poczucia opieki, w czasach gdy w każdej sekundzie mogła nadejść śmierć.  Historia potrzeby tak wielkiej, że wpędzającej na drogę szaleństwa i kłamstwa, które raz wypowiedziane, urasta do ogromnych rozmiarów, z którego nie można się już wycofać.  "W ukryciu" to kino interesujące, zaskakujące, bo jest tu kilka niespodziewanych zwrotów akcji, ale dość wydumane, przez co trzeba je jednak oglądać z odrobinę przymrużonym okiem.  

To co w tym obrazie najbardziej przeszkadza, to zbyt wielkie skróty fabularne.  Najbardziej jest to wyczuwalne i denerwujące w rozwijającej się relacji między bohaterkami, która następuje zbyt skokowo i gwałtownie.  Kolejne etapy, od nienawiści, do pełnej zależności dzieję się zbyt gwałtownie, za szybko, przez co chwilami trudno uwierzyć w taki rozwój wypadków.  Z drugiej jednak strony niewątpliwym plusem tego obrazu jest jego delikatność.  To szczególnie widać w tym jak ukazane są tu historyczne zmiany.  Nie dosłownie, a symbolem, kątem oka, przez chwilę kierując kamerę na jakąś sytuację, wykorzystując obraz do mówienia o zmianach.  Co jest ogromną zaletą, szczególnie w polskim kinie, cierpiącym na potworną dosłowność obrazów i słowne opowiadanie.  Szkoda tylko trochę, że całość kończy się tak nagle, że rozwiązanie tej historii jest tak łatwe.  Tak jakby twórcy nagle zdali sobie sprawę z tego, że upłynął już ich czas i natychmiast muszą kończyć.  Na plus za to trzeba koniecznie zaliczyć bardzo, ale to bardzo udaną stronę techniczną tego obrazu.  Zdjęcia, muzyka, montaż, dźwięk, wszystkie te elementy, do których nie można się ani trochę przyczepić.  Dawno nie widziałem tak udanych w polskiej produkcji.  

17:22, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2