Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 29 stycznia 2013
Niemożliwe

oczywiste

Niemożliwe

Niemożliwe (2012) Hiszpania

reżyseria: Juan Antonio Bayona
scenariusz: Sergio G. Sánchez
aktorzy: Naomi Watts, Ewan McGregor, Tom Holland, Samuel Joslin, Oaklee Pendergast, Marta Etura, Sönke Möhring, Geraldine Chaplin, Ploy Jindachote, Douglas Johansson, Nicola Harrison
muzyka: Fernando Velázquez
zdjęcia: Óscar Faura
montaż: Bernat Vilaplana, Elena Ruiz

 (6/10)

W 2004 roku w wybrzeże Tajlandii uderzyło potężne tsunami niszcząc wszystko co napotkało na swojej drodze, odbierając życie tysiącom istnień.  Film ten jest prawdziwą historią jednej rodziny, która znalazła się w samym centrum tego koszmaru.  Historią z naciskiem na prawdziwą, jak podwójnie informują napisy początkowe.  Spektakularny temat, dlatego ciekawe, że za film do którego potrzebny był ogromny rozmach realizacyjny, nie odpowiada wcale wielka hollywoodzka wytwórnia.  "Niemożliwe" nie jest bowiem produkcją amerykańską, to film hiszpański, zagrany w języku angielskim, do którego zostali zaangażowani znani na całym świecie aktorzy.  Sporo mniejszy budżet nie jest tu jednak wcale odczuwalny.  Gdy trzeba film ten jest bliski i kameralny na typowo europejski sposób, a i sceny kataklizmu w niczym nie odstają od tych, które zwykle można oglądać w produkcjach wysokobudżetowych.  I to nawet mało powiedziane, bo scena w której woda wdziera się w ląd wbija w fotel i wywołuje ciarki na ciele, a wszystkie sceny rozgrywające się pod wodą aż wysysają powietrze z płuc.  W ich trakcie aż chce się łapczywie zaczerpnąć powietrza. 

I niestety w dużej mierze tylko dla tych kilku spektakularnych momentów (jak oni to nakręcili?) warto wybrać się do kina na film Bayona, bo prócz zapierających dech w piersiach chwil ukazujących potęgę żywiołu, "Niemożliwe" jest filmem raczej typowym, zwyczajnym i niczym szczególnym się nie wyróżniającym.  To spojrzenie przede wszystkim na chaos panujący tuż po kataklizmie.  Na panikę, totalną dezinformację i tysiące ludzi szukających swoich bliskich wśród nielicznych ocalałych.  Spojrzenie przeprowadzone oczami członków rozdzielonej przez żywioł rodziny, którzy starają się odnaleźć po ustaniu fal.  W czasie seansu pojawiają się więc łzy cierpienia i szczęścia, jest też krew i głębokie rany, jest niecierpliwe oczekiwanie i wreszcie ulga, gdy kolejne dramatyczne sytuacje kończą się dobrze.  Problem jednak w tym, że tak jest, tak miało być, ale oczywistość tych chwil odbiera im całą ich moc.   Nie sposób się nie wzruszyć, gdy muzyka uderza w tony rozrywające serce, zdjęcia pokazują najbardziej wzruszające obrazy, a aktorzy walczą z płaczem malującym się na ich twarzach.  Wielokrotnie jednak jest to wzruszenie na siłę.  Choćbyśmy się bronili i nie chcieli rozkleić, łzy i tak zaczynają cieknąć, bo muszą, choć bardziej z powodu udanie przeprowadzonego zabiegu, niż naszej szczerej chęci.  A przez to seans mija raczej spokojnie i niewiele na dłuższą metę po nim pozostaje.  Może tylko większa świadomość jak straszne i niemożliwe do opisania było to przeżycie.

Całkiem zaskakujące w tym filmie jest za to rozłożenie akcentów pomiędzy poszczególnymi bohaterami tej opowieści. Wydawać by się mogło, że skoro w obsadzie pojawiają się dwa bardzo znane nazwiska , to właśnie one będą tu przewodzić i zajmować najwięcej czasu ekranowego.  Nic bardziej mylnego, bo pierwsze skrzypce grają tutaj świetni młodzi aktorzy: Tom Holland (wcielający się w postać najstarszego syna Lucasa) oraz młodszy od niego, choć wcale nie gorszy, Samuel Joslin czyli filmowy Thomas.  To oni w tej opowieści są najważniejsi, to na nich w dużej mierze opiera się ta produkcja, spychając McGregora oraz Watts na drugi plan.  A jeśliby już porównywać tę dwójkę, to występ McGregora, choć krótszy, dostarcza jednak więcej emocji (rozmowa przez telefon) i przy całej mej sympatii do Naomi, którą uwielbiam i której występy śledzę na bieżąco, starając się nie przegapić żadnego filmu z jej udziałem, zupełnie nie rozumiem nominacji do Oscara za jej rolę.  Już prędzej widziałbym to wyróżnienie przy nazwisku McGregora.  Ale nie od dziś wiadomo, że wybory Akademii bywają dyskusyjne.

22:50, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2013
Sesje

spotkania

Sesje

Sesje (2012) USA

reżyseria i scenariusz: Ben Lewin
aktorzy: John Hawkes, Helen Hunt, William H. Macy, Moon Bloodgood, Annika Marks, Adam Arkin, Rhea Perlman, W. Earl Brown,  Robin Weigert, Blake Lindsley, Ming Lo, Rusty Schwimmer, Jennifer Kumiyama, Tobias Forrest, Jarrod Bailey, James Martinez
muzyka: Marco Beltrami
zdjęcia: Geoffrey Simpson
montaż: Lisa Bromwell

 (7,5/10)

"Sesje" to niezwykle delikatna, czuła i wyważona opowieść o Marku O’Brienie.  Mężczyźnie który w wieku sześciu lat zachorował na polio.  Choroba osłabiła jego mięśnie tak bardzo, że na całe swoje późniejsze życie został przykuty do łóżka.  Choć nadal miał czucie, mógł poruszać właściwie tylko głową.  Pomimo jednak swego stanu był człowiekiem nad wyraz dowcipnym, pogodnym i ujmującym.  Zdając sobie sprawę z tego, że dożywszy aż trzydziestu ośmiu lat, nie ma szans na wiele więcej, zdecydował sie na kontakt z terapeutką. I to nie byle jaką, bo z seksterapeutką, a dokładniej rzecz biorąc z surogatką z którą mógłby przeżyć coś czego dotąd w życiu jeszcze nie zaznał.  Seksu.  Stosunki, co prawda za pieniądze, ale jak na pierwszej sesji wyjaśnia terapeutka, nie będące prostytucją, bo po pierwsze mające mu pomoc w odkryciu własnego ciała i przeżyciu czegoś na co do tej pory nie miał szans, a po drugie, które nie będą trwały w nieskończoność, bo Mark nie będzie dla niej jako takim klientem.  Zakończą się dlatego najpóźniej na szóstym spotkaniu.

"Sesje" to niezwykle skromny film, który zyskuje w miarę rozwoju akcji.  Z dość jasnej, oczywistej historii o zabarwieniu letnio humorystycznym, przeradza sie w naprawdę ujmujący, ciepły i szalenie ludzki film o miłości przyjaźni i uczuciu. I choć mówi się tu właściwie stale o seksie, choć jest on obecny nie tylko w słowach ale również w czynach i obrazach, nie jest on ani wulgarny, ani przesadnie wyeksponowany. To naga cześć życia potraktowana z niezwykłą dozą zrozumienia i wyczucia.  Co z całą pewnością nie było łatwe, bo nie mówi się tu o zbliżeniach intymnych tak w ogóle, ale o seksie niepełnosprawnych, który na ekranie mógł bardzo łatwo stać sie karykaturalny, dziwny, wręcz niesmaczny. Choćby już samo to jest niezwykłe w tym filmie: z jednej strony nie boi się tematu, nie boi się o nim mówić w bardzo bezpośredni sposób, ani pokazywać pełnej nagości, z drugiej jednak strony traktuje wszystko to co dzieje się w sypialni z ogromnym wyczuciem i poszanowaniem.  I przez to właśnie seks nie staje się centrum, a jest tylko drogą do spojrzenia na rodzące sie uczucia, ponad cielesnością, ponad łóżkowymi przyjemnościami. Spojrzeniem na rodzące się przywiązanie, które istnieje ponad ciałem, dla którego nieważna jest zewnętrzna powłoka.

Taką bliskość i przyjemną kameralność z jaką potraktowany został temat tego filmu udało się osiągnąć miedzy innymi dzięki podwójnemu spojrzeniu na rozgrywające sie wydarzenia.  Z jednej strony widzimy bohaterów w czasie ich spotkań, gdy czynią postępy i zaczynają sie do siebie przywiązywać, z drugiej słyszymy ich myśli, które dla nas są wypowiadane na głos: terapeutka nagrywa notatki ze spotkań, a religijny i mocno wierzący Mark zwierza się księdzu.  Myśli spokojne, przemyślane i osobiste.  Podobnie jak i występy aktorskie prowadzące tę opowieść z niezwykłym wyczuciem i delikatnością.  Świetny, grający praktycznie tylko swoją twarzą John Hawkes oraz bardzo powściągliwa ale wcale przez to nie przesadnie odległa Helen Hunt.  Jednak to co w tym filmie jest najbardziej podnoszące na duchu, optymistyczne i wyjątkowe, to informacja o tym, że historia ta zdarzyła sie naprawdę (o czym dowiadujemy się w napisach końcowych). Wiedza, że ta opowieść nie jest tylko bujnym wymysłem scenarzysty, starającym się w odmienny, świeży i nowy sposób powiedzieć coś o uczuciach, związkach i ludziach.  Zdarzyła sie naprawdę i to aż 25 lat temu.

Tagi: dramat
21:11, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 stycznia 2013
Django

troublemakers

Django

Django (2012) USA

reżyseria i scenariusz: Quentin Tarantino
aktorzy: Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Kerry Washington, Samuel L. Jackson, Walton Goggins, Dennis Christopher, James Remar, David Steen, Dana Michelle Gourrier, Nichole Galicia, Laura Cayouette, Ato Essandoh, Sammi Rotibi, Bruce Dern, M.C. Gainey, Cooper Huckabee, Doc Duhame, Jonah Hill, Lee Horsley, Zoe Bell, Michael Bowen, Michael Parks, John Jarratt, Quentin Tarantino
zdjęcia: Robert Richardson
montaż: Fred Raskin

 (7/10)

Nie sposób stale kręcić filmów z najwyższej półki, nie sposób w nieskończoność utrzymywać wysokiego poziomu – za każdym razem tworzyć produkcje zachwycające, perfekcyjne i zadowalające w takim samym stopniu.  Nawet najlepszym zdarzają się słabsze chwile.  Po najlepszych filmach przychodzi czas na te słabsze, by za chwilę znów wrócić do dobrej formy.  Mam nadzieję, że tak jest właśnie z "Django" Tarantino, które po fenomenalnych "Bękartach wojny" jest filmem po prostu dobrym.  Tylko tyle i aż tyle, bo to produkcja Tarantino, a jego nawet słabsze filmy i tak są warte obejrzenia.  Choć szkoda, że jego poprzedni film okazał sie poprzeczką nie do przeskoczenia i po tym błyskotliwym wyskoku kolejny nie prezentuje się już tak niesamowicie, wydając się tylko bladym cieniem tego wszystkiego co było tak zachwycające poprzednio.  Jakby było tylko przerwą do kolejnego, równie wielkiego skoku, wprawką do kolejnego arcydzieła.  Teraz otrzymaliśmy jakby produkt na pół gwizdka.  Posiadający wszystkie charakterystyczne składniki filmów Tarantino, ale złożone bez iskry, bez werwy i pasji tak dla niego typowej.  Zupełnie jakby "Django" nakręcił zapalony fan reżysera, a nie on sam.  Ciekawe, w zeszłym roku taki odpoczynek od siebie zrobił sobie Burton ze swoimi "Mrocznymi cieniami", w tym roku Tarantino.  Oby nie była to zapowiedź jakiegoś większego trendu.

I nie, nie uważam by "Django" było filmem złym czy nieudanym.  To kawał bardzo sprawnie nakręconej rozrywki, dowcipnej (świetna, zabójczo zabawna dygresja na temat krzywo wyciętych masek), pomysłowej, charakterystycznej wyłącznie dla Tarantino, żonglującej pomysłami i na swój własny, unikalny sposób, interpretującej gatunek filmowy jakim jest western.  To chwilami błyskotliwa, chwilami specjalnie przegadana, brutalna i rozbrajająca zabawa kinem, historią, wykreowanymi postaciami.  Piekielnie wyczulona na detale, dopieszczona w najmniejszych scenach (choć zwolnień jest tu jednak zdecydowanie za dużo), chwilami przesadnie wystylizowana, ale przez to przywiązanie do szczegółów, posiadająca swój unikalny styl.  Kreatywna zabawa, która jednak mimo swej pomysłowości pozostawia po sobie pewien niedosyt, uczucie niespełnienia.  Bo choć z początku wydaje się, że Tarantino znów przeszedł samego siebie (pierwsze sceny z Kingiem to mistrzostwo świata dialogu i gry aktorskiej), tak gdzieś od połowy całość zaczyna się rozmywać, zupełnie jakby trzeci akt nastąpił zdecydowanie za szybko i trzeba byłoby go teraz przeciągnąć jak najdłużej by  dopowiedzieć do niego jeszcze kilka spraw, o których się wcześniej zapomniało.  Stąd też końcowa (potrójna) jatka przychodzi właściwie tylko dlatego, bo wcześniej trup nie ścielił się gęsto a krew nie bryzgała aż tak obficie, a i całość zakończyć wypadałoby z przytupem.  Brakuje tu tempa, brakuje iskry i bardziej wyraźnego (i odległego) celu, który napędzałby tę przepełnioną czarnym humorem historię.

Mimo słabszej drugiej części, całość ogląda się w sumie jednak dobrze, a to za sprawą perfekcyjnej obsady.  Trudno właściwie wskazać tu jedną osobę, która wyróżniałaby się najmocniej, bo każdy jest tu na swój sposób wyjątkowy i szczególny.  Najmniej wyraźnie prezentuje się chyba Jamie Fox, ale w dużej mierze jest to wynikiem postaci jaką gra - niewolnika, który zyskuje wolność i razem z łowcą głów wyrusza na wyprawę by znaleźć swoją żonę.  Pozostała trójka najważniejszych aktorów przechodzi samych siebie, a gdy wspólnie znajdują się na ekranie, tworzą tak perfekcyjny zespół, że aż dech zapiera.  Waltz, który choć znów gra uprzejmego i zdecydowanego kombinatora ani przez chwilę nie wpada w rolę Hansa Landy.  Jego doktor King jest postacią wielowymiarową, fascynującą, rozbrajającą swoim spokojem i sposobem rozumowania.  Rewelacyjny jest również DiCaprio w roli właściciela plantacji na którą trafiają łowcy głów.  Wyniosły, rozkapryszony, porywczy.  Szkoda tylko, że pojawiający się na ekranie na dość krótko.  Największym zaskoczeniem wśród wszystkich jest jednak Jackson, nawet tutaj trochę do siebie niepodobny, wcielający się w rolę knującego, przebiegłego i podstępnego nadzorcy służby.  Perfekcyjny występ.  Podsumowując, dla wszystkich fanów Tarantino „Django” to oczywiście pozycja obowiązkowa, choć nie są to niestety kolejne "Bękarty wojny".

23:15, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 stycznia 2013
Życie Pi

3,1415...

Życie Pi

Życie Pi (2012) USA

reżyseria: Ang Lee
scenariusz: David Magee
aktorzy: Suraj Sharma, Irrfan Khan, Ayush Tandon, Gautam Belur, Adil Hussain, Tabu, Ayan Khan, Mohd Abbas Khaleeli, Vibish Sivakumar, Rafe Spall, Gérard Depardieu, James Saito, Jun Naito, Andrea Di Stefano
muzyka: Mychael Danna
zdjęcia: Claudio Miranda
montaż: Tim Squyres

na podstawie: powieści Yanna Martela "Life of Pi"

 (8/10)

Ang Lee porwał się na zadanie prawie, że niewykonalne. Zdecydował się przenieść na ekran książkę teoretycznie niemożliwą do zekranizowania.  Każdy kto czytał kiedyś "Życie Pi" wie jak specyficzna i nietypowa jest to powieść.  Historia nastoletniego chłopaka, który cudem ratuje się z tonącego statku, płynącego z Indii do Kanady, na którym podróżował ze swoją rodziną jak i całym dobytkiem.  Jego bliscy nie przeżyli katastrofy, rodzice jak i brat utonęli wraz ze statkiem.  Pi (bo tak ma na imię chłopak) nie jest jednak jedynym ocalałym z katastrofy.  W niewielkiej szalupie, która pozostała na powierzchni, uratowało się jeszcze kilka zwierząt przewożonych na statku: zebra, hiena, orangutan oraz... tygrys.  Historia opowiedziana w formie przywoływanych wspomnień, w których rzeczywistość miesza się z fantazją, prawdziwe zdarzenia z tymi zmyślonymi, a całość krąży wokół tematów wiary, nadziei i boga.  Niezwykła, ciekawa, pomysłowa ale tak inna, tak bardzo nastawiona na przeżywanie i zgłębianie swych myśli, że wydawać by się mogło nie nada się na film.  Ale jednak niemożliwe stało się możliwe, i w rękach odpowiedniego reżysera historia, która mogła być zaledwie nieprzekonującą wydmuszką, przerodziła się w ciekawe spojrzenie na życie.

Lee poprzez opowieść o wielomiesięcznej walce o przetrwanie na wielkim oceanie, przygląda się tak naprawdę życiu.  Patrząc na fascynującą relację jaka zaczyna łączyć chłopaka z tygrysem bengalskim, patrzy jednocześnie na przyjaźń, na związki międzyludzkie, agresywne, niezrozumiałe, dające nadzieję i radość, choć nie raz kończące się właściwie na niczym.  Świetnie udało się tu ukazać tą zależność i przywiązanie chłopaka do tygrysa, niebezpiecznego zwierzęcia, które poprzez odbicie w ludzkich oczach zdaje się być chwilami wręcz niewinny, ale którego nigdy nie uda się oswoić, bo zawsze będzie dziki, którego można wytresować, ale który zawsze będzie nieprzewidywalny, podążający własnymi ścieżkami.  Przyjaciel i wróg, nadzieja i rozpacz w jednej postaci.  Lee ponadto przygląda się i nieustannie, ponad miarę zachwyca dziełem stworzenia.  Już od pierwszych ujęć,  gdy kamera wgłębia się w ogród zoologiczny, gdy ukazuje kolejne niezwykłe gatunki zwierząt, zaczyna się zachwycać naturą i światem.  Jego niezwykłością, precyzją, złożonością.  Pięknem, które otacza nas na co dzień, cudem życia za którym musi ktoś stać.  Jeden, wielu, bądź tysiące, w zależności od tego jak go nam przedstawiono, bo dopiero wtedy zaczynają pojawiać się różnice.  Ktoś, w takiej czy innej formie, ale obecny.  Ukryty w swym stworzeniu, niewidoczny ale działający.  Poprzez miłość, przyjaźń, poprzez uczynki ludzi i stworzeń, poprzez życie.

Nie byłoby tego filmu gdyby nie cudowne zdjęcia. Nie byłoby tej pochwały stworzenia gdyby nie przesycone kolorami, chwilami aż przesadnie pięknie obrazy.  Zachwycające w każdej chwili, łączące niebo i ziemię, wodę i powietrze, wydobywające z natury, świata, otoczenia całe jego piękno.  Poprzez nie Lee mówi o wierze i bogu, szuka sensu i przyczyny, szuka wyjaśnienia dla świata i życia.  Szuka magii, niezwykłości i dobra w nieprzyjaznym i na co dzień wyblakłym świecie.  Spisuje się w tym filmie również bardzo dobrze trójwymiar.  Wykorzystywany mądrze i pomysłowo, dodający głębię do wielu scen, co szczególnie widać podczas ataku latających ryb, które chwilami aż wylatują poza obraz.  Nie udałoby się nakręcić tego filmu gdyby nie perfekcja efektów specjalnych, tak dopracowanych, że zaciera się granica między tym co rzeczywiste, a tym co tylko cyfrowe, dzięki którym tygrys jest tak realistyczny, że aż na własnej skórze czuje się jego dzikość.  To wszystko składa się na piękną opowieść, której choć koniec jest znany, potrafi wzruszyć, potrafi zaskoczyć i co najważniejsze, dobrze trzyma w napięciu, bo stale kibicujemy nastoletniemu Pi w jego walce o przetrwanie.  Choć, co dziwne, przy całej swej cudowności, "Życie Pi" pozostawia jednak za sobą pewien niedosyt.  Podobnie z resztą jak robiła to i książka.  I może właśnie stąd on też wynika.

22:44, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (6) »
wtorek, 15 stycznia 2013
Sześć stóp pod ziemią - sezon IV

every day above ground is a good one

Sześć stóp pod ziemią - sezon IV

Sześć stóp pod ziemią - sezon IV (2004)

reżyseria: Michael Cuesta, Dan Attias, Jeremy Podeswa, Dan Minahan, Alan Poul, Miguel Arteta, Peter Webber, Alan Caso, Peter Care, Nicole Holofcener, Alan Ball
scenariusz: Craig Wright, Rick Cleveland, Jill Soloway, Alan Ball, Scott Buck, Kate Robin, Bruce Eric Kaplan, Nancy Oliver
aktorzy: Peter Krause, Michael C. Hall, Frances Conroy, Lauren Ambrose, Freddy Rodriguez, Mathew St. Patrick, Rachel Griffiths, Richard Jenkins, Jeremy Sisto, Justina Machado, Joanna Cassidy, Tim Maculan, Patricia Clarkson, Lili Taylor, James Cromwell, Kathy Bates, Peter Macdissi, Ben Foster, Rainn Wilson, Justin Theroux, Sprague Grayden, Peter Facinelli, Mena Suvari, Tina Holmes
muzyka: Richard Marvin 
zdjęcia: Alan Caso, Lowell Peterson, Frederick Iannone
montaż: Michael Ruscio, Tanya M. Swerling, Ron Rosen, Christopher Nelson

 (10/10)

Pisanie o "Six feet under" niejako mija się z celem.  Żadne słowa nie są w stanie choćby w niewielkiej mierze opisać jak niezwykły, wybitny, szczególny i perfekcyjny jest to serial.  Dzieło skończone, wyróżniające się pod każdym względem, idealne w każdym calu.  Ten serial to  fenomen, który trzeba zobaczyć na własne oczy, bo żadne nawet najlepsze, najbardziej dopieszczone słowa nie są w stanie ująć jego niezwykłości.  Choć nie, tej produkcji nie wystarczy zobaczyć, ją trzeba przeżyć.  Nie ma bowiem drugiego takiego serialu, który tak dobrze portretowałby życie, który tak wnikliwie wszechstronnie zgłębiałby jego tajemnice i doskonale przedstawiał wszystkie jego dobre jak i gorsze chwile.  Który tak dotykałby sedna sprawy.  Tak jak życie chwilami bywa strasznie gorzki, chwilami ujmująco zabawny, przede wszystkim jednak jest nieprawdopodobnie melancholijny.  Z jednej strony przygnębiający, ale ani przez chwilę nie pozbawiony nadziei.  To smutno radosne spojrzenie na rodzinę Fisherów i wszystkich tych, których spotykają na swojej drodze.  Przyjaciół, wrogów, kochanków, znajomych, przypadkowych ludzi.

Niezwykłe w tej produkcji jest chociażby już samo to, że teoretycznie nic się w niej nie dzieje.  Każdy odcinek składa się zaledwie ze szczątków akcji, niewielkich wątków, drobnych fragmentów większej całości.  Nie dzieje się, ale tylko bezpośrednio, bo całość rozgrywa się między wierszami, w niewielkich gestach, drobnych obserwacjach życia codziennego, małych scenach.  Bo właściwie gdyby streścić akcję któregokolwiek z odcinków, okazałoby się, że zauważalnej, znaczącej akcji nie ma tu za wiele.  A to ktoś przypadkiem pozna nową osobę i zamieni z nią kilka zwyczajnych zdań, a to ktoś wpadnie na pomysł by wykonać kilka nietypowych zdjęć, a to ktoś wybierze się do supermarketu w którym myśli odlecą mu gdzieś daleko, a to komuś przydarzy się szybki romans.  Zwykła codzienność w niezwykłym otoczeniu jakim jest dom pogrzebowy.  Ale twórcom tę normalność (choć dla postronnych widzów normalność rodziny Fisherów może z początku wydać się bardzo dziwna) udało się przedstawić w tak niezwykły, wciągający, fascynujący sposób, że z nudnej, przewidywalnej i właśnie zwyczajnej, stała się czymś intrygującym, niebywałym, fascynującym.  I właśnie przez ten brak spektakularności, przez zwykłość wydarzeń, serial ten jest tak unikatowy, jest tak bliski życia.  Wszystkich związanych z nim wzlotów i upadków, szczęśliwych i dramatycznych chwil.  Tak blisko życia oraz tego, co nieodłącznie z nim związane, największej tajemnicy jaką jest śmierć, stale tu obecna i wyczuwalna. 

A przy tym wszystkim „Sześć stóp pod ziemią” to serial nieprawdopodobnie wręcz zaskakujący, totalnie nieprzewidywalny, idący własnymi, odmiennymi ścieżkami.  Nie trzymający się żadnych reguł i prawideł, zrywający ze schematami i dobrze znanymi rozwiązaniami, co najbardziej widać w szokującym odcinku czwartym, który nagle zaczyna rozwijać się w tak przerażającym i nietypowym kierunku, że aż nie sposób w to uwierzyć.  Nietypowe są tu również duże odstępy czasowe między odcinkami - nie mijają tylko dni, czy tygodnie, ale wielokrotnie całe miesiące między wydarzeniami z kolejnych epizodów.  To pozwala twórcom jeszcze dokładniej, jeszcze pełniej spojrzeć na bohaterów i ich życie.  Niezwykłe jest tu również to, że praktycznie każdy sukces, każde szczęście, każda lepsza chwila, zaraz otrzyma swój gorszy odpowiednik.  Szczęście, radość nie będzie trwać długo, bo za moment wydarzy się coś co je zrównoważy, albo niekiedy i przygniecie.  Ale i na odwrót -  gdy szczęśliwych spotka coś złego, Ci którzy wydawać by się mogło nie mają szczęścia, znajdą się w lepszej sytuacji niż Ci pierwsi.  Bo życie bywa przewrotne, tak jak i ten serial.

 
1 , 2