Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 31 stycznia 2012
Zupełnie inny weekend

week-end

Zupełnie inny weekend

Zupełnie inny weekend (2011) Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: Andrew Haigh
aktorzy: Tom Cullen, Chris New, Jonathan Race, Laura Freeman, Loretto Murray, Sarah Churm, Vauxhall Jermaine, Joe Doherty, Kieran Hardcastle, Julius Metson Scot, Martin Arrowsmith
muzyka: James Edward Barker
zdjęcia: Urszula Pontikos
montaż: Andrew Haigh 

 (8+/10)

Pewnego dnia, pod koniec tygodnia, Russell odwiedza swojego najlepszego przyjaciela.  Wychodząc wieczorem ze spotkania, wstępuje jeszcze po drodze do klubu gejowskiego.  Tam zauważa Glenna z którym ląduje w końcu, u siebie w mieszkaniu, w łóżku.  Jednak to co miało być przygodą na jedną noc, bardzo szybko stanie się czymś znacznie więcej, bo obaj poczują do siebie coś mocniejszego, niż tylko jednonocne pożądanie.  Jednak jak to zwykle w życiu bywa, szybko pojawi się też pewne 'ale', które wpłynie na rozwój sytuacji.  Jak się bowiem okaże, Glenn po weekendzie wyjeżdża za granicę (akcja filmu rozgrywa się w Anglii), a dokładniej rzecz biorąc do Ameryki.  I to na całe dwa lata.  Czas który będą mogli ze sobą spędzić, obejmie więc tylko nadchodzący weekend, zaledwie kilkadziesiąt godzin.  Zupełnie inny, wyjątkowy dla obu, weekend.

Jak widać już od pierwszych minut seansu Rus i Glenn są przeciwieństwami, które się jednocześnie bardzo mocno do siebie przyciągają.  Bo różnice zamiast ich dzielić, łączą.  Obaj są jak pojedyncze puzzle, różni, ale do siebie pasujący.  Glenn jest wyoutowanym artystą, pewnym siebie, nie dbającym o to co myśli otoczenie, wręcz narzucającym mu swoje poglądy.  Z niezwykłym luzem mówi o życiu, intymności, seksie i zdecydowanie nie pragnie związku.  To właśnie dzięki niemu, jego bezpośredniości, ten obraz jest (szczególnie na początku) tak rozbrajająco zabawny.  Rus natomiast jest wycofany, akceptujący siebie ale nie do końca.  Bo przy Glennie czuje się dobrze, nie wstydzi się swoich uczuć, ale wstydzi się ich przed innymi.  Nie potrafi się na przykład przyznać do swojej orientacji znajomym na basenie, na którym pracuje jako ratownik.  Nie potrafi się też otworzyć w pełni przed przyjaciółmi.  I te różnice, a jest ich znacznie więcej, będą budować ich relację, scalać ją w jedno.

Fantastyczna w tym obrazie jest jego niebywała naturalność.  W czasie seansu ma się wręcz wrażenie, że podgląda on prawdziwe życie, że prezentuje rzeczywiste zdarzenia, a nie je kreuje na potrzeby wielkiego ekranu.  Rozmowy między bohaterami są żywe, jakby improwizowane na bieżąco.  Sytuacje w jakich się znajdują i ich reakcje na poszczególne zdarzenia są niezwykle spontaniczne i prawdziwe.  Tak jakby produkcja Andrew Haigha nie była filmem, a żywą obserwacją.  Bo reżyser z dokładnością przypominającą dokument, podgląda swoich bohaterów, ich kilka wspólnych dni, by w ten sposób opowiedzieć pewną historię.  By w bardzo swobodny, lekki i niewymuszony sposób, spojrzeć na pewien wycinek życia i przez to spojrzenie powiedzieć o nim coś interesującego.

Siła jego filmu tkwi również w odtwórcach głównych ról, którzy zagrali swoich bohaterów w niezwykle lekki, niewymuszony sposób.  Ani przez chwilę nie czuć tu, że ich zachowanie zostało jedynie zagrane, poprowadzone, wyreżyserowane.  To dzięki nim ten film jest tak naturalny, tak ludzki, romantyczny i bliski.  Radość miesza się ze smutkiem, uśmiech ze łzami.  Dzięki nim tak bardzo widoczna jest tu ta przyspieszona dynamika ich relacji: od radosnego zauroczenia, przez poważniejsze dyskusje, na łzach rozstania i tęsknoty kończąc.  Również dzięki nim "Zupełnie inny weekend" jest filmem niezwykle mocno wyczulonym na niewielkie momenty, mikroskopijne sytuacje, które budują związek bohaterów.  Krótkie spojrzenia, sekundy ciszy, która pojawia się między nimi i coraz bardziej ich łączy.  Ta zwyczajność sytuacji, te zwyczajne momenty, czynią ten obraz chwilami wprost niezwykłym.

Nietypowe w tym obrazie jest również to, że wychodzi on poza bardzo sztywne ramy kina gejowskiego, jest filmem niezwykle otwartym.  Bo choć mówi o zauroczeniu dwóch mężczyzn, choć porusza tematy, które dotyczą ich bezpośrednio, jak coming out, nietolerancja, potrzeba akceptacji własnej jak i otoczenia, to wykracza również poza te tematy, pokazując po prostu życie.  Mówi o uczuciu jako takim, o zauroczeniu, o przyspieszonym rozwoju tego uczucia.  Od pierwszych nieśmiałych spojrzeń, przez dalsze poznawanie siebie, wzajemną fascynację.  Mówi o samotności, o potrzebie biskości drugiego człowieka, która charakterystyczna jest dla każdego.  Mówi o docieraniu się do bycia w parze, o kształtowaniu rzeczywistości jak i samego siebie przed otoczeniem, pozostałymi ludźmi.  Nie jest to przede wszystkim i wyłącznie gejowski romans, to film niezwykle ludzki i wszechstronny.

Szkoda, że tej otwartości bardziej, na pierwszy rzut oka, jednak nie widać.  Szkoda, że niejako z automatu film ten zostanie zaklasyfikowany do grupy tęczowych i nie sięgnie po niego szersza publiczność.  Stanie się z nim to, co z wystawą jaką przygotowuje Glenn, o której opowiada w pewnym momencie Russellowi.  Obawia się on, że jego instalację, składającą się ze wspomnień po spełnionych nocach, obejrzą wyłącznie homoseksualiści, bo pozostałych osób nie będzie ona wcale interesować.  Bo zobaczywszy na jaki temat została przygotowana, nawet nie spróbują jej zobaczyć, nawet nie zaryzykują jej poznania.  Bo, jak sam mówi, interesują ich jedynie wojny, głód, konflikty, a nie zwykłe życie, inne, choć z pewnym wyjątkiem przecież tak podobne.  Odważcie się i obejrzyjcie "Zupełnie inny weekend", chociażby po to by udowodnić, że Glenn nie miał jednak racji.

Tagi: dramat romans
00:02, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (4) »
sobota, 28 stycznia 2012
Człowiek na krawędzi

zawrót głowy

Człowiek na krawędzi

Człowiek na krawędzi (2012) USA

reżyseria: Asger Leth
scenariusz: Pablo F. Fenjves
aktorzy: Sam Worthington, Elizabeth Banks, Jamie Bell, Anthony Mackie, Genesis Rodriguez, Ed Harris, Edward Burns, Kyra Sedgwick, Titus Welliver, Afton Williamson, John Dossett, Patrick Collins, Geoffrey Cantor, Pooja Kumar, Terry Serpico, J. Smith-Cameron
muzyka: Henry Jackman
zdjęcia: Paul Cameron
montaż: Kevin Stitt

 (6/10)

"Człowiek na krawędzi" to film o którego fabule lepiej za wiele nie wiedzieć, bo radość z jego oglądania czerpie się przede wszystkim ze stopniowego poznawania kolejnych, ukrywanych przez bohaterów zamiarów i tajemnic z ich przeszłości.  Niestety już sam zwiastun zdradza odrobinę za wiele, a nawet i hasło promujące tę produkcję podsuwa zbyt dużo wskazówek co do tego, jak rozwinie się ta opowieść.  Wystarczy wiedzieć, że "Człowiek na krawędzi" to poprawny i całkiem wciągający film rozrywkowy, którego fabuła przywołuje na myśl takie obrazy jak "Telefon" lub "Negocjator", choć jest od nich niestety znacznie słabszy.  Udaje mu się jednak wykorzystać ograne motywy, znane sytuacje, powtarzane do granic możliwości rozwiązania, w tak zgrabny sposób, że ogląda się go całkiem przyjemnie i bezboleśnie.  Opowiadana w nim historia została jednak niepotrzebnie przedobrzona, bo twórcy prostą wyjściową sytuację (mężczyzna - drętwy jak zwykle Worthington - stoi na parapecie jednego z hoteli w Nowym Jorku, grożąc skokiem) skomplikowali i udziwnili, dodając do niej równoległy wątek, o którym nic więcej pisać nie będę, by za wiele jednak nie zdradzać.  Zupełnie tak, jakby nie do końca wierzyli w potencjał jaki tkwił w tym prostym pomyśle, w umiejscowieniu bohatera za oknem, na dwudziestym którymś piętrze i przyglądaniu się rozwojowi sytuacji.  Bo to co dzieje się na wysokości, samo w sobie jest już naprawdę emocjonujące, trzyma w napięciu, a dzięki świetnym zdjęciom i bardzo udanej pracy kamery, nie raz przyprawia o zawrót głowy i lęk wysokości.

Szkoda więc bardzo, że to co dzieje się obok, kilka budynków dalej, już tak zajmujące nie jest.  A to dlatego, bo ten równoległy wątek został potraktowany zbyt po łebkach i użyto w nim wiele prostych rozwiązań, niepotrzebnych naciągnięć i pomysłów, które ledwo sprawdziłyby się nawet w kolejnej części „Mission: Impossible”.  Za wiele tu rozwiązań w które nie sposób uwierzyć, nawet mocno przymykając na nie oko.  Za wiele szczęśliwych zbiegów okoliczności, nielogicznych zachowań bohaterów, dzięki którym te równoległe zdarzenia mogą się rozwijać.  Takiego pójścia na łatwiznę, by akcja mogła biec dalej, by tylko dobrnąć do zakończenia, które również pozostawia wiele do życzenia.  Bo choć szczytne, to mocno naciągane.  Najgorszy w tej równoległej nitce akcji jest jednak humor, który kompletnie nie pasuje do całości, który został wprowadzony zupełnie bez sensu, bo za każdym razem tylko burzy całkiem wysokie napięcie, jakie udaje się wykreować w scenach rozgrywających się na parapecie. Całe szczęście tempo tej produkcji bardzo dobrze dyktuje porządna muzyka, dzięki której nawet w tych gorszych momentach całość nie zwalnia zanadto.  Soundtrack jest dokładnie taki, jaki powinien być w tego typu produkcji - szybki, wpadający w ucho, nie udziwniany na siłę.  I to w większości właśnie dzięki niemu ogląda się ten obraz całkiem przyjemnie, choć jednak bez jakiegoś większego szału.  Podsumowując: obejrzeć można, choć w gruncie rzeczy nie wiem za bardzo po co – zdecydowane lepiej przypomnieć sobie jeden z dwóch filmów wymienionych w poprzednim akapicie.

20:51, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 stycznia 2012
Oslo, 31 sierpnia

jeden dzień

Oslo, 31 sierpnia

Oslo, 31 sierpnia (2011) Norwegia

reżyseria: Joachim Trier
scenariusz: Joachim Trier, Eskil Vogt
aktorzy: Anders Danielsen Lie, Hans Olav Brenner, Ingrid Olava, Malin Crepin, Tone Beate Mostraum, Kjarsti Odden Skjeldal, Emil Stang Lund, Anders Borchgrevink, Petter Width Kristiansen
muzyka: Torgny Amdam, Ola Flottum
zdjęcia: Jakob Ihre
montaż: Olivier Bugge Coutté, Gisle Tveito

na motywach: powieści "Le feu follet" Pierre Drieu La Rochelle 

 (8/10)

Anders ma 34 lata.  Wkrótce zakończy odwyk, któremu poddał się w związku z uzależnieniem od narkotyków i opuści ośrodek, w którym się leczy, by na nowo zacząć swoje jeszcze młode życie.  Tym razem bez uzależnienia, porzucając problematyczną przeszłość, zaczynając wszystko od nowa.  Nam dane jest obserwować jeden dzień z jego życia.  Gdy rano wychodzi z ośrodka, przede wszystkim by udać się na rozmowę kwalifikacyjną do nowej pracy, ale również by spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, znajomymi, członkami rodziny.  To bardzo bliskie spojrzeniem na człowieka, któremu trochę na własne życzenie zawaliło się życie, i który teraz nie potrafi się z powrotem w nie wdrożyć.  Na początku spotyka się z przyjacielem, później udaje się na spotkanie z siostrą, wieczorem zalicza kilka imprez i tak przelatuje mu ten dzień.  Decydujący dzień, który da mu wiele do myślenia.  Który również i dla nas może być początkiem do rozważań na temat współczesnego świata, ludzkiej wolności, drogi jaką obieramy w życiu, lub która niefortunnie obiera nas samych.

"Oslo, 31 sierpnia" to obraz przeraźliwie smutny, wręcz depresyjny.  Szczególnie na początku, gdy bohater zaczyna opowiadać o tym co czuje, co myśli, jak widzi świat, ludzi w nim się poruszających i samego siebie.  Gdy w odpowiedzi na swoje obawy, zdaje sobie sprawę, że nawet Ci którzy żyją życiem codziennym, którzy nie dopuszczą do siebie wszystkich jego myśli, nie są prawdziwe szczęśliwi. Utrzymują tylko względną równowagę, bo tak toczy się życie.  W pierwszej części tego obrazu niesamowicie  mocno czuć tę wewnętrzną panikę bohatera, ten wszechogarniający strach o wszystko.  O jutro, o siebie, o brak sensu w czymkolwiek.  To okropne uczucie pustki, które nie opuszcza go na krok, które rozrywa go na pół, które jest tak potężne, że zabija od środka, odbiera dech.  Czuć jego rozdarcie wewnętrzne.  Nie mogą mu pomóc najbliżsi, nie są w stanie go zrozumieć przyjaciele.  Dołuje go obserwacja otoczenia, ludzi, których widzi na mieście, w kawiarniach, którzy pędzą przez swoje życia.  Obserwuje ich, podsłuchuje ich rozmowy.  Rozmowy o niczym i o wszystkim, które według nich poruszają najważniejsze, najistotniejsze sprawy, a dla niego są pustką, nic nieznaczącym wzdechnięciem.

Trudne w tym filmie jest to, że przede wszystkim ukazuje stan ducha bohatera, czyli to, czego nie widać na pierwszy rzut oka.  Prócz tego, że Anders jest trochę jakby zamyślony, spokojny i wyciszony, niczym szczególnym się nie wyróżnia.  To zwykły chłopak, o którym nawet znajomi mówią, że dobrze wygląda, gdy po raz pierwszy widzą go po dłuższym czasie.  Sęk jednak w tym, że o ile na zewnętrz sprawia wrażenie silnego, stabilnego, jego wnętrze jest w całkowitej rozsypce.  Problem w tym, że jego stan ciężko tak do końca zrozumieć, a przy okazji przejąć się nim, o ile samemu kiedyś nie popadło się w takie zwątpienie, w taką potworną beznadzieję, smutek.  Taką spiralę wciągającą człowieka coraz głębiej wewnątrz samego siebie, wewnątrz swojej beznadziejności.  Całe szczęście odtwórca głównej roli - Anders Danielsen Lie - robi wszystko byśmy ten stan zrozumieli i przeżyli go wraz z bohaterem.  Po cichu, bez przesadnej ekspresji, przybliża nam to co czuje bohater.  Nie zobaczymy w tym filmie krzyków, płaczów.  Tu jest tylko puste spojrzenie, załzawione oczy, ogromna niepewność, przeraźliwa niewiedza jak kierować swoje dalsze życie.  Perfekcyjnie udaje mu się również pokazać wewnętrzną walkę bohatera, znoszenie objawów codzienności.  Niewinnych opinii, słów, życia, które czasem potwornie boli, choć jest tak zwyczajne.

Jednocześnie, w drugiej części tego obrazu, fantastycznie udaje mu się ukazać pewne przebłyski radości.  Momenty, chwile, czasem sekundy, gdy świat zaczyna się do niego uśmiechać, gdy on sam odpowiada nieśmiałym, niewyraźnym uśmiechem.  Takie odblaski w oceanie rozpaczy, bólu w jakim tkwi bohater, jaki sam sobie zadaje.  Szkoda więc bardzo, że pod koniec ta naprawdę udana produkcja trochę za mocno zaczyna się rozmywać.  Mniej w niej rozmów, namacalnej, poruszającej treści, a więcej błąkania się z miejsca na miejsce.  Obraz Joachima Triera za bardzo zwalnia, zaczyna jakby dryfować w bliżej nieokreślonym kierunku.  Tak jak bohater, któremu skończyły się obowiązkowe miejsca, w które musiał zajrzeć i zaczyna improwizować.  Jakby trochę na pocieszenie, w tej rozwodnionej końcówce, otrzymujemy za to sporą porcję niezłej, wyrazistej muzyki, która przygrywa w tle, w czasie gdy Anders przechodzi od klubu do klubu, od mieszkania do mieszkania.  Muzyka towarzyszy mu jak i nam, w tej nocnej wędrówce po mieście, po Oslo, która trwa aż do samego rana.  Bardzo dobry film, z pewnością jeszcze raz po niego sięgnę.

Tagi: dramat
14:56, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 stycznia 2012
Oscary 2012 - nominacje

Oscary 2012 - nominacje

Oscars 2012

Dziś kilka minut po 14:30 polskiego czasu, ogłoszone zostały nominacje do tegorocznych Oscarów.  Moim zdaniem najbardziej zaskakujące nominacje jakie miały miejsce w przeciągu ostatnich kilku lat.  Niespodzianek, pominięć i szokujących pojawień się na liście wyróżnionych jest w tym roku naprawdę sporo.  Dlatego też pewnie i samo rozdanie statuetek, jakie odbędzie się 26 lutego, nie będzie pozbawione niespodzianek.

Tym razem, inaczej niż w zeszłym roku, nie będę typować zwycięzców, ani wskazywać swoich faworytów, z bardzo prostego powodu: zbyt mało filmów miało do tej pory premierę w naszym kraju, by decydować się na kibicowanie konkretnym kandydatom.  Ograniczę się więc tylko do wrażeń jakie miałem po zapoznaniu się z listą nominowanych produkcji.  Do największych zaskoczeń i wyborów, które najbardziej mnie ucieszyły.  Spis wszystkich nominacji możecie znaleźć pod tym linkiem.

Zaskoczenia:

  • brak nominacji dla "Przygód Tin Tina" w kategorii najlepsza animacja
  • wyróżnienie dla "Druhen" za najlepszy scenariusz oryginalny
  • praktycznie całkowite zignorowanie filmu "Drive".  Brak nominacji w takich kategoriach jak: najlepszy reżyser, zdjęcia, aktorzy, muzyka.  Jedyna nominacja za montaż dźwięku
  • mocne zignorowanie "Dziewczyny z tatuażem" - brak nominacji chociażby za reżyserię, scenariusz, muzykę
  • równie mocne pominięcie "Idów marcowych"
  • przeogromna ilość nominacji dla familijnej produkcji Martina Scorsese "Hugo"

  • brak nominacji dla Tildy Swinton za "Musimy porozmawiać o Kevinie"
  • brak nominacji dla Ryana Goslinga za "Drive" lub "Idy marcowe"
  • brak nominacji dla Leonard DiCaprio za "J.Edgar"
  • brak nominacji dla Michaela Fassbendera za "Wstyd"
  • brak nominacji dla aktorów "Rzezi"
  • brak nominacji dla Toma Hardy'ego za role w filmach "Warrior" bądź "Szpieg"

  • przyznanie nominacji za scenariusz "Rozstaniu", które nominowane jest również za najlepszy film nieanglojęzyczny
  • nominacja dla 9, a nie tak jak miało to miejsce przez ostatnie lata dla 10 filmów w kategorii najlepszy obraz
  • nominowanie zaledwie dwóch piosenek w kategorii najlepsza piosenka
  • aż dwie nominacje dla wyjątkowo przeciętnego w tym roku Johna Williamsa za soundtracki do "Czasu wojny" oraz "Przygód Tin Tina". 
  • brak nominacji za muzykę dla chociażby Alexandre Desplata czy dla nominowanego do Złotych Globów Abla Korzeniowskiego


Cieszą mnie:

  • niespodziewana nominacja dla Melissy McCarthy za fantastyczną drugoplanową rolę w "Druhnach"
  • nominacja dla Jessici Chastain za drugoplanową rolę w "Służących" oraz taka sama nominacja dla Octavii Spencer
  • dwa polskie akcenty: "W ciemności" nominowane w kategorii za najlepszy film nieanglojęzyczny oraz Janusz Kamiński nominowany za zdjęcia do "Czasu wojny"
  • nominacja dla "Kung Fu Panda 2" za najlepszą animację
  • nominacja dla Gary'ego Oldmana za pierwszoplanową rolę w filmie "Szpieg"
  • jakiekolwiek zauważenie "Drzewa życia" - cieszą nominacje za najlepszy film roku oraz zdjęcia
  • nominacja dla Christophera Plummera za drugoplanową rolę w filmie "Debiutanci"

A wy jak oceniacie tegoroczne nominacje do Oscarów? 

Tagi: Oscary
19:07, milczacy_krytyk , inne
Link Komentarze (18) »
sobota, 21 stycznia 2012
Rzeź

pole minowe

Rzeź

Rzeź (2011) Francja, Niemcy, Polska

reżyseria: Roman Polański
scenariusz: Roman Polański, Yasmina Reza
aktorzy: Jodie Foster, Kate Winslet, Christoph Waltz, John C. Reilly
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Paweł Edelman
montaż: Hervé de Luze

na podstawie: sztuki Yasminy Rezy "Bóg mordu"

 (7-/10)

Ten film jest dokładnie taki, jak można się było tego spodziewać.  To ponad godzinna rozmowa dwóch małżeństw, które spotykają się w mieszkaniu jednego z nich, po tym jak ich synowie się pobili, a dokładniej rzecz biorąc, jeden uderzył drugiego kijem w twarz.  Rozmowa, która z kulturalnej i poprawnej dość szybko zamienia się w niemałą kłótnię.  Bo choć oświadczenie, które przygotowują rodzice uda się napisać zaskakująco szybko i bezproblemowo, a całą sprawę omówić w zaledwie kilka minut, to jednak przez małe słówka rozmowa będzie się przedłużać na kolejne minuty.  Ciekawe, bo choć od początku zaproszone małżeństwo będzie jedną nogą już za drzwiami mieszkania, przygotowując się do wyjścia, tym samym kończąc spotkanie, to jednak przez wymykającą się spod kontroli wymianę zdań, będzie stale powracać do salonu, ciągnąc coraz bardziej agresywny spór.  Bo temat dwóch jedenastoletnich synów szybko zostanie porzucony na rzecz wzajemnych docinek, aż na końcu każdy skłóci się tu z każdym.

"Rzeź" to film przede wszystkim do podziwiania fantastycznych występów aktorskich i obserwowania jak te cztery zupełnie różne postaci, będą się zmieniać wraz rozwojem narastającego podenerwowania.  Bo założone na spotkanie maski dobrych rodziców, spełnionych dorosłych, szczęśliwych współmałżonków, zaczną z czasem opadać, ukazując prawdziwe oblicza postaci.  W czym pomoże również odrobina alkoholu, jaka poleje się w drugiej połowie rozmowy, gdy wszystkim zacznie być juz wszystko jedno.  I tak spokojna, próbująca szybko rozwiązać całą sytuację Nancy (Winslet) straci nad sobą kontrolę, a jej mąż Alan (Waltz) zacznie bardziej uczestniczyć w rozmowie, choć nie przestanie co chwila odbierać komórki, czym doprowadzać będzie wszystkich do szału.  Dobroduszny, ciepły i żartujący Michael (zaskakująco najlepszy z całej czwórki C. Reilly) ukaże swoją znacznie gorszą drugą stronę, a niepozorna Pen (zbyt szarżująca Foster) okaże się histeryczką ciągnącą bez końca prowadzącą do nikąd rozmowę.

Trzeba przyznać, że ta kłótnia między czterema osobami została rozpisana w niezwykle naturalny sposób.  Rozwija się ona tak, jakby zapewne potoczyła się w rzeczywistości i nie czuć tu ani trochę odgrywania kolejnych scen.  To zasługa świetnego reżysera, udanego scenariusza i oczywiście utalentowanych aktorów.  Bohaterowie tej opowiastki zmieniają strony, najpierw stojąc ramię w ramię w małżeństwach jakie tworzą, później tworząc koalicje płci, a na końcu zwracając się przeciwko swoim współmałżonkom.  Kłótnia zaczyna się od niewinnych słówek, których bohaterowie coraz bardziej zaczynają się czepiać, a przez które cichnący konflikt rozgorzewa na nowo.  Później w przypływie emocji powracają ledwo uciszone wątki i spory, dopiero co załagodzone miłymi słowami i pustymi zapewnieniami o dobrej woli obu stron.  Aż w końcu na światło dzienne wyciągane zostają wszystkie osobiste problemy, ukrywane żale i urazy jakie żywią do siebie poszczególne osoby. 

Ten gorący spór, w którym co jakiś czas zagubia się sens spotkania czwórki dorosłych, ogląda się całkiem dobrze.  Choć potwornie przegadany - dzieje się tu właściwie tylko rozmowa - to ani przez chwilę nie nudny, nie wytracający prędkości i wciągający od pierwszych minut.  Całość jest chwilami całkiem zabawna, szczególnie w drugiej połowie, gdy bohaterom zaczynają puszczać hamulce.  Mam jednak nieodparte wrażenie, że na deskach teatru ta ożywiona rozmowa dwóch małżeństw spisywała się lepiej niż na kinowym ekranie.  I nie chodzi mi tu wcale o odczucie teatralności tej historii, bo o dziwo, choć cały ten obraz rozgrywa się w czterech ścianach, przeważnie w jednym niezbyt dużym pokoju, to nie czuje się w nim typowej teatralności.  Jak na film, brakuje w nim jednak większego ładunku, większego kopa, czegoś więcej niż tylko dokładnej obserwacji, która do teatru pasuje idealnie, a w kinie jest jednak czymś niestety niewystarczającym.

23:35, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3