Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 29 stycznia 2011
Jak zostać królem

it takes friendship to conquer your own fear...

Jak zostać królemJak zostać królem (2010) Wielka Brytania, USA Jedenastki 2011 Jedenastki 2011

reżyseria: Tom Hooper
scenariusz: David Seidler
aktorzy: Geoffrey Rush, Helena Bonham Carter, Jennifer Ehle, Michael Gambon, Timothy Spall, Anthony Andrews, Colin Firth,  Guy Pearce, Eve Best, Claire Bloom, Simon Chandler, Derek Jacobi
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Danny Cohen
montaż: Tariq Anwar

 (8/10)

Rok 2008 zapamiętałem jako nietypowy dla niektórych znanych i najbardziej przeze mnie lubianych reżyserów.  Zrealizowali oni wtedy filmy odmienne klimatycznie od swoich typowych dokonań.  Zwykle mroczny Fincher nakręcił melancholijną i przepiękną opowieść o mężczyźnie, który zamiast starzeć się, młodniał („Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”).  Zakręcony i nieprzewidywalny Aronofsky opowiedział zwyczajną historię zapaśnika, który z chorym sercem chciał po raz ostatni pojawić się na ringu („Zapaśnik”).  Rok 2011 upływa natomiast pod znakiem filmów, które teoretycznie nie mogły się udać, bo snują one nie filmowe historie, teoretycznie za małe na kinowy ekran.  Robią to jednak w nieprawdopodobnie pasjonujący i wciągający sposób, udowadniając, że każdy temat na film jest dobry, o ile ma się pomysł na jego przedstawienie.  Fincher pokazał powstanie Facebooka w "The Social Network" jakby był to sądowy thriller, Aronofsky obserwował natomiast w „Czarnym łabędziu” wpadającą w obłęd perfekcji baletnicę, która za wszelką cenę przygotowuje się do "Jeziora łabędziego".  Tom Hooper w swoim obrazie pokazał nam natomiast przyszłego króla, którego największym i najstraszliwszym przeciwnikiem jest... mikrofon, do którego będzie musiał przemawiać podczas swojego panowania.  Książę jąka się od dzieciństwa i nie potrafi jednym tchem wypowiedzieć pełnego zdania, a czasy jakie się zbliżają, wymagają od niego by był świetnym, porywającym wręcz mówcą... 

Książę Albert za namową swojej żony zaczyna więc chadzać do Lionela Louge'a, specjalisty od wymowy, który wyznaje dość kontrowersyjne i nietypowe metody leczenia. Ponieważ wszyscy dotychczasowi logopedzi, u których bywał przyszły król, byli bezsilni wobec jego przypadłości, Louge jest dla niego ostatnią deską ratunku.  Początki współpracy są oczywiście dość kłopotliwe.  Lionel za nic ma bowiem dworską etykietę, swój gabinet traktuje jak królestwo, w którym obowiązują wyłącznie jego zasady, zrównujące go, zwykłego Australijczyka, z brytyjskim księciem.  Zwraca się do Alberta po imieniu, co gorsza zdrobniale "Bertie", co dozwolone jest jedynie najbliższej rodzinie, wypytuje o sprawy prywatne, dzieciństwo, w którym szuka przyczyn wady wymowy księcia.  Albert początkowo niechętny temu zuchwałemu zachowaniu, nie mogąc jednak zaprzeczyć, iż metody terapeuty faktycznie przynoszą konkretne rezultaty, zaczyna coraz chętniej z nim ćwiczyć.  Mężczyźni rozluźniają twarze, turlają się po podłodze, ćwiczą łamańce językowe, śpiewają, a nawet klną na całego, byleby tylko książę mógł pokonać swoją największą słabość.  O dziwo ta teoretycznie nieciekawa walka o płynną mowę, jest naprawdę wciągająca, chwilami rozbrajająco zabawna i nie sprawia wrażenia błahostki.  Bardzo szybko zaczynamy przejmować się razem z rodziną Alberta jego przypadłością, kibicować mu w terapii i martwić się, gdy opanowuje go stres i blokada mowy powraca jak fatum. 

Z całą pewnością nie byłoby tego filmu, gdyby nie fantastyczni aktorzy, który fenomenalnie wcielili się w swoje role.  Nic dziwnego, że posypało się tyle nagród i nominacji, bo stworzyli niesamowite kreacje.  Colin Firth jako książę Albert jest wprost niebywały.  Silny, zdecydowany, ale jednocześnie przytłumiony przez swoją rodzinę i wadę wymowy, z którą walczy od wielu już lat i nie może jej wciąż pokonać.  Naprawdę czapki z głów, bo to co wyczynia na ekranie jest niezwykłe.  Gdy denerwuje się podczas terapii, gdy nie może przebrnąć przez kolejne publiczne przemówienia, gdy zdaje sobie sprawę kim wkrótce zostanie, za każdym razem jest po prostu perfekcyjny.  Nikt tak jak on nie zagrałby tej roli.  Ale zauważalny (choć nie przyćmiewający ani przez moment Firtha) jest również Geoffrey Rush, czyli pomagający księciu Lionel.  Człowiek niesamowicie sympatyczny, współczujący, zdecydowany i cholernie dowcipny, który nie tylko pomoże przyszłemu królowi przebrnąć bez zająknięcia przez radiowe wystąpienia, ale także stanie się jego serdecznym przyjacielem.  Świetna rola.  Co ważne Firth i Rush bezbłędnie ze sobą współpracują, tworzą niesamowity duet, który ożywia cały film, dodaje mu rumieńców i energii.  Perfekcyjnie uzupełniają się, nie przyćmiewają siebie nawzajem, wyciągając ze swoich wspólnych dialogów ile się tylko da, a nawet jeszcze więcej.  W tle, choć bardzo zauważalnym, pojawia się jeszcze Helena Bohnam Carter w przecudnie normalnej roli, wspierającej i kochanej żony Alberta.  Dobrze jest wreszcie zobaczyć tę aktorkę, grającą tak zrównoważoną bohaterkę. 

Można się oczywiście przyczepić, że "Jak zostać królem" jest filmem skrojonym pod Oscary.  Chwilami jest nierówny, przewidywalny, za bardzo zwalniający tempo.  Nie porywa w nim reżyseria i tylko dzięki fantastycznym aktorom i świetnym dialogom ogląda się go tak dobrze.  Z pewnością gdyby na miejscu Hoopera zasiadł ktoś z większym doświadczeniem, film ten porywałby znacznie bardziej niż teraz.  Ale jednocześnie przy wszystkich swoich wadach, "Jak zostać królem" jest tak niezwykle sympatycznym, tak miłym i optymistycznym obrazem, że na te kilka niedociągnięć można spokojnie przymknąć oko i delektować się  każdą kolejną minutą, wsłuchiwać się w wyborne, inteligentne i momentami zabójczo zabawne dialogi, które wynoszą ten film na trochę wyższy poziom.  Przy dwóch scenach aż popłakałem się ze śmiechu: pierwsza to przeklinanie podczas terapii (scena przez którą obraz Hoopera w USA otrzymał wyższą kategorię wiekową, bo wielokrotnie pada w niej niecenzuralne słowo na f...), oraz druga gdy król ma tylko 40 minut na przygotowanie się do przemówienia i w panice wykorzystuje naraz wszystkie poznane dotychczas techniki.  Podsumowując.  „Jak zostać królem” to bardzo sympatyczna, chwilami całkiem wzruszająca historia rodzącej się przyjaźni pomiędzy królem i jego terapeutą, a także fantastycznie zagrana opowieść o pokonywaniu swoich słabości, którą naprawdę warto obejrzeć. Nawet jeśli nie jest to (a dla mnie z pewnością nie jest) najlepszy film roku.

czwartek, 27 stycznia 2011
Zabiłem moją matkę

więź

Zabiłem moją matkęZabiłem moją matkę (2009) Kanada Jedenastki 2011 Jedenastki 2011

reżyseria i scenariusz: Xavier Dolan
aktorzy: Anne Dorval, Xavier Dolan, François Arnaud, Suzanne Clément, Patricia Tulasne, Niels Schneider, Monique Spaziani, Pierre Chagnon
muzyka: Nicholas Savard-L'Herbier
zdjęcia: Stéphanie Anne Weber Biron
montaż: Hélene Girard

 (9/10)

"Zabiłem moją matkę" to debiut zaledwie dwudziestodwuletniego Xaviera Dolana, którego następny film "Wyśnione miłości" mogliśmy w zeszłym roku oglądać na ekranach naszych kin.  To smutna historia opowiadająca o szesnastoletnim Hubercie, który nie cierpi swojej matki.  Czuje do niej pogardę, przeogromną niechęć. Nienawidzi jej całym sercem, stale wyśmiewa to jak się ona ubiera, ciągle krytykuje jej zachowanie, jej głos, a nawet to jak i co do niego mówi.  Chce być niezależny, chce od niej uciec, ale nie może, bo jest na to zbyt młody, za bardzo od niej zależny.  Gdzieś głęboko w środku zdaje sobie sprawę, że wciąż jest mu potrzebna do życia, że bez niej w ogóle sobie nie poradzi.  I ta myśl go dobija, przerasta go i nie pozwala normalnie funkcjonować.  Wydaje mu się, że właśnie odchodząc od matki, ograniczając z nią kontakty, wszystkie jego problemy się rozwiążą, że to ona jest ich przyczyną.  Ale ilekroć będzie próbował się od niej odsunąć, życie mu na to nie pozwoli.

Zadziwiające jak bardzo dokładny i przemyślany jest to film, zważywszy na to, iż jest to debiut.  Zwykle w pierwszych ekranowych dokonaniach widać pewien potencjał, widać zadatki na przyszłe, coraz lepsze filmy.  Nie wszystko się w nich udaje, nawet najciekawsze pomysły nie zawsze wychodzą tak jakby mogły, bo twórcy brakuje jeszcze doświadczenia, pewności siebie, a czasem przekonania co tak naprawdę chciałby stworzyć.  Dolan natomiast doskonale wiedział co chciałby pokazać w swoim pierwszym filmie, w jaki sposób opowiedzieć tę przejmującą, w jakimś stopniu autobiograficzną historię.  Dlatego jego film jest tak dobry, dlatego tak mocno przykuwa do ekranu i nie pozwala o sobie zapomnieć już po zakończonym seansie.  Można się co prawda dopatrzyć tutaj wyraźnych inspiracji kinem Wong Kar-Waia, ale tak na dobrą sprawę czy to coś złego?  Tym bardziej, że nie jest to nieporadne i niczym nie uzasadnione czerpanie z filmów chińskiego reżysera, bo Dolan ma samemu też coś do powiedzenia, a taka właśnie forma przekazania treści wydała mu się do tego najlepsza. 

Dolan nie pokazuje w swoim filmie dlaczego relacje syna z matką tak się popsuły, dlaczego nie potrafią oni znaleźć wspólnego języka.  Nie szuka przyczyny, nie cofa się w przeszłość chcąc odnaleźć rozwiązanie tego konfliktu.  Miejsce w którym się on zaczął.  Tak się po prostu kiedyś stało.  Bohater jego filmu dorastając przestał się dogadywać ze swoją rodzicielką, a pustka jaka się między nimi wytworzyła, rozrosła się do tak ogromnych rozmiarów, że nie sposób już jej zmniejszyć.  Jedno drugiego nie słucha.  Tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą, a ich relacja to ciągłe przepychanki.  Brakuje jakiegokolwiek porozumienia, a nawet gdy jedno jakimś cudem wyciąga dłoń w nadziei na zaprzestanie tego bezsensownego konfliktu, drugie jakby tego zupełnie nie zauważa, lekceważy, przegapia krótki i bezcenny moment po którym coś mogłoby się między nimi zmienić.  Gniew Huberta jest całkowicie irracjonalny, on sam go wielokrotnie nie rozumie, nie wie skąd się wziął i dlaczego go tak pochłania.  Jego wściekłość wynika w jakimś stopniu z bezsilności, ze złości na samego siebie, a także na ojca, który opuścił matkę i jego, gdy chłopak miał siedem lat. 

Hubert myśli, że wszystko mu się należy.  Gdy tylko coś mu się zamarzy, chciałby otrzymać to natychmiast, tu i teraz.  Przez cały czas przyjmuje postawę roszczeniową .  Gdy wszystko układa się po jego myśli jest zadowolony, szczęśliwy, potrafi nawet wprost powiedzieć matce, że ją kocha, że jest wspaniała.  Jednakże gdy tylko coś mu się nie spodoba, gdy na jego drodze pojawiają się jakiekolwiek problemy, gdy to co sobie wymyślił nie może się ziścić wybucha, przeklina i wyzywa matkę od najgorszych.  Jest potwornie chwiejny, zagubiony i niezdecydowany.  Z jednej strony tęskni do tego co kiedyś było, do szczęśliwego dzieciństwa, które co jakiś czas powraca w jego wciąż żywych wspomnieniach.  Tęskni do czasów, gdy jego relacje z matką były prawie, że idealne, gdy rozumieli się bez słów.  Ale z drugiej strony sam boi się otwarcie do tego przyznać, jakby powrót do takiego stanu w jego wieku był czymś złym, czymś co uczyniłoby z niego osobę słabszą lub gorszą.  Dlatego uparcie i bezsensownie próbuje się odseparować od swojej rodzicielki, raniąc tym i ją i siebie.

"Zabiłem moją matkę" to według mnie obraz zdecydowanie lepszy od późniejszych "Wyśnionych miłości".  Mniej w nim tej całej artystycznej otoczki, ładnych, wypieszczonych pod każdym względem obrazków, które w tamtej produkcji zdecydowanie za bardzo górowały nad historią.  Tutaj ładne zdjęcia, pięknie zainscenizowane sceny, świetna muzyka i udany dobór piosenek są jedynie dodatkiem do ciekawej, świetnie napisanej historii, przepełnionej fantastycznymi i dającymi do myślenia dialogami.  Zdarzają się co prawda w tym filmie powolne sceny, w których teoretycznie nic się nie dzieje.  W tle rozbrzmiewa cudowna muzyka, a my przyglądamy się pięknym obrazom, poruszającym się w zwolnionym tempie bohaterom, ale jest ich tutaj naprawdę niewiele i są tylko urokliwym przerywnikiem pomiędzy kolejnymi scenami.  Bo tak jak "Wyśnione miłości" były filmem chwilami przestylizowanym, tak debiut Dolana to czysta historia, ubrana w ładne szaty.  Dopracowana forma jest tu tylko dodatkiem do całości, a nie na odwrót. 

Największym plusem tego filmu jest bez wątpienia Anne Dorval, która wcieliła się w postać matki Huberta.  Jest tak niebywale naturalna, że ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że gra, że odtwarza tylko wcześniej napisaną przez Dolana rolę.  Każdy jej ruch, każdy gest, każda reakcja jest tak prawdziwa, że aż nie sposób uwierzyć, że oglądamy tylko przedstawienie, zwykły film, a nie odzwierciedlenie rzeczywistości.  Fenomenalny występ, wprost nie mogę wyjść z podziwu jak perfekcyjnie aktorce udało się przedstawić tę postać.  Jak nie zdominowała swojej bohaterki, nie wtłoczyła jej w pewien schemat.  Ilekroć widzi się ją na ekranie, aż dech zapiera.  Scena gdy puszczają jej nerwy podczas rozmowy telefonicznej z dyrektorem internatu do którego chodzi Hubert, jest wprost porażająca.  Naprawdę niezwykły występ.  Ale co ważne partnerujący jej Dolan również poradził sobie ze swoją rolą.  Co prawda nie jest aż tak zachwycający jak Dorval, ale i tak wypadł naprawdę dobrze.  Dlatego też wszystkie sceny kłótni między bohaterami są tu tak naturalne, tak przekonujące.

Przed seansem, obawiałem się trochę, że film ten będzie zbyt dosłowny, że twierdzenie zawarte w tytule się spełni i podobnie jak w polskiej "Matce Teresie od kotów" Dolan pokaże nam nastolatka, który posunie się do najokropniejszego.  Całe szczęście  nie jest on tak ordynarny jak polscy twórcy.  Bohater jego filmu zabił co prawda swoją matkę, ale nie fizycznie.  Wykluczył ją ze swojego życia, swego świata.  Zabił ją na papierze, zamordował w swoich myślach, a taka śmierć jest chyba jeszcze bardziej przerażająca.  Rzadko kiedy po obejrzeniu jakiegoś filmu mam nieodpartą ochotę na natychmiastową powtórkę.  Po seansie filmu Dolana chciałem obejrzeć go od razu jeszcze raz, co pewnie za jakiś czas uczynię.  Naprawdę świetny, zmuszający do przemyśleń film.  Jestem bardzo ciekawy co następnego zaprezentuje nam ten kanadyjski reżyser, bo jeśli nie osiądzie na laurach i będzie dalej się rozwijać, może z niego być niesamowity twórca. 

00:03, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (2) »
wtorek, 25 stycznia 2011
Oscary 2011 - komu kibicuję

Oscary 2011 - komu kibicuję

Nominacje do tegorocznych Oscarów ogłoszone.  Pierwszy raz oglądałem relację na żywo z oficjalnej strony i nie spodziewałem się, że odbywa się to tak szybko. Rach, ciach i już wszystko wiadome.  Nie obyło się bez kilku wielkich (chwilami nawet ogromnych) zaskoczeń. 

Brak nominacji dla:
- Christophra Nolana za reżyserię "Incepcji"!!
- Andrew Garfielda za drugoplanową rolę w "The Social Network"
- "Tron Dziedzictwo" za efekty specjalne. 
- Daft Punk za muzykę do "Tron: Dziedzictwo"!!
- "Incepcji" za montaż!!

Spis wszystkich nominacji możecie znaleźć na oficjalnej stronie Oscarów, lub na Filmweb.

Poniżej krótka lista najważniejszych kategorii, ze wskazaniem filmów lub osób, za których najbardziej trzymam kciuki.  Ceremonia wręczenia Oscarów odbędzie się 27 lutego.

Najlepszy film:

Kibicuję:|Incepcja
Wygra pewnie:|The Social Network / Czarny łabędź

Jak na razie widziałem jedynie 4 z 10 nominowanych filmów, ale chyba i tak przez najbliższy miesiąc nie zmienię zdania i pod koniec lutego kibicować będę "Incepcji".  Kto wygra?  Pewnie "The Social Network", choć "Czarny łabędź" jest też bardzo prawdopodobnym wyborem.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy:

Kibicuję:|Colin Firth za "Jak zostać królem"
Wygra pewnie:|Colin Firth

Tutaj chyba nie będzie niespodzianek.  W zeszłym roku wygrał Jeff Bridges, Colin Firth musiał obejśc się smakiem.  W tym roku pewnie będzie na odwrót.

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa:

Kibicuję:|Natalie Portman za "Czarny łabędź"
Wygra pewnie:|Natalie Portman

Choć nie zachwycił mnie "Czarny łabędź", to muszę przyznać, że Portman zagrała w nim fenomenalnie.  Niezwykle charakterystyczna rola, każdy inny wybór byłby w tym roku pomyłką.  Oscar będzie jak najbardziej zasłużony.

Najlepszy aktor drugoplanowy:

Kibicuję:|?
Wygra pewnie:|Christian Bale za "The Fighter"

Nie widziałem jeszcze żadnego filmu z tej kategorii, więc ciężko mi powiedzieć który z drugoplanowych aktorów wypadł najlepiej.  Za granicą wszyscy stawiają na Bale'a i pewnie to właśnie do niego powędruje statuetka.

Najlepsza aktorka drugoplanowa:

Kibicuję:|Hailee Stieinfield za "Prawdziwe męstwo"
Wygra pewnie:|?

Jeśli Hailee w całym filmie zagrała tak dobrze, jak widać to w niespełna trzyminutowym zwiastunie do najnowszego filmu braci Coen, to jestem pod ogromnym wrażeniem.  Do kogo jednak powędruje Oscar?  Trudno powiedzieć.  Może do Melissy Leo?

Najlepszy reżyser:

Kibicuję:|David Fincher "The Social Network"
Wygra pewnie:|David Fincher / Darren Aronofsky

Gdzie jest Christopher Nolan??!! No gdzie!? 
I choc uwielbiam dotychczasowe filmy Aronofskiego, to jeśli mam wybierać pomiędzy nim, a Fincherem, wybieram tego drugiego.  Choć najbardziej chciałbym zobaczyć tu Nolana.

Najlepszy scenariusz oryginalny:

Kibicuję:|Christopher Nolan "Incepcja"
Wygra pewnie:|?

Sen we śnie, we śnie i jeszcze w kolejnym śnie.  Pewnie i tak nie wygra, ale trzymam mocno kciuki, bo Nolan pokazał w swoim filmie, że jego wyobraźnia nie zna granic.  I chociażby za to Oscar powinien powędrować właśnie do niego. 

 Najlepszy scenariusz adaptowalny:

Kibicuję:|?
Wygra pewnie:|Aaron Sorkin za "The Social Network"

Zastanawiam się co w tej kategorii robi "Toy Story 3".
Ponieważ trzech pozostałych filmów nie widziałem jeszcze, nie mam w tej kategorii żadnych ulubieńców.  Ale wygra pewnie Sorkin.  Kazdy inny wybór byłby sporym zaskoczeniem.

Najlepsza muzyka:

Kibicuję:|Hans Zimmer / Trent Reznor i Atticus Ross
Wygra pewnie:|Trent Reznor i Atticus Ross za "The Social Network"

Mojego kandydata do Oscara czyli Daft Punkt niestety nie ma wśród nominowanych, więc muszę wybierać spomiędzy tego co zostało.  Będzie dobrze jeśli wygra albo Zimmer za "Incepcję" albo Trent Reznor za "The Social Network" - coraz bardziej lubię ten soundtrack.  Choć wydaje mi się, że bardziej prawdopodobna jest wygrana tego drugiego, na fali innych nagród dla filmu Finchera, a "Incepcja" jako jeden z największych przegranych tegorocznych Oscarów i w tej kategorii nic nie otrzyma.

Najlepsze efekty specjalne:

Kibicuję:|Incepcja
Wygra pewnie:|Incepcja / Harry Potter 7

I znowu.  Gdzie jest nominacja dla "Tron Dziedzictwo"?  Kibicuję "Incepcji".  Oby chociaż w kategoriach technicznych ten film sobie poradził.

Najlepsze zdjęcia:

Kibicuję:|Wally Pfister "Incepcja"
Wygra pewnie:|?

Tak naprawdę, żadne zdjęcia w trzech z pięciu filmów, które widziałem nie powaliły mnie na kolana, ale najbardziej podobały mi się te w "Incepcji", dlatego kibicuję najbardziej Pfisterowi.  Ale jeśli statuetkę zgarnie Libatique, albo Cronenweth, tragedii nie będzie.

17:29, milczacy_krytyk , inne
Link Komentarze (17) »
piątek, 21 stycznia 2011
Czarny łabędź

the only person standing in your way is you...

Czarny łabędźCzarny łabędź (2010) USA

reżyseria: Darren Aronofsky
scenariusz: Mark Heyman, John J. McLaughlin, Andres Heinz
aktorzy: Natalie Portman, Mila Kunis, Vincent Cassel, Barbara Hershey, Winona Ryder, Benjamin Millepied, Ksenia Solo, Kristina Anapau, Janet Montgomery, Sebastian Stan, Toby Hemingway, Deborah Offner
muzyka: Clint Mansell
zdjęcia: Matthew Libatique
montaż: Andrew Weisblum

 (7,5/10)

Mam spory problem z oceną najnowszego filmu Darrena Aronofskiego.  Z jednej strony doceniam ogromny wysiłek jaki twórcy włożyli w wyprodukowanie tej nietypowej opowieści.  To, że z teoretycznie mało ciekawej historii o baletnicy, przygotowującej się do nowego spektaklu stworzyli thriller, chwilami nawet straszną opowieść o dążeniu do perfekcji, która doprowadza bohaterkę na skraj obłędu.  Widzę dopracowane zdjęcia, poświęcenie aktorów (niesamowita Portman!), świetny montaż, fantastyczną choreografię.  Wszystkie te techniczne szczegóły, które razem składają się na większy obraz.  Z drugiej jednak strony podczas seansu niezmiernie ważne jest dla mnie również odczuwanie samej historii, a tego filmu niestety jakoś za bardzo nie poczułem.  "Czarny łabędź" nie porwał mnie, czegoś mi w nim zabrakło, coś mi w nim nie zagrało, tak jak powinno.  Nie czuję rozczarowania, czy wielkiego zawodu, tylko pewien niedosyt, pewne oczekiwanie na coś więcej, co niestety nie zostało spełnione.

Najlepiej mój brak zachwytu nad tym filmem wytłumaczyć można porównując "Black Swan" do tańca głównej bohaterki.  Nina - bo tak ma ona na imię - przygotowuje się do występu w "Jeziorze Łabędzim" Czajkowskiego, w którym do zagrania ma dwie, przeciwne role: białego i czarnego łabędzia.  O ile wczucie się w tego pierwszego, utożsamiającego czystość, niewinność, i opanowanie nie sprawia jej żadnego kłopotu, bo dziewczyna z natury taka właśnie jest, tak już zagranie drugiej postaci jest dla niej ogromnym wyzwaniem i trudnością.  Czarny łabędź ma być bowiem zmysłowy, uwodzicielski, nieskrępowany, a Nina nie odkrywszy jeszcze do końca samej siebie nie potrafi tego odpowiednio silnie zaakcentować.  Chcąc otrzymać główną rolę w balecie będzie musiała, odciąć się od tego co ją dotychczas hamowało i znaleźć głęboko tłumione w sobie przeciwieństwo. A na horyzoncie bardzo szybko pojawi się konkurentka - Lilly, dziewczyna wyluzowana, czerpiąca z życia pełnymi garściami, która tańczy nie dla perfekcji, ale dla uczuć, dla przeżycia.  Jakby się mogło wydawać, idealna kandydatka na tę rolę.

 

Nina praktycznie przez cały film próbuje się zmienić, dać z siebie wszystko by móc wystąpi w obu rolach.  Jednakże w jej perfekcyjnym, dopracowanym w każdym ruchu tańcu brakuje żywiołowości, brakuje prawdziwych uczuć.  Pewnej lekkości, szaleństwa, zmysłowego wyczucia ruchów, które powoduje, że taniec staje się czymś więcej niż tylko idealnym wykonaniem kolejnych układów, dzięki któremu prawdziwe uwodzi, fascynuje i zachwyca.  I podobnie jest z filmem Aronofskiego.  Na pierwszy rzut oka jest on tak doskonały, że praktycznie nie ma się do czego przyczepić, nie ma na co narzekać, ale jednak jakoś nie porywa.  Zabrakło bowiem tego, czego brakowało głównej bohaterce, pewnej płynności, zatracenia się, takiego oddania się historii, by mogła ona samoistnie popłynąć wraz z widzem.  Dlatego też "Czarny łabędź" nie porwał mnie, nie wgniótł mnie w fotel, nie namieszał w psychice jak robiły to już poprzednie filmy reżysera.  To dobry obraz, chwilami nawet bardzo, ale nie ma w nim tego czegoś, tej iskry geniuszu, tego szaleństwa, które porywałoby, zachwycało i powodowało nasze całkowite zadurzenie się w filmowym dziele.

Aronofsky zdecydowanie za bardzo skupił się na cielesności swojej bohaterki, na jej czysto fizycznym poświęceniu podczas przygotowywania do występu.  Widzimy liczne siniaki na ciele Niny, wymęczone do granic możliwości nogi, połamane paznokcie, skórki zdarte do krwi, ale także przedziwne zadrapania na jej plecach.  Co prawda część z tych urazów odzwierciedla stan psychiczny bohaterki, pokazuje jak bardzo wczuwa się ona w rolę, jak bardzo jej na niej zależy, ale zdecydowanie za często reżyserowi wystarczają właśnie te widoczne na pierwszy rzut oka efekty nadmiernych ambicji Niny.  I choć od początku śledzimy tę historię oczami głównej bohaterki, choć to z jej punktu widzenia ją poznajemy, to Darren za bardzo ślizga się po powierzchni, za mało wnika w myśli młodej baletnicy.  Skoro już zdecydował się na przedstawienie tej historii z jej strony, to mógł się pokusić równie dobrze o większe zgłębienie jej psychiki.  W obecnym stanie Nina jest dla nas przez większą część seansu postacią całkowicie obcą, której i owszem możemy współczuć, ale wiele więcej do niej nie czujemy.

 

Niespecjalnie w filmie tym udało się pokazać powolne popadanie bohaterki w obłęd na punkcie zdobytej roli, to wczuwanie się w łabędzia, wymagające zerwania z przesłodzoną i zamkniętą w dusznych czterech ścianach przeszłością.  Nie spodziewałem się, że to początkowe poświęcenie dla roli rozwinie się wkrótce w obłęd, w chorobę psychiczną, bo inaczej chyba tego nazwać nie można.  Wydało mi się to pewnym sporym przeszarżowaniem ze strony twórców.  Rozumiem ogromne poświęcenie dla sztuki, rozumiem chęć pokonywania samego siebie, swoich lęków, kompleksów, strachu, bo jak mówi jeden z bohaterów, na drodze do sukcesu stoimy tylko my sami.  Traktowanie swojej konkurentki jako zagrożenia dla własnego życia, to jednak już pewna przesada, która została średnio uzasadniona przez wcześniejsze wydarzenia.  Przemiana bohaterki nie jest płynna, jest dziwnie skokowa i chwilami ciężko w nią uwierzyć, a im bliżej końca, tym wydaje się coraz bardziej naciągana i podporządkowana jedynie ogólnemu konceptowi, wyjściowemu założeniem, pod które scenarzyści musieli podpiąć jakoś kolejne wydarzenia. 

Brakowało mi tu wyraźniejszego, pełniejszego przejścia od normalności, od słodkiej dziewczynki, jak matka nazywała Ninę, aż do dziewczyny wyzwolonej, która odkryje w sobie nową siebie, która zerwie ze swoim przeszłym ja i stanie się zupełnie innym człowiekiem.  Obecne poprowadzenie tej transformacji jest moim zdaniem zbyt chaotyczne, zbyt gwałtowne i niestety chwilami mało przekonujące.  Dlatego film ten ze smutnego, niepokojącego dramatu psychologicznego jakim jest na początku, z biegiem czasu staje się horrorem, w którym jawa miesza się z ułudą, w którym nie wiadomo już zupełnie co dzieje się naprawdę, a co jest tylko wymysłem, wyobrażeniem głównej bohaterki, która za wszelką cenę chce perfekcyjnie wcielić się w dwie postaci. Niestety przez to skierowanie filmu na takie tory, obraz ten stracił moim zdaniem na swojej wadze.  Od połowy stał się efektownym, makabrycznym i niepokojącym widowiskiem, w którym odbicia w lustrach żyją własnym życiem, a nieznajomi miewają demoniczne twarze.  Stał się straszakiem, któremu bardziej zależy na zaskoczeniu widza, na efektowności, a nie na pokazaniu dramatu głównej bohaterki.

 

Z drugiej jednak strony trzeba przyznać, że wszystkie te straszne sceny są wplecione w filmową rzeczywistość tak sprawnie, że naprawdę ciężko odróżnić co tu jest jawą, a co tylko snem.  Dlatego w trakcie filmu wraz z bohaterką osuwamy się w szaleństwie, nie będąc pewnym co jest prawdziwe, a co nie. Przyjmujemy, że nawet najbardziej zwariowane wydarzenia mogą mieć miejsce.  Raz po raz dajemy się nabierać i w końcu nie możemy być już niczego pewni.  Za to spory plus, bo Aronofskiemu udało się pokazać obłędne wizje jako coś możliwego, udało mu się je tak sprawnie przemycić do normalnego życia, że nie są na pierwszy rzut oka nieprawdopodobne, czy niemożliwe.  To tylko pokazuje jak pomimo swojego nadmiernego rozbuchania, "Czarny łabędź" wciąż jest filmem wciągającym i angażującym.  Bowiem przez większą część seansu bezkrytycznie przyjmujemy wszystko co pokazuje nam reżyser, nawet przez chwilę nie kwestionując prawdziwości tego co się wydarzyło się na ekranie.  Trochę niestety ucierpiała na tym sama bohaterka, bo przez jej skrajne wizje, bardzo szybko straciłem jakiekolwiek przywiązanie do niej i stała się ona dla mnie jeszcze bardziej obca i niezrozumiała niż na początku.

Warto zwrócić jeszcze uwagę jak bardzo film ten przesiąknięty jest "Jeziorem łabędzim" Czajkowskiego. I nie chodzi mi tu tylko o to, że soundtrack Clinta Mansella płynnie łączy w sobie nowo napisane motywy z tymi, które pamiętają chyba wszyscy choć trochę znający muzykę klasyczną.  Nawet wybrzmiewająca gdzieś w dalszym tle muzyka w klubach, restauracjach, w których przebywają bohaterowie, bezpośrednio nawiązuje do dzieła rosyjskiego kompozytora. Przez to jeszcze bardziej zdajemy sobie sprawę jak ważny dla Niny jest balet, jak mocno związany jest z jej życiem.  Świetnie też wypadł pomysł by w czasie tańca zamiast zwyczajnych odgłosów ruchu słychać było trzepotanie skrzydeł, piór.  Dzięki temu mamy wrażenie, że tańczy nie krucha i delikatna dziewczyna, a właśnie łabędź.  Podsumowując: "Black Swan" to dobry film, chwilami nawet bardzo, ale do upragnionej perfekcji, do geniuszu trochę mu niestety brakuje.  Stąd pewien niedosyt, choć i tak warto ten obraz zobaczyć.

22:27, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (15) »
wtorek, 18 stycznia 2011
Cinema 2010

Cinema 2010

Wpis zapychacz.  Miał pojawić się na blip.pl ląduje tu bo chwilowo (ach ta nadchodząca sesja!) nie mam czasu na pisanie nowych notek. 
Fantastyczne podsumowanie filmowego roku 2010 w niecałe 6 minut.  Pewnie wszyscy już widzieli, ale trudno :p  Tym, którzy jeszcze nie trafili na ten filmik, życzę miłych wrażeń. :]
W piątek najprawdopodobniej wybieram się na film z 0:20.  Recenzja w sobotę.

22:03, milczacy_krytyk , inne
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3