Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 27 stycznia 2007
Lśnienie

błyśnięcie

 Lśnienie (1980) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Stanley Kubrick
scenariusz: Stanley Kubrick, Diane Johnson
aktorzy: Jack Nicholson, Shelley Duvall, Danny Lloyd, Scatman Crothers, Barry Nelson, Philip Stone
zdjęcia: John Alcott
muzyka: Krzysztof Penderecki


na podstawie: książki Stephena Kinga
 

(7/10)


Długo wachałem się czy obejrzeć "Lśnienie".  Dlaczego?  Bo z jednej strony jak wszyscy dobrze wiedzą "Lśnienie" to już klasyka i poprostu wypada ten film obejrzeć.  Z drugiej jednak strony nie przepadam z powieściami Kinga i chyba nigdy nie będę jego fanem.  Jednak w końcu zdecydowałem się na seans i.... mam mieszane uczucia.

Długo się zabierałem za napisanie tej recenzji.  Prawdę powiedziawszy film mnie trochę zawiódł i nie chciałem go zbyt pochopnie oceniać świeżo po seansie.  Dlatego odczekałem kilka dni, przemyślałem sobie go, kombinowałem z zakończeniem i wydaje mi się, że teraz moja opinia jest już ugruntowana i mniej emocjonalna.

Po pierwsze na plus muszę zaliczyć niesamowite, malownicze, jasne i czyste zdjęcia Johna Alcotta, które wbijają w fotel już w pierwszych sekundach filmu.  Naprawdę dawno nie widziałem tak rewelacyjnie sfilmowanych widoków, jakie pokazał nam Alcott podczas wstępnych napisów.  Do teraz nie mogę uwierzyć, że film, który ma już 27 lat mógł zostać tak perfekcyjnie sfotografowany.

"Lśnienie" jest nietypowaym horrorem.  Teoretycznie nic specjalnego się w nim nie dzieje, nic nie wyskakuje z ekranu, nic nie czai się w ciemnościach.  Jednocześnie film straszy i to bardzo.  Od samego początku czujemy niesamowite napięcie, które rośnie nieprzerwanie aż do samego zakończenia.  Od pierwszych scen wiemy, że w Hotelu wydarzy się coś przerażającego (świetna scena z siekierą) i przez to oczekiwanie boimy się przez cały seans.
Kurbick używa bardzo oszczędnych środków do straszenia widza.  Raz pokazuje nam dwie dziewczynki, raz zwykły labirynt, a raz (a nawet kilka razy) krew wypływającą w zwolnionym tempie z windy - świetna, szokująca scena wbijająca w fotel.

Chyba jednak największym atutem "Lśnienia" jest brawurowa gra Jacka Nicholsona, który stworzył niesamowitą, przerażającą postać Jacka Torrance'a.  Każda scena z jego udziałem to uczta dla kinomana, która potwierdza jak fantastycznym jest on aktorem.  Geniusz w każdym calu.
Poza tym podobała mi się rola Danniego Lloyda, oraz co może wielu zadziwić Shelley Duvall w roli denerwującej Wendy.  Jak dla mnie zagrała tę postać bardzo dobrze.

Kolejnym plusem "Lśnienia" jest jego całkowita nieprzewidywalność oraz bardzo niestandardowe podejście do tematu.  Kilka scen jest tak całkowicie zaskakujących - np końcowa z Hallorannem -, że na początku mogą się wydać złe, źle poprowadzone, lub kompletnie nie wykorzystane.  Tak jednak nie jest, a ponad to potwierdzają one jak dobrym i wyróżniajacym się filmem jest "Lśnienie".

Minusem "Lśnienia" jak dla mnie jest muzyka.  Co prawda wykonuje ona to co do niej należy, czyli buduje napięcie - przez pierwszą część filmu - ale czasem robi to w tak nieodpowiednich momentach, że staje się denerwująca - jak np w wielu spokojnych scenach - w hollu czy labiryncie, kończących się wielkim niepasującym bum.
Jest to oczywiście pewien zabieg odróżniający film Kubrica od innych - tak samo jak wcześniej wymienione zaskakujące zwroty akcji - ale on akurat nie spełnił swojego zadania.

Nie podobały mi się także niektóre wg mnie niepasujące do filmu sceny - w łazience z duchem kobiety, kompletnie niezrozumiała dla nie czytających książki scena z "psem", któryś raz powtarzana scena z windą i Wendy, czy ta z kelnerem wznoszacym toast.  Dla zwykłego widza są one nieczytelne, wprowadzają zamieszanie i jak dla mnie zniżają się do poziomu zwykłych horrorów.

Bardzo też rozczarowałem się tym, że Kubrick - a może i King, nie wiem - nie rozwinął dwóch wątków: pierwszgo tłumaczącego trochę bardziej tytułowy dar? lśnienia, który tak wychwalany i zaznaczany jest przez Halloranna na początku filmu, a o którym potem nie ma ani słowa, oraz także jedynie zaznaczony wątek z wymyślonym przyjacielem Danniego - Tonnym.

Poza tym bardzo zdenerwowało mnie zakończenie, które nic nie wyjaśnia, ba! - wszystko miesza.  Lubię zaskakujące zakończenia, które powodują, że muszę przemyśleć jeszcze raz cały film, bo obróciły sens całej historii o 180 stopni, ale to co zaproponował Kubrick to już przesada.  Ostatnie ujęcie, nic nie tłumaczy, wszystko miesza i nie pozostawia żadnych tropów dzięki którym moglibyśmy wpaść na w miarę dobre rozwiązanie historii.  Wprowadza jedynie zamęt, chaos i niesmak, a tego nie lubię w filmach.

P.s Bardzo się ucieszyłem, gdy zobaczyłem, że tvn wyemitował "Lśnienie" z napisami.  Dzięki temu miałem namiastkę wrażenia, że film oglądam w kinie, a nie w tv. :)

Tagi: horror
00:28, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (5) »
sobota, 13 stycznia 2007
Źródło

together we will live forever....

 Źródło (2006) USA Ulubiony

reżyseria: Darren Aronofsky
scenariusz: Darren Aronofsky, Ari Handel
aktorzy: Hugh Jackman, Rachel Weisz, Ellen Burstyn
zdjęcia: Matthew Libatique
muzyka: Clint Mansell

 (10/10)

Na najnowszy film Aronoskiego czekałem około rok.  Im bliżej było do premiery, tym coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że "Źródło" nie będzie zwykłym filmem, że będzie czymś więcej.  I nie pomyliłem się.  A nawet więcej.  Nowy obraz twórcy "pi" pochłonął mnie całkowicie, zafascynował, wbił w fotel.... 

"Źródło" wygląda jado dzieło sztuki.  Już od pierwszej minuty zdajemy sobie z tego sprawę.  Wewnętrznie to czujemy i z każdą nastęoną minutą jesteśmy coraz bardziej nim zauroczeni.  Przez całe 90 minut filmu miałem wrażenie, że patrzę na cudowny obraz, że próbuję zrozumieć co autor chciał mi powiedzieć, i choć nie zawsze do końca rozumiałem, to jednak coraz dokładniej wpatrywałem się w ekran, wyszukując kolejne ukryte znaczenia tej historii, szukając odpowiedzi i sensu.  I w końcu znalazłem. 
Trzy przeplatające się historie miłości, które na końcu łączą się w jedną całość.  I to nie byle jakie historie, bo wg mnie są one jednymi z najpiękniejszych opowieści o miłości, jakie widziałem.  Aronofsky nie mówi jednak jedynie  miłości.  Porusza także temat nieuchronnej śmierci, od której nie ma odwołania, z którą nie można wygrać, a trzeba się pogodzić.  I właśnie zderzenie miłości i przerywającej ją śmierci i strach przed tym wydarzeniem jest tematem "Źródła"

Aronofsky nie mówi o niczym w tym filmie wprost.  Posługuje się symbolami, niedopowiedzeniami, wieloma metaforami.  Plącze historię, przeplata ze sobą poszczególne wątki.  Dzięki temu na "Źródle" musimy ruszyć głową by je zrozumieć.  I to co jest w tym filmie najwspanialsze to to, że każdy zrozumie go inaczej.  W zależności, jaki ma humor, gust, pogląd na życie, w jakim etapie życia się znajduje, wyciągnie inne wznioski z tej historii, na co innego zwróci uwagę, co innego go zachwyci.  Co ważne to to, że tylko ci, którzy wzbiją się ponad obraz, ponad dosłowność i poszukają głębiej, zrozumieją "Źródło".  Dla reszty ten film będzie stratą czasu....

Sama historia jednak nie zachwycałaby tak gdyby nie odpowiedni klimat obrazu budowany jednocześnie przez zdjęcia i muzykę.   Wielkie brawa dla Matthew Libatique za rewelacyjnie przedstawione trzy odmienne, ale jednocześnie identyczne miejsca akcji, szczególnie za to rozgrywające się w przestrzeni kosmicznej w XXVI wieku, oraz za drobne smaczki jak drzewo życia czy zwykłe powtórzenia scen.
Jeszcze większe uznanie należy się dla Clinta Mansella za chyba jeden z najlepszych soundtracków ostatnich lat.  Życzę mu z całego serca wygrania Złotego Globu, bo muzyka, którą stworzył jest perfekcyjna.  Może się to wydać dziwne, ale jej doskonałość objawia się w tym iż prawie w ogóle nie słychać jej podczas seansu.  Pasuje idealnie i całkowicie wtapia się w film, a bez niego brzmi tak samo cudownie.

"Fountain" nie byłoby tak doskonałe gdyby nie Rachel Weisz i Hugh Jackman w potrójnej roli.  Nie lubię tego typu określeń, ale wg mnie dla Jackmana rola Tomiego była rolą życia.  Zagrał fantastycznie, był niesamowicie naturalny, przekonywujący, po prostu świetny.  Bardzo się cieszę, że to on grał Toma, a nie Brad Pitt, jak to miało być na początku.
Chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na niewielką ale jak dobrze zagraną i wybijającą się rolę Ellen Burstyn.  Niby tylko kilka minut na ekranie, ale jakich!

"Żródło" przypominało mi tematem, klimatem i czasem muzyką "Solaris" Soderbergha.  I właśnie tego typu filmem jest "Fountain".  Powolnym, ale dynamicznym, całkowicie wciągającym widza i wpływającym na niego tak mocno, że nie może o nim zapomnieć przez długie miesiące.
I właśnie od czasu "Solarisa" i "It's all about love" żaden film o miłości tak mocno na mnie nie wpłynął, tak bardzo, aż do łez mnie nie wzruszył.

Kończąc już tę beznadziejną i kompletnie nie oddającą klimatu filmu recenzję, gorąco zachęcam: jeśli możecie, idźcie na "Źródło'.  Na najprawdopodobniej najlepszy film tego roku.

23:24, milczacy_krytyk , 10
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Prestiż

czy patrzysz uważnie?

 Prestiż (2006) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Christopher Nolan
scenariusz: Christopher Nolan, Jonathan Nolan
aktorzy: Hugh Jackman, Christian Bale, Michael Caine, Scarlett Johansson, Piper Perabo, Rebecca Hall, Samantha Mahurin, David Bowie, Andy Serkis
zdjęcia: Wally Pfister
muzyka: David Julyan

na podstawie: powieści "The Prestige" Christophera Priesta

 (8/10)

Faktycznie "Prestiż" jest dobrym filmem.  Filmem, który trzeba śledzić od samego początku do samego końca z wielką uwagą i oddaniem by go zrozumieć.  Akcja rozgrywa się w co najmniej trzech głównych płaszczyznach czasowych i ciągle przeskakuje z jednej do drugiej, zmienia kolejność, powtarza niektóre sceny. 
Teoretycznie już na samym początku filmu wiemy co się stało.  Teoretycznie, bo jest to dopiero wstęp, który powoduje, że siedzimy w napięciu w fotelu śledząc przeszłość bohaterów, która wyjawi nam całą tajemnicę i rozjaśni historię dwóch magików. 
Teoretycznie, bo na końcu czeka na nas prestiż, który pozmienia wszystko co do tej pory sądziliśmy i wymyśliliśmy.  I znowu teoretycznie bo następuje rozwiązanie tajemnicy.  Nolan wyjawia nam sekret całej histori.  Odkrywa przed nami karty i już wiemy wszystko ... no prawie wszystko.  Dla tych, którzy nie domyślali się o co chodzi, będzie to ogromne zaskoczenie - a takich jest wielu.  Niestety dla tych, którzy połączyli niektóre sceny, małe detale pojawiające się co pewnien czas w filmie - już nie. 
Niestety ja należałem do tej drugiej grupy, która odkryła sztuczkę, przed jej zakończeniem i dlatego zakończenie "Prestiżu" trochę mnie rozczarowało.  Szczęka nie opadła mi na podłogę, i do tej pory czuję lekki niedosyt, czegoś mi w nowym filmie Nolana brakowało.  Czego?  Właśnie tytułowego Prestiżu.  Bo co to za sztuczka, którą się rozgryzie przed jej zakończeniem?  Nolan kilka razy wyjawia nam tajemnicę znanych sztuczek magicznych i dzięki temu pokazuje nam, to co z resztą mówi Sarah:  sztuczka wiele traci gdy poznajemy jej tajemnicę.  Wtedy okazuje się niesamowicie prosta i błacha.  Bo w magii chodzi nie o to by wiedzieć w jaki sposób magicy czarują, tylko by nie wiedzieć....

Całe jednak szczęście, że Nolan nie skupił się jedynie na magii i na zaskoczeniu widza.  Dzięki temu można uznać "Prestiż" za bardzo dobry, jeden z najlepszych filmów ostatnich miesięcy.  Fantastyczni aktorzy: Hugh Jackman, który wreszcie przekonał mnie, że potrafi grać, Christian Bale, jak zawsze pełen klasy Michael Caine, Scarlett Johansson, Rebecca Hall i nawet dobrze grający, czego kompletnie się nie spodziewałem David Bowie. 
Nolan od samego początu buduje unikatowy, niesamowity, typowy dla siebie ciężko-lekki klimat.  I nawet - o dziwo - końcowe science-fiction nie psuje i nie kłóci się z poprzednimi scenami, tylko zaskakująco dobrze do nich pasuje.
W "Prestiżu" niby nic się nie dzieje, akcja nie pędzi do przodu w zawrotnym tempie, jednak film jest przepełniony napięciem, oczekiwaniem.  Czuć w nim emocje, które aż tryskają z ekranu.  Od samego początku mamy wrażenie, że sam obraz jest sztuczką magiczną i jak występ magika składa się z trzech faz. 
Klimatu filmowi dodaje świetna, bardzo nie narzucająca się muzyka Davida Julyana, kompletnie nie próbująca odzwierciedlać tego co dzieje się na ekranie.  Płynąca jednostajnie i spokojnie ku końcowi, wg mnie bardzo podobna do tej z "Bezsenności".

Każda scena w Prestiżu jest potrzebna, każda rozmowa, każdy gest.  Zaczynając od pierwszej sceny na wzgórzu, a kończąc na tej z kanarkami.  Czasem jednak ważnych scen jest zbyt wiele i za szybko pomagają rozwiązać zagadkę.  Nie mniej jednak Nolan bardzo dokładnie i precyzyjnie przemyślał swój nowy film.  Widać w nim ład, podporządkowanie jasno określonemu zamysłowi.  I nie chodzi tu tylko o sztuczki magicznie, ale też o "zwykłą" historię dwóch rywalizujących magików.  O pokazanie co potrafi z człowiekiem zrobić chorobliwa chęć rywalizacji i zwycięstwa. 
"Prestiż" można odczytywać na dwa sposoby.   Dla jednych będzie to dobry kryminał o dwóch magikach, dla drugich, tych co poszukają głębiej, historia o poświęceniu, obłędzie, miłości, przyjaźni.  Nolan nadał swojemu nowemu obrazowi głębi dzięki czemu spokojnie można "Prestiż" oglądać kilka razy i za każdym razem znajdywać w nim nowe "smaczki".  Za każdym razem, patrząc bardzo uważnie...

00:26, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 stycznia 2007
podsumowanie roku

Gdy zaczynałem przypominać sobie jakie filmy udało mi się obejrzeć w zeszłym 2006 roku w kinie, miałem wrażenie, że był to rok bardzo płaski.  Płaski w sensie, że wszystkie filmy stały mniej więcej na tym samym dość wysokim poziomie.  Jednak ku mojemu zdziwieniu okazało się, że było dokładnie przeciwnie.  Co prawda średnio filmy mają ocenę 7, ale jest kilka obrazów poniżej szczęśliwej siódemki, a kilka blisko magicznej 10

W zeszłym roku odwiedziłem 16 razy sale kinowe, co jest pewnym postępem w stosunku do poprzedniego roku, choć niestety ominąłem kilka obrazów, które mogły być interesujace.  Ale ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolony z zeszłego roku.  Choć zaczynał się średnio, jak dla mnie był udany.


Ponieważ zawsze wolę usłyszeć jako pierwsze te złe wiadomości, więc zacznę od filmów najgorszych, które jak dla mnie okazały się pomyłkami, na które nie wiem po co poszedłem:

- Holiday (4/10) przegadana i nie śmieszna "komedia romantyczna"
http://www.filmweb.pl/topic/548482/Czarny+kamie%C5%84.html

- Tajemnica Brokeback Mountain (5/10) Wiele hałasu o nic
http://www.filmweb.pl/topic/416761/no+i+co++.......html


Rozczarowania - czyli filmy które mogły (i miały) być o wiele lepsze:
- Kobieta w błękitnej wodzie (6/10)
http://www.filmweb.pl/topic/502420/%C5%BCycie+to+%28nie%29+bajka.html

- Plan doskonały (6/10)
http://www.filmweb.pl/topic/427608/doskona%C5%82y+++niestety+nie.....html

- Dom nad jeziorem (6/10)
http://www.filmweb.pl/topic/493392/chat+z+dwuletnim+op%C3%B3%C5%BAnieniem....html


Miłe niespodzianki - czyli filmy które okazały się lepsze niż przypuszczałem:
- Mission Impossible (6/10) - które okazało się najlepszą częścią z trylogii
http://www.filmweb.pl/topic/445043/Mission++Possible..html

- Epoka lodowcowa 2 (8/10) - która jako jedna z nielicznych kontynuacji okazała się lepsza od oryginału
http://www.filmweb.pl/topic/444780/smaczny+ulepek.html

- Piraci z Karaibów: Skrzynia umrzyka (9/10)- jak wyżej
http://www.filmweb.pl/topic/476718/Kraken%2C+Zimmer%2C+rum+i+Kapitan+Jack+Sparrow.....html

- Silent Hill (9/10) - który pokazał, że horror może być inteligentny, a ekranizacja gry skierowana także do nie-graczy
http://www.filmweb.pl/topic/457742/%28niepe%C5%82na%29+opinia+nie-gracza%2C+plus+kilka+pyta%C5%84+do+fan%C3%B3w+gry.html


Filmy dobre:
- Kod daVinci (7/10) - może i rewelacyjny nie był, ale upchnięcie całej książki do filmu się udało - za to brawa.
http://www.filmweb.pl/topic/449686/co+kto+lubi.....html

- Diabeł ubiera się u Prady (8/10) - za nie cukierkowość i oczywiście Meryl
http://www.filmweb.pl/topic/521341/that%27s+all.html

- Ludzkie dzieci (8/10) - za wreszcie prawdziwe i niesamowicie realistyczne sf, bez tanich efektów specjalnych.
http://www.filmweb.pl/topic/522798/dziecka+p%C5%82acz.html

- Babel (8/10) - choć tu mało brakowało do zaliczenia do grona najlepszych
http://www.filmweb.pl/topic/552486/i+czym+si%C4%99+tak+martwisz+.html

I przyszedł czas na najlepszy film 2006 roku.  I tu mam problem, bo tak jak w zeszłym roku najlepszy okazał się bezkonkurencyjny Crash, tak tym razem, aż trzy filmy stoją na miejscu pierwszym.

- Monachium (10/10)
http://www.filmweb.pl/topic/402018/Owacja+na+stoj%C4%85co..html

- Wszystko gra (9/10)
http://www.filmweb.pl/topic/434146/tragedia.html

- Lot 93 (10/10)
http://www.filmweb.pl/topic/500004/wstrz%C4%85saj%C4%85cy.html


Szczęśliwego Nowego 2-007 roku ;)

01:28, milczacy_krytyk , hity kity
Link Komentarze (16) »
Babel

i czym się tak martwisz?

Babel (2006) USA

reżyseria:  Alejandro González Inárritu
scenariusz: Guillermo Arriaga 
aktorzy: Brad Pitt, Cate Blanchett, Gael García Bernal, Adriana Barraza, Rinko Kikuchi
zdjęcia: Guillermo Arriaga, Rodrigo Prieto
muzyka: Gustavo Santaolalla

 (8/10)

Długo się wachałem czy wybrać się na Babel do kina. Co prawda niesamowicie podobał mi się poprzedni film Inárritu - 21 gramów, ale zwiastun jakoś mnie nie zachęcił. Jednak w końcu zdecydowałem się obejrzeć nowy obraz tego reżysera.

I wszystko jest piękne. Trzy przeplatające się historie, wszystkie trzymające w napięciu, wszystkie na swój sposób poruszające i wstrząsające. Każda z nich opowiada z taką samą siłą o nas samych, o naszych zachowaniach, reakcjach uczuciach. Mówią o tym jak nie potrafimy się porozumieć z drugim człowiekiem, jak paraliżuje nas strach, niemoc, brak odwagi. O tym jak irracjonalnie czasami boimy się drugiego człowieka, jak niesamowicie zakorzeniony jest w nas rasizm, nieufność, wrogość, ksenofobia. O tym jak niesamowicie samolubni jesteśmy, jak myślimy jedynie o sobie, swoich problemach, swoich sprawach. Jak nie ważna, nieistotna, nie dająca się dla nas zrozumieć jest druga osoba, jej pragnienia, chęci, marzenia. O naszej głupocie, zbyt szybkim działaniu, daniu się ponosić emocjom, chwilowym impulsom. O naszej słabej woli, irracjonalności w często normalnych i dających się łatwo rozwiązać sytuacjach. O zbiegach okoliczności, złośliwości losu. O tym jak panicznie potrzebujemy bliskości drugiego człowieka, dotyku, poczucia miłości, przynależności, bycia ważnym, nieobojętnym. O tym jak nasze ego, chęć wywyższenia się ponad innych, zabłyśnięcia, przykrywana przez tlumaczenie wykonywania jedynie swoich obowiązków, zabija w nas ludzi, normalne ludzkie odruchy pomocy, współczucia.

Inárritu pokazuje trzy teoretycznie innie i nie łacząe się sytuacje. Nie komentuje ich, nie ocenia ludzi biorących w nich udział. Jedynie przedstawia i pozostawia nam do oceny. Często niewykonalnej, bo bohaterowie jego filmu są prawdziwymi ludźmi, którzy nie są tylko źli, albo jedynie dobrzy. Są szarzy, jak my, przez co nie możemy jednoznacznie powiedzieć, że zrobili coś źle, albo wręcz przeciwnie.

Wszyscy aktorzy spisali się bardzo dobrze. Najbardziej jednak ujęła mnie Adriana Barraza w roli Amelii, kobiety która nie do końca ze swojej winy straciła chyba najwięcej ze wszystkich bohaterów Babel.
Podobały mi się zdjęcia Rodrigo Prieto i muzyka Gustavo Santaolalla.

Najbardziej ze wszystkich trzech histori poruszyła mnie, trochę o dziwo, opowieść o młodej głuchoniemej japonce, która panicznie szukała bliskiej osoby. Wstrząsnęło mnie w tej histori to jak wyglądał świat tej dziewczyny i to czemu musiała na codzień stawiać czoła. Za każdym razem gdy patrzyliśmy oczami Chieko zadawałem sobie pytanie - "I czym się ty tak na prawdę na codzień martwisz durniu?" I to pytanie rozbrzmiewało przez cały seans, aż do powrotu do szarej rzeczywistości. I tu nagle w zderzeniu z codziennym życiem, prawdziwą sytuacją ucichło. Nie zniknęło ale ucichło. I między innymi za to jeden minus dla Babel. Za niedość silne przebicie.
Drugi za to, że kilka razy podczas oglądania tej historii miałem wrażenie, że trochę za dużo nieszczęść staje na drodze bohaterów, że niektóre są dodane nienaturalnie, niepotrzebnie. Że reżyser przeładował, chciał za bardzo pognębić swoich bohaterów, bardziej ich dobić....

Gdy siedziałem w sali kinowej myślałem, że Babel trafi do moich ulubionych i zaliczę go do najlepszych filmów roku. Tak się jednak nie stało i raczej nie stanie....

Tagi: dramat
01:11, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (3) »