Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
środa, 15 listopada 2017
Thor: Ragnarok

sparkles

Thor: RagnarokThor: Ragnarok (2017) USA

reżyseria: Taika Waititi
scenariusz: Craig Kyle, Christopher Yost, Eric Pearson
aktorzy: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Cate Blanchett, Idris Elba, Jeff Goldblum, Tessa Thompson, Karl Urban, Mark Ruffalo, Anthony Hopkins, Benedict Cumberbatch, Taika Waititi, Rachel House, Luke Hemsworth, Sam Neill, Matt Damon
muzyka: Mark Mothersbaugh
zdjęcia: Javier Aguirresarobe
montaż: Zene Baker, Joel Negron

 (8/10)

Studio Marvel od czasu pierwszego „Iron-Mana” zrealizowało już 17 filmów.  Przez ostatnie prawie dziesięć lat prezentowało rocznie przynajmniej dwie produkcje.  Teraz, by nadal móc rozwijać swoje gigantyczne uniwersum, by nie stracić zainteresowania widzów na całym świecie, musi eksperymentować, próbować nowych rozwiązań, by kierować opowieści na nowe tory.  Kolejne filmy przypominające te poprzednie nie cieszyłyby się już taką popularnością.  Kolejny mroczny "Thor" tym razem już by nie przeszedł tym bardziej, że poprzednia, druga część "Mroczny świat", dusiła się przez swój patos i podniosłość.  By na nowo zainteresować widzów postacią Thora, by ją nieco odczarować, potrzebna była znacząca zmiana.  Dziwić więc nie powinno, że studio obrało tym razem całkiem inną drogę i opowieść o bogu piorunów, która od początku zabarwiona była szekspirowskim dramatem, została przekształcona w komedię akcji.  Nawet nie w film superbohaterski, który nie stroni od humoru, ale w czystą komedię.  Chyba żaden dotychczasowy film Marvela nie był tak rozbrajający, tak uroczo absurdalny i zabawny jak właśnie "Thor: Ragnarok".

Zanurzenie tej opowieści w klimacie lat osiemdziesiątych może wydawać się działaniem pod publiczkę, w końcu od czasu "Stranger Things" panuje w Hollywood moda na produkcje, które bezpośrednio odwołują się do klimatu obrazów z tamtych lat.  Jeśli jednak wziąć pod uwagę, że Thor dzieje się w większości w dalekim kosmosie, jest komedią, a już za chwilę połączy się z Marvelowskimi "Strażnikami Galaktyki", to takie nasączenie tej produkcji latami 80. nie powinno dziwić.  Poza tym dzięki tej kiczowatej stylistyce filmów sci-fi lat 80. która tak świetnie jest tutaj zaprezentowana, ma się wrażenie, że "Thor: Ragnarok" jest jakby zaginionym obrazem z tamtych lat.  Filmem, który gdzieś się zagubił i dopiero teraz pojawił się na ekranach.  Tylko efekty specjalne są znacznie lepsze.  To taki piękny ukłon w stronę tamtych produkcji, między innymi w kierunku "Flasha Gordona".  Komediowa opowieść, z bogami i superbohaterami, rozgrywająca się w dalekim kosmosie aż prosiła się o taką stylistykę i bardzo dobrze, że się na nią zdecydowano.  Ona przewietrzyła tę produkcję, dodała jej tak potrzebnej lekkości, energii i żywiołowości.

Najnowszy "Thor" jest więc filmem lekkim, przezabawnym, chwilami totalnie absurdalnym.  To świetna zabawa historią, postaciami, która nie boi się swojej komiksowości.  To produkcja, która eksperymentuje i nie boi się odbierać wielkości swoim bohaterom, bo wie, że są oni tak uwielbiani przez widzów, że rozbijanie patosu i podniosłości niczego im tak naprawdę nie zabierze.  Cudowne są więc tutaj wszystkie sceny w których wyśmiewana jest sprawność postaci.  Cudowne jest pozbawianie Thora jego poczucia bycia najlepszym z Avengersów.  Jak również genialnie spisują się wszystkie sceny w których pewnym swoich umiejętności bohaterom jednak coś się nie udaje.  To właśnie te momenty, te chwile gdy podniosły charakter scen zostaje przełamany absurdalnym humorem, są najbardziej zabawne, ale i najbardziej zbliżają do bohaterów, którzy koniec końców są tylko ludźmi.  Rewelacyjne są również liczne cameo, szczególnie rozgrywające się na początku seansu, które są zaskakujące ale i nieprawdopodobnie zabawne.  Albo w pomysłowy sposób nawiązują do pozostałych filmów uniwersum Marvela, albo w cudowny sposób nabijają się z postaci samego Thora.

To co jednak najbardziej udaje się Marvelowi w najnowszym Thorze, to co powoduje, że ten film tak świetnie się ogląda, to bohaterowie.  W tym gigantycznym, buchającym od kolorów widowisku akcji, to właśnie oni, a nie efekty specjalne czy ciągła akcja, są najważniejsi.  Relacje ich łączące, historie jakie ze sobą niosą.  Cała reszta jest tylko efektowną dekoracją.  Aktorzy w swoich rolach czują się wyśmienicie, bawią się nimi i robią wszystko by wyciągnąć z nich jak najwięcej.  To dla bohaterów i dla aktorskich interpretacji ogląda się to widowisko i to dzięki nim jest ono tak udane.  Świetni są Hemsworth i Hiddleston jako nieustannie rywalizujący bracia.  Świetny jest Ruffalo jako Hulk, który z Thorem tworzą swego rodzaju buddy movie.  Idealnie w tym uniwersum odnaleźli się również nowi aktorzy.  Jeff Goldblum kradnie każdą scenę w której się pojawia, Tessa Thompson jest totalnie badass, a Cate Blanchett, jako demoniczna Hela sprawdza się wyśmienicie.  I choć jej czarny charakter (co typowe dla Marvela) nie pojawia się aż tak często jakby się tego chciało i jest zarysowana w bardzo prosty sposób, to w interpretacji charyzmatycznej Blanchett, która bawi się rolą bogini śmierci, prezentuje się znakomicie.  Ten uśmiech, to spojrzenie, ten look!

20:58, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 listopada 2017
mother!

never enough

mother!mother! (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Darren Aronofsky
akotrzy: Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer, Brian Gleeson, Domhnall Gleeson, Kristen Wiig
muzyka: Andrew Weisblum
zdjęcia: Matthew Libatique
montaż: Andrew Weisblum

 (6/10)

*** MOŻLIWE SPOILERY ***

Najnowszy film Darrena Aronofsky'ego jest bezkompromisowym, odważnym, rozszalałym eksperymentem.  To obraz, który zmierza w zupełnie odmiennym kierunku niż może się z początku wydawać.  To film, który usypia czujność, znieczula zmysły, by w finalnym trzecim akcie, rozpętać prawdziwe piekło, puścić wszystkie hamulce. Wykrzykując przekonania reżysera, wbić je nam do głowy mocą młota pneumatycznego.  Ta intensywność, to mówienie Capslockami widoczne jest już w samym tytule, poprzez pojawiający się na ekranie wykrzyknij tuż za słowem "mother".  Z pozoru delikatne słowo, pisane do tego z małej litery, zostaje wzmocnione, uzbrojone tym wykrzyknikiem.  Tak dzieje się również z przedstawianą tu historią, która z niewinnej, niepokojącej, przywołującej skojarzenia do "Dziecka Rosemary" i innych znanych opowieści grozy, zamienia się w absurdalne przedstawienie, które nie ma końca.  Początkowo można by sądzić, że ta produkcja będzie kolejną wariacją na temat tajemnic skrywanych w zamurowanych piwnicach, że będzie opowieścią o niebezpiecznym kulcie wykorzystującym niewinną bohaterkę, bądź będzie opowieścią o obłędzie w który wpada kobieta.  Tak się może zdawać aż do momentu, gdy z pozoru przypadkowe sytuacje, mrugnięcia okiem w kierunku widza nie zaczną układać się w pewien obraz, w nawiązanie, w znane symbole.  Wtedy okaże się, że kierunek tej opowieści jest zgoła inny.

"mother!" jest swego rodzaju remakiem.  Nowoczesnym przedstawieniem, reinterpretacją, własnym wyobrażeniem, które poprzez współczesne umiejscowienie ma unaocznić opowieści znane od tysiącleci.  Poprzez bliższe nam postaci żony, pisarza, niezapowiedzianych gości przybywających do domu gospodarzy, na nowo wyłożyć prawdy, które przyjmowane są bezkrytycznie.  Skrytykować je, pokazać w innym świetle, na świeżo zastanowić się nad ich sensem.  Opowiedzieć historię od początków do końca, ale w nowym otoczeniu przez które miałaby ona zyskać nowe znaczenie, zabłysnąć nowym blaskiem.  Aronofsky jednak zamiast tylko lekko zabarwiać swoją prostą opowieść znanymi symbolami, postaciami, znaczeniami, z każdą kolejną minutą seansu coraz bardziej skupia się nad tymi na nowo ukazywanymi symbolami, zapominając o właściwej opowieści, realnej historii.  Ożywające na ekranie metafory, a raczej METAFORY, zaczynają żyć własnym życiem, przejmują pełną kontrolę nad akcją, całkiem tracąc grunt pod stopami, zupełnie zapominając o tym, że to film powinien je prowadzić, a nie na odwrót.  Stąd druga połowa seansu ogranicza się jedynie do znajdywania kolejnych elementów układanki w pojawiających się na ekranie postaciach i wydarzeniach, na domyślaniu się jak daleko ta znana historia się potoczy.  Znika sam film, znika historia pewnej kobiety, której domostwo zostaje nawiedzone przez parę nieznajomych.  Na pierwszy plan wkracza chaos i zupełnie niepotrzebny remake.

Czego tutaj nie ma?  Jest matka Ziemia i Bóg. Są dwaj bracia i morderstwo.  Jest dzieciątko i krwawy poczęstunek.  Jest wyczekiwanie na słowo i jego wyznawcy.  Jest przedmiot zakazany, raj utracony i kreowanie nowych rzeczywistości.  Jest całe zło tego świata i w sumie chyba tylko diabła brak. Skądś to znamy? Przenośni, odniesień jest co nie miara, a im dalej tym więcej.  Tylko w sumie po co?  By swoimi słowami, pod pozorem zwykłego horroru przerobić mity i wierzenia na swoją modłę?  By tym nowym obrazem oburzyć, obudzić, pokazać w jak złym kierunku zmierza ten świat?  Bo świat Aronofskiego nie stoi na krawędzi zagłady, on właśnie przechodzi apokalipsę.  To niekontrolowany chaos, pełen zła wyrządzanego przez ludzi kompletnie oderwanych od natury i dobra.  Świat w którym Bóg to zadufany w sobie obserwator, pragnący jedynie poklasku maluczkich, wybaczający im całe zło byleby tylko go wielbili.  To Bóg okrutny, samolubny, zły.  Jedynie przyglądający się swemu stworzeniu, które w ekspresowym tempie niszczone jest przez ludzi. Ten zakończony wykrzyknikiem, proekologiczny krzyk rozpaczy reżysera, choć odważny, choć pomysłowy, niestety zawodzi. Bo stoi w rozkroku między zwykłą opowieścią, która nasączona jest dodatkowymi znaczeniami, a szaleństwem, które stoi samymi metaforami.  Bo pod koniec reżyser przestaje wierzyć swoim widzom i zaczyna udzielać dosłownych odpowiedzi w dialogach, które aż bolą gdy się je słyszy.  Pomysłowa szarża, odważna krytyka dzisiejszego pogubionego świata staje się świetnie zrealizowaną (Libatique jak zawsze niezawodny) ale okrutnie rozczarowującą pokazówką, która zamiast zachwycać, jedynie irytuje zmarnowanym potencjałem.

Tagi: horror
21:36, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 listopada 2017
A Ghost Story

little notes

A Ghost StoryA Ghost Story (2017) USA

reżyseria i scenariusz: David Lowery
aktorzy: Casey Affleck, Rooney Mara
muzyka: Daniel Hart
zdjęcia: Andrew Droz Palermo
montaż: David Lowery

 (8/10)

„A Ghost Story” jest jednym z tych niezwykłych filmów, który dojrzewa wraz z seansem. Z początku zdaje się bowiem, że ten spokojny film będzie oparty w większości na atmosferze, że to klimat będzie prowadzić tę prostą historię. Z pozoru dzieje się tu niewiele, nie pada zbyt wiele słów, a większość scen jest milczącą, czasem przedłużającą się obserwacją. Jednak wraz z rozwijającym się seansem, okazuje się, że w tych klimatycznych obrazach kryje się zaskakująco wiele niewypowiedzianej ale obecnej treści. Sporo przemyśleń, które wypływają na powierzchnię i które zostają z widzem na długo po seansie. Bo „A Ghost Story” to taki niepozorny, skromny ale bardzo bogaty film pełen ciekawych przeciwieństw. Niby z formy skromna niezależna produkcja ale zagrana przez hollywoodzkie gwiazdy. Niby film wyciszony i niespieszny ale zaskakująco dynamiczny i wartko opowiedziany. Seans zjawisko, który potrafi oczarować.

„A Ghost Story” to historia o duchach ale opowiedziana z zupełnie innej perspektywy. I nic więcej nie napiszę bo już to jedno zdanie jest aż nadto wyjawiające o czym jest ten film. A najlepiej ogląda się go nie wiedząc w jakim kierunku i jak potoczy się historia. Pod tym względem świetnie sprawuje się zwiastun, który właściwie nic nie wyjawia ale zaciekawia na tyle by chciało się sprawdzić tę produkcję. A warto bo ta niepozorna historia mówiąca o żałobie po stracie bliskiej osoby jest obrazem, który daje do myślenia, który w niezwykły interesujący sposób podejmuje ten temat. Mówi jednocześnie o relatywizmie odczuwania związku, który z każdej strony wygląda inaczej.  Opowiada o nieubłaganym upływie czasu i tym jaki sens ma to wszystko co dzieje się za naszego życia. Mówi o oczekiwaniach i o oczekiwaniu, o potrzebie domknięcia, nadaniu celu temu co minęło, temu co się wydarzyło. Jest tęsknym, melancholijnym filmem traktującym o przemijaniu.

Ujmujące w tej produkcji jest to jak prosty pomysł na tą opowieść zostaje z jednej strony zaprezentowany w bardzo prosty sposób ale jednocześnie jak ważna i dopieszczona zostaje tutaj forma. Piękne są zdjęcia, bardzo statyczne, dopracowane w każdym kadrze, pięknie sprawuje się również muzyka tworząca melancholijny klimat. Ciekawie sprawdzają się również zabiegi montażowe które upłynniają czas, zacierają granice pomiędzy godzinami czy wręcz latami. W większości ta opowieść o duchach ma odcień poruszającego dramatu, ale gdy trzeba gładko zamienia się w najlepszy, klimatyczny horror. Wyjściowy pomysł, który wyglądał bardzo niepozornie tu zyskuje szlachetną, przepiękną formę na którą niezwykle przyjemnie jest patrzeć, którą przyjemnie się słucha. W dużej mierze to forma czaruje ten obraz. I tak „A Ghost Story” staje się filmem niespotykanym, niezwykłym. Intrygującym w treści, pięknym w formie.

16:02, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (5) »
środa, 25 października 2017
Blade Runner 2049

2049

Blade Runner 2049Blade Runner 2049 (2017) Kanada, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Denis Villeneuve
scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green
aktorzy: Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Jared Leto, Robin Wright, Dave Bautista, Mackenzie Davis, Sylvia Hoeks, David Dastmalchian, Barkhad Abdi, Lennie James
muzyka: Benjamin Wallfisch, Hans Zimmer
zdjęcia: Roger Deakins
montaż: Joe Walker

 (7/10)

Chyba najbardziej niesamowite w najnowszym filmie Denis Villeneuve jest to, jak bardzo niedzisiejszy jest to obraz. Podczas seansu ma się nieodparte wrażenie, że produkcja ta została nakręcona wiele lat temu. Oczywiście pomijając cały aspekt techniczny, bo pod tym względem film ten zdecydowanie zawyża dzisiejsze standardy. Jest jednak w klimacie, atmosferze tej produkcji coś, co powoduje, że kontynuacja „Blade Runnera” zdaje się być filmem, który powstał zaledwie kilka, a nie kilkadziesiąt lat po oryginale. Po pierwsze, co jest zupełnie niezgodne z dzisiejszymi regułami opowiadania historii, już po pierwszych pięciu minutach seansu otrzymujemy na tacy gigantyczny spoiler, który współcześni twórcy zwykle zachowaliby na sam koniec. Tu zostaje on wyjawiony bez żadnej pompy, ot tak, jakby był całkiem nieistotnym fragmentem historii. Potem na jaw wychodzi główny motyw tego widowiska, również całkiem spory zwrot akcji, który ma się wrażenie zostaje zaprezentowany jakby zbyt wcześnie. I wreszcie to co najbardziej tu zadziwia, to tempo tej historii. Niedzisiejsze nie tylko jak na standardy pędzących na złamanie karku blockbusterów, ale nawet w porównaniu do „zwykłych” filmów. Niespieszne, kontemplacyjne, rozciągnięte do granic możliwości, któremu bardzo blisko do sposobu w jaki opowiedziana została oryginalna historia w pierwszym filmie.

To wszystko powoduje, ze kontynuacja „Blade Runnera” choć zrealizowana trzydzieści pięć lat po filmie Ridleya Scotta, sprawia wrażenie filmu zatopionego nadal w latach osiemdziesiątych. Sprawia wrażenie filmu, który idealnie wywodzi się z pierwszej produkcji. Sequel nie jest uwspółcześnionym powrotem do świata znanego z pierwszego filmu. Jest przedłużeniem tamtej opowieści, rozszerzeniem, dopełnieniem. W podejściu do opowieści, w poszanowaniu źródła, bardzo bliski pierwszemu filmowi. Odetchnąć mogą z ulgą więc wszyscy Ci, którzy obawiali się, że duch oryginału zostanie gdzieś zagubiony, że Hollywood będzie chciało odcinać kupony od kultowego filmu i zamiast produkcji coś sobą reprezentującej, postawi na tak popularne dziś łatwe efekty i szybką akcję. Tej prawie w tym filmie nie ma, bo dynamicznych momentów i pościgów jest mniej więcej tyle ile pokazały nam zwiastuny, co dla produkcji trwającą ponad dwie i pół godziny, jest tylko nieznaczącym procentem. Od akcji ważniejszy jest tutaj klimat zniszczonej przyszłości. Klimat, który perfekcyjnie tworzony jest przez udaną ścieżkę dźwiękową ale przede wszystkim przez obłędne zdjęcia Rogera Deakinsa, który musi w tym roku wreszcie zgarnąć pierwszego, zasłużonego Oscara. Bo jeśli nie za ten film, to za co innego? Neonowe Los Angeles odgrodzone od oceanu wielkim murem, przykryte powoli opadającym z nieba śniegiem. Pustynne Las Vegas osnute pomarańczową mgłą. Pustkowie będące wysypiskiem śmieci, cmentarzyskiem gigantycznych statków. Właściwie każda scena to małe dzieło sztuki, każdy kadr to piękny obraz nadający się do oprawienia.

Historia opowiadana w „Blade Runner 2049” jest dość prosta. Właściwie można by ją streścić w kilku krótkich zdaniach. Ale w interesujący sposób kontynuuje i rozbudowuje wątki, które poruszone zostały w pierwszym filmie. Nie sprawia wrażenia kontynuacji dopisanej na siłę. Jest logiczną konsekwencją pierwszego filmu, interesującym dopowiedzeniem. Kontynuuje pytania jakie zawarte były w pierwszym filmie. Co tak naprawdę czyni z nas ludzi? Czy jest to tajemnicza dusza, czy może coś innego? Jak ważną rolę w życiu stanowią wspomnienia, jak kształtują nas samych? Sequel w niektórych przypadkach kieruje te pytania w przeciwnym kierunku, innym razem rozszerza je na inne sposoby. Zastanawiając się na przykład nad tym czy byt może istnieć bez ciała. Czy sama myśl, uczucia bez fizycznej, namacalnej reprezentacji mogą być uznawane za istotę równą ludziom? Sporo w tej produkcji znajduje się odniesień, mrugnięć oka, nawiązujących do pierwszego filmu. Chociażby na pozór niezrozumiałe testy jakie przechodzi jedna z postaci, czy przybliżanie zdjęć komendami głosowymi. Szkoda tylko trochę, że w kilku momentach kluczowych dla historii, film ten idzie na łatwiznę, wybiera zbyt proste skróty, które za bardzo naciągają tą opowieść. Poza tym na dłuższą metę powolne tempo, rozciąganie kolejnych scen do granic możliwości, staje się odrobinę męczące, a ogólny pesymistyczny, okrutnie zimny wydźwięk świata w jakim rozgrywa się ta historia powodują, że seans zdaje się nieludzki, pozbawiony życia. Wizualnie piękny, emocjonalnie niestety zbyt odległy.

19:38, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 października 2017
11. All About Freedom Festival - Podsumowanie

11. All About Freedom Festival - Podsumowanie

11.AAFF

W sobotę zakończyła się jedenasta edycja festiwalu All About Freedom, organizowanego przez Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku. To impreza, która łączy kino, koncerty oraz debaty po to, aby mówić o temacie różnie pojmowanej wolności. By poprzez sztukę przyglądać się temu, co akurat dzieje się na świecie i patrzeć na tematy wolności, tolerancji, solidarności. Od jedenastu lat trzonem festiwalu są pokazy filmowe, często uzupełniane spotkaniami z twórcami. Tak było i w tym roku. W czasie dziewięciu dni festiwalu pokazano siedemnaście obrazów - sześć dokumentów oraz jedenaście fabuł z całego świata. I choć poziom tegorocznych filmów nie zachwycał aż tak bardzo jak w poprzednich latach, to wśród tych kilkunastu filmów zdarzyły się takie propozycje, które zostaną na długo w pamięci. Filmy, które z czystym sercem można polecić.

Zanim jednak o filmach, jeszcze kilka słów o samym festiwalu, którego jestem aktywnym widzem już od przeszło siedmiu lat i który bardzo cenię. Bo nie idzie na łatwiznę, bo stara się przyciągnąć widzów niełatwym repertuarem, co roku poruszającym trudne tematy, filmami, które wielokrotnie nie należą do najprzyjemniejszych. Festiwalem, który stara się treścią zawyżać poprzeczkę, zmuszać do dyskusji, do zastanowienia się nad sytuacją w Polsce i na świecie. Festiwalem, który stara się stawiać na jakość, a nie na ilość. Przeciwnie więc do innych imprez filmowych, zamiast wypełniać dzień seansami od rana do wieczora, dobiera po dwa (w weekendy trzy) filmy dziennie, tak by każdy mógł obejrzeć wszystkie festiwalowe produkcje. Szkoda więc, że znów, jak w poprzednich latach, organizatorzy zapominają by tak ułożyć harmonogram seansów, by można było również bez problemu uczestniczyć w debatach po seansach. One zawsze stanowią ciekawe uzupełnienie do filmów. Denerwujące w tym roku było również (szczególnie na początku) nietrzymanie się harmonogramu, opóźnienia w seansach spowodowane przeciągającymi się koncertami bądź innymi wydarzeniami. Dziś, gdy tak cenny dla każdego z nas jest czas, takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Szczególnie na imprezie, która organizowana jest nie pierwszy raz z rzędu. Albo więc powinno się pomyśleć o innym ułożeniu grafiku, tak aby można było ze wszystkim zdążyć, albo bardziej trzymać się założonych ram czasowych. A piszę to nie dla samej krytyki, ale dlatego, bo tak bardzo cenię All About Freedom, i chciałbym żeby był jak najlepszym festiwalem.

W sumie na tegorocznej edycji AAFF obejrzałem dziewięć filmów fabularnych. Niewątpliwą zaletą programu, który układany jest przez kuratora - Artura Liebharta - jest jego różnorodność. Co roku możemy oglądać filmy pochodzące z całego świata – produkcje, które swoje premiery miały na festiwalach w Cannes i w Berlinie. Niestety nie zabrakło wpadek, czyli filmów nieudanych, nieciekawych, ale na szczęście nie zabrakło również obrazów, które oglądało się z zapartym tchem, które mam nadzieję, już niedługo wejdą do szerszej dystrybucji, by zachwycić widzów na zwykłych pokazach. Wśród najsłabszych filmów AAFF muszę wymienić trzy. Po pierwsze "Ciambra" (3/10), który okazał się być nudną, nieangażującą, nijaką opowieścią o pewnym cygańskim chłopcu, mieszkającym we współczesnych Włoszech. Film oczywisty od początku do samego końca, nudny i niewiele wnoszący. Zawiódł mnie również francuski obraz "Isabelle i mężczyźni" (4/10) z Juliette Binoche. W założeniu trochę inne podejście do wyeksploatowanego gatunku komedii romantycznej, które zawodzi, nie będąc ani komedią, ani filmem romantycznym. Z jednej strony ciekawi tutaj pewne odwrócenie ról - to bohaterka stara się o mężczyzn i to ona między nimi przebiera. Tylko, że bohaterowie zamiast ciekawić, intrygować, są wyłącznie irytujący, a sam film okrutnie przegadany i dosłowny. Koszmarem jest przykładowo scena, gdy bohaterka na głos, do samej siebie, mówi o tym jak się czuje. Coś co nigdy w poważnym kinie nie powinno się zdarzyć. Rozczarowujący okazał się niestety również polski film "Serce miłości" (3/10), czyli spojrzenie na codzienne życie pary artystów. To taka próba wprowadzenia sztuki współczesnej do kina. Całość niestety sprawia wrażenia zlepku scen, jakby improwizowanych, które średnio się ze sobą łączą, nie tworząc płynnej opowieści (co smutne, bo za scenariusz odpowiadał Robert Bolesto, autor scenariuszy do „Ostatniej rodziny”, czy „Hardkor Disko”). I choć aktorzy - świetny Tomasz Poniedziałek i genialna Justyna Wasilewska dają z siebie wszystko, to seans na dłuższą metę męczy i nudzi.

W pewnym sensie rozczarowaniem można nazwać również najnowszy film Michaela Haneke "Happy End" (6/10), który pokazywany był (a jakżeby inaczej) na zamknięcie festiwalu. I choć ta bardzo współczesna opowieść o dysfunkcyjnej, bogatej rodzinie nie jest filmem nieudanym, to jednak od mistrza można by wymagać jednak trochę więcej, oprócz dobrze zagranego, dość ciętego, humorystycznego obrazu. Bo choć jest w tym filmie kilka scen iście genialnych i totalnie rozbrajających, to jednak całość sprawia wrażenie przeciągniętej i jakby zbyt uproszczonej. Znacznie lepiej prezentował się rosyjski film "Łagodna" Siergieja Łoźnicy (7/10), będący opowieścią o pewnej kobiecie, która stara się dostarczyć paczkę dla swojego męża, który odsiaduje wyrok w więzieniu. Paczka, którą kobieta wysłała została do niej zwrócona, dlatego teraz stara się ją dostarczyć osobiście. I odbija się od urzędniczego niezrozumienia, okienkowego "nie, bo nie". Film ten w spokojny, chłodny i wielokrotnie milczący sposób ukazuje absurdy rosyjskiej, prowincjonalnej rzeczywistości, w której skorumpowana władza robi co chce, w której policja sympatyzuje z przestępcami, a zwykły obywatel jest już na starcie na przegranej pozycji. Szkoda tylko, że reżyser w trzecim akcie wykracza poza namacalną rzeczywistość, wkraczając na teren alegorii, fantazji, przez co bardzo osłabia wymowę swojego filmu. Podobny problem trzeciego aktu ma niemiecki obraz "W ułamku sekundy" (7/10) z Diane Kruger, która za swoją rolę została wyróżniona na tegorocznym festiwalu w Cannes. Tu trzeci akt będący wyrazem ludzkiej bezsilności wydaje się trochę rozczarowujący, jakby zbyt filmowy, choć jak pokazuje nasza niedawna polska rzeczywistość o dziwo wcale nie aż tak nieprawdopodobny. A sam film błyszczy najbardziej w drugim akcie, w czasie procesu sądowego. Całość opowiada natomiast o kobiecie, która w wyniku zamachu terrorystycznego traci synka oraz męża, który z pochodzenia był Turkiem. Wszystko wskazuje na to, że za zamachem stała nazistowska grupa. „W ułamku sekundy” jest więc niezwykle aktualną opowieścią o ksenofobii, nietolerancji, nienawiści, która rozgrywa się we współczesnych Niemczech.

Wśród najlepszych produkcji festiwalu wymienić muszę trzy. Po pierwsze "120 uderzeń serca" (7/10), będący opowieścią o gejowskich aktywistach, który dzieje się w czasie epidemii AIDS, jaka w latach 90. panowała we Francji. To obraz mówiący o ludzkiej solidarności, niełatwej miłości, o próbie wymuszenia zmiany, tak potrzebnej by ratować ludzkie życie. Przeciwnie do tytułu (to tempo uderzeń serca podczas większego wysiłku bądź stresu), film ten jest zaskakująco spokojny, skoncentrowany na bohaterach, ale na tyle wciągający, że dwie godziny seansu mijają bardzo szybko. Nie dziwne, że to właśnie ta produkcja została jednogłośnie wyróżniona przez jury festiwalu (w składzie Tomasz Wasilewski, Agata Passent, Tadeusz Sobolewski) jako najlepszy film jedenastej edycji AAFF. To właśnie ta francuska produkcja stoi najbliżej tematów, które są tak bliskie All About Freedom Festival. Najbardziej wstrząsającym obrazem był natomiast "W czterech ścianach życia" (8/10). To niezwykle aktualna opowieść rozgrywająca się w Syrii. Opowieść o wojnie domowej ukazana poprzez jeden dzień z życia pewnej rodziny, ukrywającej się w swoim domu, w bloku, który został już opuszczony przez wszystkich sąsiadów. To historia matki, która stara się za wszelką cenę zachować pozory normalności, chociażby nakłaniając swojego syna do tego by się uczył. Ale wojna nieustannie puka do zaryglowanych drzwi mieszkania, i wkrótce dostanie się do środka. Wstrząsający, rozrywający serce seans, który mrozi krew w żyłach, unaoczniając horror, jaki rozgrywa się teraz na Bliskim Wschodzie.

Dla mnie osobiście najlepszym filmem festiwalu jest "Niemiłość" Andrieja Zwiagincewa (8,5/10). To film po pierwsze przepięknie nakręcony, w którym każda scena jest dogłębnie przemyślana, w którym nie ma ani jednego przypadkowego ujęcia. Kamera zawsze znajduje się w najlepszym miejscu, jest płynnie prowadzona, niemal tańczy na planie, w zjawiskowy sposób prezentując na pozór zwykłe sytuacje. Prowadzenie kamery i zdjęcia są w tym filmie mistrzowskie, a patrzenie na nie sprawia ogromną przyjemność. Dopieszczone jest tu również światło, które tworzy niezwykłą atmosferę kolejnych scen, szczególnie świetnie sprawując się w kilku scenach gdy bohaterowie są nadzy, jednak oświetlenie ustawione jest w taki sposób, że wszystkie wrażliwe miejsca, mimo ruchu postaci zawsze znajdują się w cieniu. Poprzez tą przepiękną formę "Niemiłość" portretuje współczesną Rosję, tą wielkomiejską, tą bogatą, Moskiewską. Ukazuje ludzi uwiązanych w relacjach, które utrzymywane są na pokaz, dla kariery. Ludzi, którzy nie są zdolni do bliskości, których dzieli chłód. To niezwykle aktualna i niezwykle smutna historia, która rozwija się w ciekawym, trochę zaskakującym kierunku (w czasie pierwszego aktu trudno powiedzieć z kim i gdzie tak naprawdę powędrujemy). Opowieść o tym, że na pozór perfekcyjny, bogaty i zadbany świat, nie ma sensu, nie ma przyszłości bez miłości, bo nie jest w stanie zastąpić brak udanych relacji międzyludzkich. Wybitny, niezwykle dzisiejszy film, który ogląda się jednym tchem.

I to na tyle, jeśli chodzi o jedenastą edycję All About Freedom Festival. Nagrodzony przez jury "120 uderzeń serca" ma pojawić się w polskich kinach pod koniec marca przyszłego roku. Najciekawsza moim zdaniem "Niemiłość" ma wyznaczoną premierę na luty. Ciekawe, jaki jeszcze film otrzyma nagrodę publiczności, która przyznawana jest na podstawie głosów oddanych przez widzów festiwalu, po każdym seansie. Właśnie głosy się liczą, zwycięzcę poznamy już wkrótce.

Tagi: aaff festiwal
18:47, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 282