Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
czwartek, 15 czerwca 2017
Wonder Woman

wonder

Wonder WomanWonder Woman (2017) Chiny, Hong Kong, USA

reżyseria: Patty Jenkins
scenariusz: Allan Heinberg
aktorzy: Gal Gadot, Chris Pine, Connie Nielsen, Robin Wright, Danny Huston, David Thewlis, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Eugene Brave Rock, Lucy Davis, Elena Anaya
muzyka: Rupert Gregson-Williams
zdjęcia: Matthew Jensen
montaż: Martin Walsh

 (7/10)

Gdy kilkanaście dni temu zaczęły spływać pierwsze recenzje "Wonder Woman", wszyscy odetchnęli z ulgą.  Po serii wpadek, studio DC potrzebowało wreszcie sukcesu.  Nie tyle finansowego, co jakościowego.  Poprzednie filmy studia okazały się być dziełami filmopodobnymi, których nie dało się prawie oglądać.  Taki był koszmarny "Batman v Superman", który przytłoczony został przez nadmierny patos i chęć zbudowania uniwersum jednym filmem.  Taki był również "Suicide Squad", który przyciągnął do kin genialnym zwiastunem, nie oferując swym seansem absolutnie nic, będąc jedynie zlepkiem nudnych obrazów nie mających sensu, logiki, pomysłu na siebie.  Z ulgą przyjmuje się więc to, że "Wonder Woman" jest najnormalniejszym w świecie filmem.  Wcale nie wybitnym, wcale nie pozbawionym błędów czy pewnych niedociągnięć, ale wreszcie jest to ciekawie opowiedziana, prowadzącą od początku do końca historia, która do zaoferowania ma ciekawych bohaterów, sporo akcji, trochę humoru i całkiem dużo emocji.  Oby tylko nie była wyjątkiem od reguły.

Przede wszystkim w filmie tym zachwyca Gal Gadot.  Jest idealna w roli Diany, księżniczki która wyrusza ze swojego świata, wyspy Amazonek do świata ludzi, by tam pomóc w zakończeniu wielkiej wojny.  Gadot jest prawdziwie zjawiskowa.  Perfekcyjnie czuje postać wojowniczki, która wierzy w pokój, miłość i dobro.  Idealnie sprawdza się w scenach komediowych, świetnie daje sobie radę w scenach akcji.  Jej bohaterka jest w pewnym stopniu naiwna, ale dzięki Gadot nie staje się głupio naiwna.  Świetnie wypada tutaj również Chris Pine, jako żołnierz, który przypadkiem trafia do świata Amazonek.  Jest dowcipny, charyzmatyczny, w pełni przekonujący.  Między nimi od z samego początku wyczuwalna jest wyraźna chemia, w związku z czym pojawiający się wątek romansowy nie razi, wydaje się jak najbardziej naturalny.  Co ważne, bohater grany przez Chrisa jest tutaj tylko dodatkiem, postacią suportującą głównej bohaterce, a nie odwrotnie.  Diana przez cały seans jest tu najważniejsza.  

Fantastyczne w tym filmie jest to, że chociaż główna bohaterka przywdziewa dość skąpy kostium, choć jest przepiękną, zjawiskową kobietą, jej rola nie jest sprowadzona wyłącznie do obiektu seksualnego.  Jest niewinna.  Nie ma w tym filmie taniego, wulgarnego, seksistowskiego patrzenia na główną bohaterkę.  Nie jest ona tylko obiektem westchnień, nie jest erotyczną fantazją, którą by twórcy portretowali z jak bardziej kuszących stron.  Nie ma w tym filmie uprzedmiotawiania głównej bohaterki. Odwrotnie niż w wielu filmach rozrywkowych to nie kobieta, ale mężczyzna pokazuje tutaj najwięcej. Najbardziej rozebraną rolę przyjmuje Chris Pine, który w jednej z pierwszych scen występuje w stroju Adama.  Ciekawe czy takie normalne spojrzenie na bohaterkę wynika z tego, że reżyserem tego obrazu jest Patty Jenkins, która zobaczyła w Dianie przede wszystkim interesującą postać. I co ważne, unikając takiego przedmiotowego portretowania bohaterki, reżyserce udaje się wydobyć z niej jeszcze więcej piękna.

Zaskakujące, że jak na film rozrywkowy "Wonder Woman" jest obrazem poważnym. Ale nie podniośle patetycznym, tak jak filmy Snydera, tylko obrazem, który nie trywializuje historii, który podchodzi do niej z zaskakującym zrozumieniem.  W końcu akcja rozgrywa się w czasie I wojny światowej.  I oczywiście obraz wojny jest tutaj mocno ugrzeczniony poprzez pryzmat komiksowego kina akcji, ale i tak jest to obraz zaskakująco złożony, wyważony i mądry.  Nie ma w nim łatwych odpowiedzi. Produkcja ta nie trywializuje wojny ale i jej nie gloryfikuje.  Pokazuje, że w czasie wojny wszyscy są przegrani.  Nie ma w niej nic wzniosłego, bohaterstwo nie jest ani romantyczne ani pociągające.  Nie ma jednego złego, nie ma jednego odpowiedzialnego, bo wojna to koszmar, w czasie którego nie obowiązują żadne reguły, a wszyscy pozwalają sobie na rzeczy nie do pomyślenia.  Bardzo dobrze, że film ten nie upiększa wojny, bo dzięki temu mimo wstawek fantasy (już sama bohaterka jest takim fantastycznym dodatkiem) jest obrazem, który ma umocowanie w rzeczywistości, i obchodzi trochę bardziej, będąc jednak odrobinę czymś więcej niż tylko lekką rozrywką.

Twórcy na szczęście nie przesadzają z patosem, i choć zdarzają się tu nadmiernie podniosłe sceny (wschód słońca po wygranej walce), to jednak udaje im się przełamać podniosły i poważny ton odpowiednimi dawkami humoru.  Najwięcej wypływa go z sytuacji w których Diana poznaje świat ludzi.  Gdy z zaskoczeniem dowiaduje się tego jakie rządzą w nim prawa, co wypada a co nie.  Wszystkie te momenty gdy dziwi się z rzeczy, które dla współczesnego człowieka są zwyczajne, są bardzo udanym elementem humorystycznym.  Sama historia w tym filmie może jest prosta, ale jest.  Bohaterowie są konkretnie nakreśleni, mają swoje cele, a cały film zmierza w jasno określonym kierunku.  Ponieważ od początku sympatyzuje się z bohaterami, bardzo szybko się do nich przywiązuje, kolejne sceny akcji nie są tylko pokazem efektów specjalnych, ale niosą ze sobą jakieś emocje.  Zaskakują, chwytają za serce, pod koniec nawet trochę wzruszają.  Nie są tylko ciągiem pustych, wybuchowych fajerwerków.  I tak, wydawać by się mogło naiwne sceny jak ta gdy bohaterka wychodzi z okopów, nabierają sensu, i niosą ze sobą zaskakująco dużo emocji.  Dzięki temu nawet rozbuchany finał, który wizualnie jest tą samą bajką co widowiska Snydera, trzyma w napięciu, interesuje i emocjonuje do końca.

22:07, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 czerwca 2017
Sama przeciw wszystkim

earthquake

Miss SloaneSama przeciw wszystkim (2016) USA

reżyseria: John Madden
scenariusz: Jonathan Perera
aktorzy: Jessica Chastain, Mark Strong, Gugu Mbatha-Raw, Alison Pill, Michael Stuhlbarg, Jake Lacy, David Wilson Barnes, Dylan Baker, Raoul Bhaneja, Chuck Shamata, Christine Baranski, Sam Waterston, John Lithgow
muzyka: Max Richter

zdjęcia: Sebastian Blenkov
montaż: Alexander Berner

 (8/10)

"Miss Sloane" to przede wszystkim Jessica Chastain.  To ona jest motorem napędowym opowiadanej tu historii, to ona niesie tę produkcję na swoich barkach.  Jej bohaterkę można najprościej opisać jako połączenie Patty Hewes i Franka Underwooda, ale jest to bardzo duże uproszczenie.  Bezwzględna, zdecydowana, inteligentna, przebiegła, ale i wrażliwa.  Nie wahająca się wykorzystywać wszystkich dookoła siebie, przesuwająca granice jak najdalej się tylko da, by dopiąć celu.  Jak sama mówi w jednej z pierwszych scen, lobbing to sztuka przewidywania ruchów przeciwnika, wyprzedzanie go zawsze o jeden ruch.  I w tym Sloane jest mistrzynią.  Wierzy w siłę argumentów i w to, że można opowiadać się za daną sprawą nie tylko gdy jest się w nią osobiście, emocjonalnie zaangażowanym.  Jest nieoczywista, skomplikowana, tajemnicza.  Jest zawsze przygotowana, twarda jak stal, choć ta poza wiele ją kosztuje.  Tego, czemu wydaje się momentami nieludzka, dowiadujemy się powoli, w miarę rozwoju akcji, ale nigdy tak do końca ta prawda nie zostaje nam wyjawiona.  I co ciekawe choć metody bohaterki niejednokrotnie przerażają, choć ona sama właściwie niewiele różni się od "tych złych" z którymi walczy, kibicuje się jej działaniom od początku do samego końca.

Drugie, co perfekcyjnie działa w tym filmie to scenariusz, którego nie powstydziłby się sam Aaron Sorkin.  Aż trudno uwierzyć, że jest to debiut Jonathana Perery.  Jest świetnie napisany, sprawnie prowadzi akcję, korzystając z flashbacków, zapętleń, by w jak najciekawszy sposób opowiedzieć tę historię, powoli odkrywając kolejne karty.  A po drodze czeka na nas kilka niemałych zaskoczeń, z chyba największym, które następuje podczas finału. Choć akurat oprócz tego grand finale (które zdaje się być odrobinę przesadzone), to właśnie te mniejsze, wcześniejsze zwroty akcji, niespodziewane wydarzenia po drodze, robią naprawdę duże wrażenie.  Nie tylko zaskakują, ale jednocześnie ukazują główną bohaterkę z innych stron.  Dialogi są tu błyskawiczne, obfite i celne.  Sporo tu prawniczego żargonu (szczególnie początkowo) przez co seans do najłatwiejszych nie należy i wymaga pełnego skupienia by niczego nie przegapić, nie pominąć, by nadążyć za wydarzeniami i dialogami, ale jednocześnie można czerpać z niego ogromną satysfakcję.  Bo im dalej, tym ciekawiej, tym sytuacja coraz bardziej się zagęszcza, tym robi się coraz bardziej intensywnie.

"Miss Sloane" (polski tytuł to jakaś porażka) jest thrillerem, który perfekcyjnie trzyma w napięciu, który idealnie podbija tempo.  To film opowiadający o genialnej lobbystce, która po odrzuceniu oferty lobbowania za tym aby kobiety bardziej popierały prawo do posiadania broni, opowiada się po przeciwnej stronie tego sporu, za tymi, którzy są zdania, że broń nie powinna być ogólnodostępna, że nie powinna być dla wszystkich, a w szczególności nie dla tych, którzy jej zbyt bardzo pragną.  Tak jak prawo jazdy, którego posiadanie zależy od zdanego egzaminu, tak i prawo do posiadania broni powinno być uzależnione od testu, by broń nie trafiała w ręce tych, którzy jej mieć nie powinni.  A niedoskonały, dziurawy system powinien zostać uszczelniony.  To na co porywa się Sloane to walka nierówna, zdawać by się mogło skazana na porażkę.  Zdobywanie głosów, poruszanie się na granicy legalności, nurzanie się w brudach polityki, wśród polityków-szczurów, którzy zrobią wszystko byleby tylko utrzymać się na stanowiskach.  Historia tej walki jest świetnie poprowadzona, perfekcyjnie zagrana, pasjonująca, zakończona w satysfakcjonujący sposób.  Koniecznie wybierzcie się do kin.

21:27, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 czerwca 2017
Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

dead men tell no tales

Piraci z Karaibów: Zemsta SalazaraPiraci z Karaibów: Zemsta Salazara (2017) USA

reżyseria: Joachim Ronning, Espen Sandberg
scenariusz: Jeff Nathanson
aktorzy: Johnny Depp, Javier Bardem, Geoffrey Rush, Brenton Thwaites, Kaya Scodelario, Kevin McNally, Joshamee Gibbs, Golshifteh Farahani, David Wenham, Stephen Graham, Angus Barnett, Martin Klebba, Adam Brown, Giles New, Orlando Bloom, Keira Knightley, Paul McCartney
muzyka: Geoff Zanelli
zdjęcia: Paul Cameron
montaż: Roger Barton, Leigh Folsom Boyd

 (5/10)

Jest w "Zemście Salazara" taka scena gdy Jack Sparrow tuż po niespodziewanej pobudce pyta się zebranych dookoła niego gapiów, co on tutaj robi?  I to jest świetne pytanie, które również chciałoby się zadać samym twórcom tej produkcji.  Po co to wszystko?  Po całkiem udanej pierwszej trylogii (choć wykazującej tendencje spadkowe), oraz zupełnie niepotrzebnej ale przyjemnej części czwartej, naprawdę trudno wyjaśnić co robi w kinach, kolejne sześć lat później, następna część Piratów? Prócz oczywistego powodu chęci dalszego czerpania zysków z kury dotąd znoszącej złote jajka.  Tym bardziej, że moda, ekscytacja i szał na Piratów już dawno przeminęły i wskrzeszanie na nowo tej serii jest jak budzenie nieboszczyka, o którym większość już dawno zapomniała. Stąd piąty powrót do Piratów jest powrotem zupełnie niepotrzebnym, nudnym, nieudanym i co gorsza, chwilami podchodzącym pod parodię całej serii.

Co prawda dobrym pomysłem był powrót do kina rozrywkowego i zerwanie z totalnie chybionym kierunkiem jaki został przyjęty przy najbardziej nieudanej części trzeciej, która zabijała powagą, mrokiem i patosem.  Szkoda tylko, że spora część akcji piątej części rozgrywa się nocą, lub w ciemnościach, przez co przez większą część seansu ten film jest okrutnie brzydki, ciemny i niewyraźny. Wielokrotnie wszystko zlewa się tutaj w bezkształtną masę (aż strach myśleć jak niewiele widać w wersji 3D).  Wstawki fantasy nie denerwują, w  końcu od zawsze były częścią serii, choć tym razem jest ich jakby odrobinę więcej.  To co jednak tutaj bardzo przeszkadza to sceny akcji, absurdalnie przesadzone, tak bardzo odrealnione, że zamiast bawić tylko irytują (kreskówkowa scena z gilotyną czy ucieczka z sejfem jakby żywcem wyjęta z filmów Fast & Furious).  

Strasznie wypadają tutaj również efekty specjalne, co jest zaskakujące jak na film, który kosztował krocie.  Niestety wielokrotnie efekty rażą sztucznością, obecność green screenu wali po oczach i odbiera przyjemność z oglądania tej przygody, skoro na pierwszy rzut oka widać, że wszystko co otacza bohaterów jest sztuczne, nieprawdziwe, w całości wygenerowane w komputerze.  Przez tą sztuczność nie sposób emocjonować się pościgami, ucieczkami, dramatycznymi wydarzeniami, bo nie wyglądają one przekonująco.  Mało przekonująco wypada również twarz młodego Jacka Sparrowa we wspomnieniach z przeszłości.  Jest dziwnie nienaturalna, nieprawdziwa, sztuczna, szczególnie w momentach gdy bohater się odzywa. Tak jak najnowszym "Strażnikom Galaktyki" przepięknie udało się odmłodzić Kurta Russella, tak młodsza wersja bohatera granego przez Johnny Deppa wydaje się być bardzo niedopracowana, nieprzekonująca, wręcz odstraszająca.

Sam film jest niestety nudny, powtarzalny, przepełniony zbędnymi wątkami (chociażby cameo Paula McCartney czy scena ze ślubem, która niczemu nie służy).  Nowi bohaterowie sprawują się tak sobie, chociaż docenić trzeba to, że starają się wykrzesać z siebie jakieś emocje.  Najlepiej ze wszystkich sprawuje się Barbossa, żal tylko Sparrowa, który z cwanego zawadiaki stał się zapijaczonym klaunem mającym rozweselać publikę. Przykre, bo przecież Depp jest świetnym aktorem, ale grając Sparrowa rozmienia się na drobne, robi to już całkiem od niechcenia,  Co gorsza ta rola kładzie się cieniem na wszystkie pozostałe filmy z jego udziałem, jak klątwa od której nie może się uwolnić.  Bardem jako główny zły sprawdza się nieźle, choć charakteryzacja oraz komputerowo wygenerowane falujące włosy, powodują, że jego postać nie jest tak groźna i straszna jak mogłaby być.  Poza tym gdy co drugie zdanie jakie wypowiada zawiera imię Jack Sparrow, to po którymś z kolei zaczyna po prostu nudzić.

12:19, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (3) »
środa, 31 maja 2017
Song to Song

body to body

Song to SongSong to Song (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Terrence Malick
aktorzy: Ryan Gosling, Rooney Mara, Michael Fassbender, Natalie Portman, Cate Blanchett, Holly Hunter, Bérénice Marlohe
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
montaż: Hank Corwin, Keith Fraase, Rehman Nizar Ali

 (2/10)

Michael Fassbender tarza się po podłodze.  Rooney Mara opiera się o gigantyczne okna i w zamyśleniu patrzy się gdzieś w dal.  Natalie Portman przechadza się po wielkich apartamentach.  Ryan Gosling przygrywa na pianinie.  Natalie Portman przechadza się w krótkiej spódniczce nad leżącym Fassbenderem.  Gosling z Marą biegają po pustkowiu w czasie zachodu słońca. Cate Blanchett chodzi na spacery z Goslingiem, a Holly Hunter tuła się po wielkim parkingu wołając o pomoc.  Kogo grają, kim są, to zupełnie nieistotne.  Normalnych rozmów nie prowadzą, w większości odzywają się z offu, wygłaszając po kilka nieistotnych, pustych zdań.  Śledzeni są przez okrążającą ich, nieustannie biegająca za nimi kamerą Emmanuela Lubezkiego, która spogląda na nich z różnych stron.  Lawiruje, wiruje, często zbacza na bok, by zamiast na bohaterów spojrzeć na przyrodę, latające chmarą ptaki, uginające się pod naporem wiatru drzewa.  Tak jakby zdjęcia miały wypełnić brak treści.

"Song to Song" to zapis obrazów, improwizowane sceny pozbawione scenariusza.  Zaczątki historii kilku postaci, o których niczego się nie dowiadujemy, których myśli wygłaszane zza kadru są tylko pretekstem do kolejnych ładnych obrazów.  Bohaterowie przeskakują strumyk na pustkowiu.  Przechadzają się po pięknych, nowoczesnych mieszkaniach.  Podglądają koncerty festiwalowe zza kulis.  Bohaterki zaplątują się w powiewające na wietrze firanki, obijają się o ściany w zamyśleniu i smutku rozmyślając o tym co się im (nie) przydarza.  Tarzają się po ziemi, obściskują, dotykają, spoglądają na siebie, najczęściej w promieniach zachodzącego słońca.  Bo hej, tak przecież będzie ładnie.  Tak jakby te obrazy, te krótkie scenki bez większego znaczenia miały trafić na insta, jakby miały być częścią tamtego przefiltrowanego story, w którym liczy się tylko uchwycony kadr, lub fragment ruchu.  Problem tylko w tym, że nie jest to story w odcinkach, tylko film bez scenariusza, co boli najbardziej, bo bez tej podstawy, nadbudówki w postaci świetnych aktorów, dobrze dobranej muzyki, czy ładnych zdjęć, nie są w stanie tu niczego uratować.

Improwizowana forma tego filmu zaczyna denerwować po pierwszym kwadransie.  Wypowiadane szeptem myśli bohaterów nie interesują.  Przypadkowość formy z powodu której można by wyciąć z tego filmu dowolną postać, bez jakiejkolwiek większej straty dla całości, jest co najmniej irytująca.  Brak chronologii (nawet w pojedynczych scenach) nie składa się na żaden celowy zabieg, staje się niedbalstwem, lenistwem twórcy, który nie ma zamiaru ułożyć z tych obrazów pasjonującej opowieści.  A skoro jemu się nie chce, to czemu nam miałoby się chcieć?  Koncertowe tło, prócz gościnnych występów kilku znanych artystów (chociażby Patti Smith, Lykke Li, Iggy Pop) nie zostaje w ogóle wykorzystane, stając się jedynie ładnym obrazkiem, wyglądającym ciekawie, nietypowo, ale nie mającym żadnego wpływu na rozwój wydarzeń, bo bez niego poczynania bohaterów w ogóle by się nie zmieniły.  W końcu same zdjęcia stają się nudne, a powtarzalność inscenizacji kolejnych scen zaczyna denerwować, irytować i smucić. Okrutnie zmarnowany potencjał.

19:53, milczacy_krytyk , 02
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 maja 2017
Obcy: Przymierze

Covenant

Obcy: PrzymierzeObcy: Przymierze (2017) Australia, Nowa Zelandia, USA

reżyseria: Ridley Scott
scenariusz: John Logan, Dante Harper
aktorzy: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup, Danny McBride, Demián Bichir, Carmen Ejogo, Jussie Smollett, Callie Hernandez, Amy Seimetz, Nathaniel Dean, Alexander England, Benjamin Rigby, Uli Latukefu, Tess Haubrich
muzyka: Jed Kurzel
zdjęcia: Dariusz Wolski
montaż: Pietro Scalia

 (5/10)

Niech Was nie zwiedzie tytuł.  "Obcy: Przymierze" to tak naprawdę kontynuacja "Prometeusza".  "Covenant" bez tytułowego Aliena, który został tu dodany tylko i wyłącznie by przyciągnąć przed ekrany więcej widzów.  Zachęcić tytułem, zachęcić wizerunkiem potwora, który był nadmiernie eksponowany w kampanii reklamowej, dając złudną nadzieję, że po nieudanym "Prometeuszu" tym razem Ridley Scott zaprezentuje nam historię godną klasycznego Obcego, starającą się równać poziomem do dwóch pierwszych filmów z serii.  Niestety Scott na swoje stare lata błądzi okrutnie i choć nie jest zadowolony z tego w jakim kierunku pozostali reżyserzy poprowadzili historię zapoczątkowaną w jego obrazie z 1979 roku, teraz sam niszczy legendę Obcego, powołując na świat tak nieudane, nielogiczne i głupie filmy jak "Prometeusz" czy właśnie "Obcy: Przymierze".

"Covenant" to film składający się z trzech różnych części, z czego niestety każda kolejna jest coraz gorsza.  Całość zaczyna się całkiem interesująco.  Statek kolonizacyjny Covenant przemierza kosmos wraz z kilkunastoosobową załogą, androidem oraz zahibernowanymi kolonistami w liczbie dwóch tysięcy, zmierzając na planetę Origae-6, by tam założyć nowy dom.  Po drodze załoga przypadkiem natrafia na sygnał ludzkiego pochodzenia dochodzący z planety, która zdaje się być idealnym miejscem do zamieszkania.  Ponieważ oryginalny cel misji jest oddalony o kolejne siedem lat dalszej wędrówki, załoga decyduje się sprawdzić tą nową planetę.  I choć historia rozwija się w oczywistym kierunku, ten wstęp ogląda się zaskakująco dobrze.  Oczywiście na planecie odkryty zostanie pewien tajemniczy statek, oczywiście załoga zarazi się obcą formą życia (bo po co komu skafandry ochronne).  Akcja prowadzona jest jednak na tyle sprawnie, że na te nielogiczności łatwo przymknąć oko.  I wtedy rozpoczyna się druga część tego obrazu, która jest jednocześnie powrotem do "Prometeusza" ale i zerwaniem z tamtym obrazem.  To powolne bajdurzenie, które o zgrozo tłumaczy pochodzenie Obcego.  W prosty, rozczarowujący sposób obdziera legendę z tajemnicy.  A później następuje akt trzeci, będący mieszanką finałów Aliena i Aliens, zawierający z pozoru zaskakujący twist, którego można się jednak domyślić już na początku seansu.

Najgorsze w "Obcy: Przymierze" jest to, że znów członkami załogi jest banda idiotów, podejmujących głupie decyzje (prym wiedzie zastępca kapitana).  Właściwie jedynym motorem napędowym akcji są kolejne błędne decyzje bohaterów, którzy sami na własne życzenie pakują się w tarapaty. O ile jednak jeszcze takie strzelanie na oślep w początkowych scenach paniki można jakoś wytłumaczyć, tak bezwolne podążanie za czarnym charakterem tego filmu, czy narażanie życia kolonistów woła o pomstę do nieba i odbiera jakąkolwiek radość z oglądania tego widowiska.  Denerwujące jest tu również to, jak instrumentalnie zostają potraktowane kolejne hybrydy obcego (bo potwór grasujący w tym filmie to nie ten sam którego znamy z pierwszych produkcji).  Są one wcale nie tak inteligentnym narzędziem do zabijania licznej załogi.  Załoga natomiast w większości pełni tutaj rolę mięsa do rozszarpywania.  Nie zna się poszczególnych bohaterów, nic się o nich nie wie, przez co kolejne śmierci nie robią większego wrażenia, chwilami nawet się ich nie zauważa.  Głupim, ale i niewykorzystanym pomysłem jest obsadzenie w roli załogantów par lub małżeństw.  Głupim, bo oczywistym było, że osobiste zażyłości w sytuacji kryzysowej wezmą górę i cała misja się posypie. Niewykorzystanym, bo trudno połapać się w relacjach typu mąż-żona, trudno skojarzyć kto jest z kim, przez co zgony małżonków są tylko zgonami kolejnych bezimiennych osób i nie idą za nimi żadne większe emocje.

W filmie Scotta bronią się tak naprawdę tylko trzy rzeczy.  Po pierwsze genialne zdjęcia Dariusza Wolskiego, które (wraz ze scenografią) tworzą niesamowity klimat, budują całkiem gęstą atmosferę i tworzą zupełnie nowy świat.  Świetnie patrzy się na ten film, z przyjemnością odkrywa się kolejne miejsca akcji.  Wolski przeszedł sam siebie, tworząc film zdecydowanie bardziej mroczny od "Prometeusza".  Po drugie bardzo dobrze sprawuje się w tym filmie (jak i poza nim) muzyka Jeda Kurzella.  Bierze on najlepsze z Alien, Aliens, dodaje trochę nowych brzmień i tworzy zaskakująco udane, klimatyczne tło muzyczne, które świetnie buduje klimat, fantastycznie podbija atmosferę.  I po trzecie warty wychwalenia w tym filmie jest podwójny występ Michaela Fassbendera, który błyszczy tutaj w roli androida, tworząc dwie zupełnie różne, skonfliktowane ze sobą postaci.  Szkoda tylko, że ta cała dyskusja jaka rozwija się w środkowej części tej produkcji jest po pierwsze momentami niezamierzenie zabawna, po drugie wydaje się wyjęta jakby z zupełnie innego filmu.

Wszyscy Ci, którzy od najnowszego filmu Ridleya Scotta oczekiwali logicznej historii, która by w ciekawy sposób prowadziła do wydarzeń z pierwszego "Obcego", która przedstawiałaby niegłupich bohaterów i dodatkowo z poszanowaniem podchodziła do filmu z 1979 roku, niestety srogo się zawiodą, bo "Covenant" podąża śladami "Prometeusza".  Kontynuuje wątki z tamtego filmu, momentami zdaje się być ponowną opowieścią tamtej historii.  Jest nielogiczny, bzdurny, denerwujący, przesadnie przyspieszony.  Smutno patrzeć na to jak Scott, sam na własne życzenie niszczy legendę, której był współautorem.  Smutno patrzeć na to jak z premedytacją wykorzystuje postać Obcego do odcinania kuponów od kultowej serii.  Podpinając się pod znany tytuł, opowiadając bzdurną historyjkę, która nie może się zdecydować czy chce być ambitnym kinem rozprawiającym o istocie życia, kompleksie boga i potrzebie kreacji, czy krwawym horrorem rozgrywającym się w kosmosie, czy opowieścią prowadzącą do klasycznego Obcego.  Dobudowując historię, której tak naprawdę nigdy nikt nie potrzebował. 

20:45, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 279