|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony
Tagi
fgdfgd
fgdfgd abbbb
|
sobota, 19 maja 2012
Babycall
Anna
Babycall (2011) Niemcy, Norwegia, Szwecja reżyseria i scenariusz: Pal Sletaune
"Babycall" to film, który najchętniej chciałoby się obejrzeć od razu jeszcze raz. By sprawdzić czy rozwiązanie tej historii pasuje do całego obrazu, czy nie kłóci się ze wszystkim co dane było nam widzieć przez cały seans, czy tłumaczy wszystkie zagadkowe sytuacje i zdarzenia, których sensu nie mogliśmy się domyśleć. To smutna historia pewnej młodej kobiety, która wprowadza się wraz z synkiem do niewielkiego mieszkania. Przeprowadzką zostawia za sobą bolesną przeszłość, a także swe nazwisko, tak mocno musi uciekać od tego co było. Nadopiekuńczo zajmuje się synem, chce mieć go zawsze blisko siebie i to o niego boi się najbardziej. Że coś mu się stanie, że nachodząca ją opieka społeczna może jej go odebrać. W jakim kierunku rozwinie się ta opowieść? W mocno nieprzewidywalnym, choć punkt wyjścia nie sugeruje wielkich możliwości. W dramat, w film psychologiczny, w thriller, nawet trochę w horror. Obraz ten wybiera wszystkie te kierunki jednocześnie. Dlatego tak trudno zrozumieć co właściwie się w nim dzieje. Bo opowieść ta rozwija się w czterech różnych płaszczyznach, gładko splatając je w jedno, podsuwając nam tropy pochodzące z każdej z osobna, teoretycznie więc się wykluczające, ale jednak do siebie pasujące. Reżyser umiejętnie przeplata wszystkie mylne tropy, teoretycznie sprzeczne wskazówki, elementy i zagrania wykorzystywane w innych produkcjach już tyle razy, że przestajemy zwracać na nie uwagę. Przedstawiając je jednak w trochę inny sposób, akcentując nie to na co zwykle zwraca się uwagę, kładąc nacisk bardziej na dramat matki, niż dodatki grozy. Właśnie przez to, że z początku się ich nie zauważa, pomija wzrokiem, tak łatwo dajemy się tu zwodzić. Reżyser podsuwa mylne tropy, przedstawia sytuacje w odmienne sposoby i bawi się tym przepływaniem między jawą a zwidem. Przedstawiając wszystko tak jakby było realne, podczas gdy rzeczywistość stale miesza się tu z wymysłem, tak bardzo, że nie sposób ustalić granic między jednym a drugim. Dlatego praktycznie do samego końca nie wiadomo co jest tu prawdą a co nie, co dzieje się w rzeczywistości, a co jest pewnego rodzaju fantazją. Bo jedno jest tak zwodniczo podobne do drugiego, prawie, że równa się sobie, dlatego i to i to może okazać się nawzajem jednym i drugim. W rozeznaniu się o co tak naprawdę tutaj chodzi nie pomagają również liczne podobieństwa między sytuacjami oraz bohaterami. Spotkany przypadkiem przez kobietę mężczyzna zdaje się być jakby starszą wersją jej ośmioletniego synka, a ona sama jest jakby młodszą wersją jego umierającej matki. Zamartwiająca się, nadopiekuńcza, stale mająca jedynaka na oku. Zaskakujące, że samo rozwiązanie, choć wydaje się niesamowicie pokręcone, nie jest wcale aż tak skomplikowane. Właściwie, jak się okazuje, jest całkiem proste, można je opisać w zaledwie dwóch zdaniach, wygłaszanych pod koniec seansu, które łączą poszczególne niepasujące elementy tej układanki w całość. Niby proste, ale przez przyjęty punkt widzenia, przez spoglądanie na wydarzenia oczami bohaterki, tak trudno na nie wpaść. Świetnie w tym obrazie prezentuje się Noomi Rapace, to na niej trzyma się cały film, to ona go prowadzi i powoduje, że jest tak intrygujący. Niezwykle przekonująco wypada w roli samotnej matki, nie potrafiącej odnaleźć się w nowej rzeczywistości, uciekającej przed przeszłością, zdolnej zrobić wszystko, by tylko zapewnić spokojne życie swojemu synowi. Dzięki niej nie sposób oderwać oczu od ekranu, nie sposób nie zastanawiać się nad wyjaśnieniem tego co się dzieje. Świetny jest tu również przyciężkawy, mroczny, niepokojący choć dziwnie spokojny i niesamowicie smutny klimat tajemnicy, niewiadomej, podsycany przez melodyjną choć złowrogą muzykę Fernando Velázqueza. Dzięki niemu obraz ten z każdą kolejną minutą staje się coraz bardziej interesujący, coraz mocniej wciąga.
czwartek, 17 maja 2012
Wszystko o Stevenie
be normal
Wszystko o Stevenie (2009) USA reżyseria: Phil Traill
Niewielu aktorów odważyło się osobiście odebrać bardzo wątpliwą nagrodę za najgorszy występ aktorski roku, jaka rok rocznie przyznawana jest na ceremonii rozdania Złotych Malin. Na ten świadczący o sporym dystansie do siebie jak i swojej pracy krok odważyła się kiedyś Halle Berry, wyróżniona za rolę w "Catwoman", oraz Sandra Bullock, która swój podobno najgorszy występ zaliczyła w 2009 roku przy okazji filmu "Wszystko o Stevenie". Moim zdaniem niezasłużenie, bo jej rola w tej produkcji choć nieznośna, jest również całkiem urokliwa i chwilami nawet rozbrajająca. Ale dzięki temu krzywdzącemu wyróżnieniu mieliśmy okazję przekonać się o sporym poczuciu humoru, jaki posiada sama aktorka i wysłuchać jednej z najbardziej zabawnych mów dziękczynnych, jaką wygłosiła osobiście na ceremonii wręczenia Malin. Przychodząc z finalną wersją scenariusza w ręku, z darmowymi płytami dvd, rozdając je publiczności, każąc tym samym jeszcze raz obejrzeć sam film i w rozbrajający sposób przekonując, że wcale nie był on najgorszym ze wszystkich jakie miały premierę w 2009 roku, a jej występ wcale nie zaliczał się do najmniej udanego. I tym właśnie wystąpieniem Bullock zachęciła mnie do sięgnięcia po "Wszystko o Stevenie". I choć nie mogę napisać, że jest to udany obraz, choć nie mogę powiedzieć, że cieszę się, że go obejrzałem, bo chwilami miałem wrażenie odrobinę traconego czasu, to z całą pewnością nie jest to aż tak zła produkcja, jak o niej mówiono, a Bullock wcale nie zagrała tak tragicznie jak potworny poziom prezentują inni aktorzy, w innych filmach. Choć wiem, że Maliny to w dużej mierze prztyczki w nos, jakie wymierzane są ważniejszym aktorom, gdy tylko trochę powinie się im noga, gdy wybiorą niezbyt korzystną produkcję i odstaną od poziomu jaki zwykle prezentują, dlatego i wyróżnień przyznawanych w tych nagrodach jak i samej nagrody poważnie traktować nie wolno. Stąd "Wszystko o Stevenie" choć filmem jest głupiutkim, raczej nie śmiesznym, bo zabawnych momentów zdarza się tu naprawdę niewiele, choć chwilami bywa bezsensowny i niepotrzebnie przesadzony, mylący kpinę ze zwykłą żenadą, to jest jednak produkcją oglądalną. Po której nie pozostaje niesmak, która nie zniża się do nieodpowiedniego poziomu, i która w jakiś przedziwny sposób, pomimo wszystkich swoich wad, jest nawet pod koniec całkiem urocza i nawet ujmująca. Bo choć poprowadzona nienajlepiej, choć dziwaczna i w zły sposób zakręcona, to jednak posiadająca pewną myśl jej przyświecającą, przez którą nie jest całkowitą stratą czasu. "Wszystko o Stevenie" to opowiastka o pewnej dorosłej już kobiecie, hiperaktywnej Mary Horowitz, która żyje z układania krzyżówek do lokalnego wydania pewnej codziennej gazety. Krzyżówki są całym jej życiem, przez nie stała się chodzącą encyklopedią, trochę również przez nie inaczej postrzega cały świat. Świat, który widzi w niej wariatkę, nudziarę, postrzeloną kobietę, która powinna zajmować się mniej pracą i bardziej wychodzić do ludzi. Pomagają jej w tym rodzice (u których nadal mieszka), którzy umawiają ją na randkę ze Stevenem (Bradley Cooper). Mary zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia (która by się nie zakochała), on niestety wręcz przeciwnie, dlatego zasłaniając się pracą kamerzysty, wyrusza w Stany w poszukiwaniu nowych tematów pod wiadomości z kraju. Mary wyrusza za nim, chcąc być jak najbliżej niego, myśląc, że to naturalna i oczywista reakcja na jego niefortunnie kiedyś wypowiedziane słowa zaproszenia. Bo tak naprawdę jej zachowanie to najzwyczajniejsze śledzenie biednego faceta. Z tej prościutkiej historyjki wynika ładny morał mówiący, że najważniejsze to otoczyć się ludźmi, którzy akceptują nas za to kim jesteśmy, nie zważając na nasze dziwactwa, jakiekolwiek by one nie były, a nie dostosować się na siłę do wymogów innych. Bo tak upragniona normalność ma różne oblicza i lepiej znaleźć tych, którzy widzą ją w nas, niż dostosowywać się do normalności, oczekiwanej przez innych. Tyle.
wtorek, 15 maja 2012
Wielki Mike
byczek Fernando
Wielki Mike (2009) USA reżyseria i scenariusz: John Lee Hancock na podstawie: powieści Michaela Lewisa "The Blind Side: Evolution of a Game"
Zdecydowanie ciekawsza i bardziej zaskakująca od tego filmu, jest cała sytuacja jaka przydarzyła się Sandrze Bullock już po jego premierze, w okresie corocznego wręczania nagród filmowych różnej maści. Otóż nominowana do Oscara za główną rolę w tym obrazie, nie tylko wyróżniona samą nominacją, ale także nagrodzona złotą statuetką w czasie 82 ceremonii rozdania, dzień wcześniej została wyróżniona wątpliwą nagrodą jaką są Złote Maliny, za komedię "Wszystko o Stevenie". Nagrodą przyznawaną za wszystko co najgorsze, co wydarzyło się w kinach przez rok od poprzedniej uroczystości. I tak w ciągu dwóch dni Bullock stała się jednocześnie najlepszą jak i najgorszą aktorką roku. Czy jej rola we "Wszystko o Stevenie" była naprawdę tak okropna, tego nie wiem, wiem jednak, że późniejszy Oscar był już przesadą i to znaczną. Bo choć Bullock swoją bohaterkę gra dobrze, to jest to rola niczym się nie wyróżniająca, a Akademia nagradzając aktorkę za to dokonanie, bardziej nagrodziła postawę filmowej postaci, niż samo osiągnięcie aktorskie. Bullock prezentuje się w tym obrazie o tyle lepiej, bo sam film nie jest wcale nadzwyczajny. I to oględnie powiedziawszy (nominacja za najlepszy obraz w 2009 roku to totalna pomyłka). Bliżej mu niestety do telewizyjnej produkcji niż kina mogącego walczyć o jakiekolwiek nagrody. To potwornie lukrowana historia pewnej bogatej kobiety, żony przedsiębiorcy, która przypadkiem spotkawszy na swojej drodze wielkiego, bezdomnego, czarnoskórego chłopaka, bez najmniejszego wahania zdecydowała się przygarnąć go pod swój dach. Nie na dzień czy dwa, ale na zawsze, czyniąc go swym synem, choć miała już dwójkę dorastających dzieci. Pomogła mu w nauce, pomogła w zyskaniu pewności siebie, to właśnie dzięki niej chłopak zaczął grać w football i szybko stał się profesjonalnym zawodnikiem, osiągając coś, o czym nawet nigdy nie śmiał marzyć. Bo jak się okazało, był idealnym zawodnikiem, stworzonym do tej gry. Samo to, że ta opowiastka jest tak słodka nie byłoby jeszcze wczale takie złe. Filmy ku pokrzepieniu serc są przecież oglądalne, dobrze, że powstają, bo co by nam tak poprawiało nastrój jak właśnie nie one, ale wszystko powinno istnieć w odpowiednich ilościach i nawet w tych nad wyraz optymistycznych produkcjach, powinny obowiązywać jakieś nieprzekraczalne granice. Tu zostały one potwornie naruszone, właściwie ma się wrażenie, że nie ma ich wcale, bo poziom szczęśliwości i przesycenia cukrem jest przeogromny. Powiedzieć, że od niego mdli to mało. Dlatego nie ogląda się tego filmu jak optymistycznego dramatu, ale jak nierealną i niemożliwą bajkę. Choć opartą na faktach, bo ta historia wydarzyła się kiedyś naprawdę, czego dowodem są chociażby zdjęcia osób, które przeżyły tę historię, jakie pojawiają się podczas napisów końcowych. Najgorsze w tym filmie jest zdecydowanie to, że nie ma w nim żadnych przeciwności losu. Właściwie nic tu nie stoi nikomu na przeszkodzie, i nawet beznadziejna sytuacja wielkiego Mike'a przedstawiana jest w tak lekki sposób, że wydaje się w gruncie rzeczy niczym strasznym ani problematycznym. Wszystko rozwiązuje się tu samo, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, optymizm nikogo nie opuszcza nawet na krok, przez co całość staje się niemożliwie wręcz nudna i przewidywalna. Wszyscy kąpią się w tej ogólnej szczęśliwości, przez co w żaden sposób nie przepływa ona na nas samych. Bo jest jej tak wiele, że jedyną możliwą reakcją jest obrona przed nią. Potwornie niszczy tę produkcję, obdziera z jakichkolwiek emocji, pozostawia totalnie z niczym. Bo wiedząc dokładnie jak skończy się ten film, nic tu nie jest w stanie nas poruszyć, niczym nie jesteśmy w stanie się przejąć. Z resztą jak może nas tu coś obejść, skoro nawet sami bohaterowie ani trochę nie reagują na to co dzieje się w ich życiach. Dzieci bohaterki nie są zazdrosne o sprowadzonego do domu gościa, który nie dość, że zatrzymuje się w nim na dłużej niż jedną noc, to staje się oczkiem w głowie matki. Mąż nie jest zazdrosny o nowego domownika, i właściwie w ogóle na niego nie reaguje, zgadzając się na wszystkie pomysły swej żony. I nawet wypadek samochodowy jaki przeżywają bohaterowie, ani trochę nie wpływa na ich zachowanie. Tak jakby się wcale nie wydarzył, jakby nie był ani trochę ważny. Całość ogląda się więc jak głupio-radosną produkcję familijną z której płyną same banały, oczywistości i ogrom potwornie sztucznego ciepła. Tak dziecinnego, prostego i nijakiego. Bo wadą nie jest wcale przedstawianie dobrych ludzi i zachowania, któremu należy się uznanie, a robienie tego w tak niezajmujący, oczywisty i piekielnie przesłodzony sposób. Wielkie rozczarowanie.
sobota, 12 maja 2012
Avengers 3D
freak show
Avengers 3D (2012) USA reżyseria i scenariusz: Joss Whedon
"Avengers" to bez wątpienia jeden z największych, najdłużej zapowiadanych i chyba najbardziej ryzykownych projektów, na jaki w ostatnich latach porwało się Hollywood. Ciekawy pomysł by w jednym filmie zebrać kilku największych komiksowych superbohaterów i kazać walczyć z wrogiem potężniejszym niż zwykle. Projekt, o którym po raz pierwszy faktycznie usłyszeliśmy kilka lat temu, gdy w niewielkiej scenie po napisach końcowych do pierwszego "Irona Mana" pojawił się Nick Fury - szef projektu Tarcza – werbując do swej organizacji pierwszego z bohaterów. Wtedy pomysł na ten film wydawał się tak śmiały, że trudno było sobie wyobrazić, w jaki sposób mógłby się w ogóle udać. Bo wielokrotnie realizacja produkcji o jednym zamaskowanym obrońcy ludzkości, bywa sporym problemem, udaje się tylko nielicznym, a co dopiero mówić o filmie łączącym kilku głównych bohaterów, do tego pochodzących z całkiem odmiennych światów. Ambitne zadanie prawie niemożliwe do zrealizowania, które jednak jakimś cudem się udało. I to jeszcze jak! Z ogromną przyjemnością mogę napisać, że „Avengers” to jeden z najlepszych filmów o superbohaterach, a obok "Captain America", zdecydowanie najlepszy obraz studia Marvel. Z pewnością produkcja ta nie udałaby się tak dobrze, gdyby nie świetna decyzja sprzed kilku lat, by przed realizacją tego projektu, najpierw przedstawić wszystkich jego bohaterów (a przynajmniej większość z nich) w kilku oddzielnych filmach. Dzięki temu każdy bohater został odpowiednio zaprezentowany, o każdym opowiedziano oddzielną, jego własną historię, przez co w tym zbiorczym filmie, można już było pominąć wszelkie wprowadzenia do postaci, które musiałyby trwać w nieskończoność, gdyby właśnie nie wcześniejsze obrazy. I tak przez ostatnie cztery lata na srebrnym ekranie dwukrotnie pojawił się Iron Man, i po jednym razie: Thor, Kapitan Ameryka, Hulk oraz gościnnie, przy okazji kontynuacji tego pierwszego, również Czarna Wdowa. A studio nie dość, że tymi produkcjami świetnie podnosiło napięcie i budowało mocne fundamenty pod film o mścicielach, to jeszcze za każdym razem zarabiało miliony w kasach kin na całym świecie. Ale ten genialny pomysł na wydłużoną promocję "Avengers" na nic by się zdał, gdyby nie właściwy człowiek na właściwym miejscu, ktoś kto zdawałby sobie sprawę z tego na czym polega kino rozrywkowe i jednocześnie nie zapominał o bohaterach, czyli zawsze najważniejszym składniku każdej historii. Padło na Jossa Whedona i był to fantastyczny wybór. Oczywiście można się trochę przyczepić - co pewnie niektórzy będą robić - że obraz ten posiada trochę zbyt wydłużone wprowadzenie, że po świetnym, wybuchowym prologu na kolejne tak spektakularne sceny przychodzi nam długo czekać, bo przez następne minuty nie dzieje się aż tak wiele, za to wiele się mówi. Tylko, że gdyby nie ten rozciągnięty wstęp, to produkcja ta zamieniłaby się w nudny teledysk, kolejną efektowną choć przerażająco pustą rozwałkę, niczym kolejna część "Transformers", która choć technicznie perfekcyjna, nie sprawiałaby większej radości, bo nie wciągała, nie zbliżała do bohaterów. Tu, po tej długiej introdukcji, gdy akcja wreszcie zaczyna się rozkręcać, gdy następuje właściwa bitwa, finał trwający grubo ponad pół godziny, jest ona czystą przyjemnością, z której czerpie się autentyczną radość, z każdej kolejnej jej sekundy. Bo gdyby nie wcześniejsze przedstawienie, nijak nie związalibyśmy się z bohaterami (choć już i tak nam trochę znanymi), a co za tym idzie, nie emocjonowali się aż tak bardzo ich staraniami o uratowanie zagrożonego świata.
Poza tym to wprowadzenie tak naprawdę jest czymś zupełnie naturalnym, a wręcz czymś oczywistym. Jest przedstawieniem dokładnie tego, co by się zapewne działo, gdyby naprawdę zgromadzić w jednym miejscu wszystkie te komiksowe postaci. Bo każda z nich pochodzi z zupełnie innej bajki (dosłownie), każda właśnie w niej była najważniejsza i żadna nie chce ustąpić pozostałym. Pochodzący z innej planety bóg, miliarder playboy geniusz i całkowity egocentryk, niezwykle silny facet pochodzący z lat trzydziestych ubiegłego wieku, który nie może odnaleźć się w teraźniejszości, oraz naukowiec który zmienia się w zielone monstrum, za każdym razem gdy ktoś go wkurzy. To oczywiste, że ich pierwsze spotkanie nie będzie należeć do najbardziej udanych, że gdy spotkają się po raz pierwszy będzie iskrzyć. I choć fizycznie nie dzieje się wtedy zbyt wiele, to wszystkie dowcipne potyczki słowne jakie rozgrywają w tym czasie, wszystkie te prztyczki w nos jakie sobie wymierzają, równie mocno napędzają seans, co rozpędzone, spektakularne sceny. Przy czym, co również niezwykłe, choć humoru w tym czasie jest sporo, bo każdy zaczyna dogryzać każdemu, obraz ten nie zamienia się w luźną komedię i udaje mu się utrzymać całkiem poważny ton. Świetne w tej produkcji jest również to, że nie dość, że udało się zachować konkretny charakter każdej z postaci, to jeszcze na każdą udało się wygospodarować odpowiednią, wyrównaną ilość czasu. Przez co nikt nie jest tu tylko pionkiem, nikt nie staje się wyłącznie ładnym dodatkiem (co groziło Czarnej Wdowie i Hawkeye), a każdy stanowi istotny i znaczący element budujący całość drużyny. Umocniona zostaje również postać Nicka Fury'ego, który w migawkach przy napisach końcowych jakie zaliczał w poszczególnych produkcjach przez ostatnie lata, wypadał nie do końca przekonująco w roli szefa grupy, a tu prezentuje się znakomicie. Co więcej sama drużyna nie sprawia wrażenia sklejonej na siłę, nie wygląda jak przekombinowany kolaż niepasujących do siebie elementów. Co genialnie widać w drugiej części tej produkcji. Gdy po trudnych początkach, po zaskakującym, bolesnym i smutnym impulsie, który następuje, ci indywidualiści uczą się wreszcie ze sobą dogadywać, uczą współpracować, tworząc grupę nieustraszonych bohaterów, mających za wszelką cenę obronić naszą planetę, albo ją pomścić, gdyby jakimś cudem to pierwsze się im nie udało. Druga część tego widowiska to czysta frajda, która z łatwością porwie każdego miłośnika letnich wysokobudżetówek. Efektowna, szybka, wypakowana po brzegi świetnymi efektami specjalnymi i wybuchowymi scenami, które chwilami robią ogromne wrażenie. Trzymająca w napięciu, do samego końca utrzymująca odpowiednie tempo i przepełniona humorem: słownym w większości dzięki postaci Tony'ego Starka, który sypie żartami na lewo i prawo, i sytuacyjnym, w którym bryluje Hulk - kto by pomyślał, że ta postać ma w sobie taki potencjał. Cudownie zabawnych scen jest tu wiele, chociażby rozmowa Lokiego z Tony'm , czy zaskakujące spotkanie Lokiego z Hulkiem. Twórcom przy tym udaje się uniknąć wielu dialogowych oczywistości, tak denerwujących w innych blockbusterach, zatrzymując się dokładnie tam gdzie powinny zatrzymać się słowa, a swoje zrobić może sam obraz (pożegnanie z Pepper). I choć w tej końcówce bohaterowie walczą wielokrotnie oddzielnie, w różnych miejscach i z różnymi przeciwnikami, to i tak czuć wtedy, że są drużyną (świetne praca kamery przelatująca od jednej postaci do następnej). Niezwykłą drużyną na którą warto było czekać te ostatnie kilka lat, i na którą warto będzie czekać znów.
czwartek, 10 maja 2012
Iniemamocni
save the day
Iniemamocni (2004) USA reżyseria i scenariusz: Brad Bird
Choć za tę animację, opowiadającą o pewnej rodzinie superbohaterów, odpowiedzialne było genialne studio Pixar, długo nie mogłem zebrać się do jej obejrzenia. Jakoś nie byłem przekonany co do samego konceptu na ten obraz. Jednak po zakończonym seansie bez wahania mogę stwierdzić, że jak najbardziej było warto. Bo "Iniemamocni" to produkcja, która z każdą kolejną minutą okazuje się być coraz lepsza, która z całą pewnością spodoba się dzieciom, ale również i dorosłym. Bo dla tych pierwszych będzie fantastyczną, kolorową przygodą, zabawnym obrazem pełnym niesamowitych przygód, a dla tych drugich, wcale nie tak odległą opowieścią, do której co niezwykłe będą mogli się odnieść i być może coś dla siebie z niej wyciągnąć. Już sam punkt wyjścia tej produkcji jest bardzo interesujący. Niegdyś niezwykle popularni, uwielbiani przez społeczeństwo superbohaterowie, przez swoje zbyt spektakularne działania, które choć z jednej strony pomagały w zwalczaniu przestępczości, to jednak przyczyniały się do szkód przypadkowych ludzi, musieli porzucić swoje lateksowe stroje, zaprzestać działalności. Pod naciskiem opinii publicznej zostali zmuszeni do ukrycia się w cieniu, by od tej pory wieść zwyczajne, anonimowe życie. Pracując w nudnych przedsiębiorstwach, zajmując się wychowywaniem dzieci, będąc nikim ponad zwykłymi obywatelami, niczym nie wyróżniającymi się z tłumu pozostałych. Ponieważ jednak nie sposób zapomnieć czasów świetności, możliwości ratowania całego świata, czucia się naprawdę potrzebnym, dlatego też gdy na horyzoncie pojawia się możliwe do wykonania zadanie, jeden z dawnych superbohaterów podejmuje się go bez najmniejszego wahania, by znów poczuć to co w czasach młodości. A za nim pójdą następni, czyli cała jego rodzina. To co jako pierwsze rzuca się na oczy w tej animacji, to świetnie nakreślone, niesamowicie konkretne i ciekawe postaci, wyposażone w takie charaktery, jakby mieli je grać prawdziwi aktorzy, jakby nie miały pojawić się zaledwie w bajce. To właśnie tak bardzo wyróżnia Pixara od innych wytwórni, że tworzy filmy, które choć mają formę bajki, to opowiadają historie, które równie dobrze mogłyby zaistnieć w kinie aktorskim i wypadłyby równie dobrze. Aktorzy mieliby co grać, dialogi nie raziłyby dziecinnością oraz naiwnością, bo Pixar swoich widzów traktuje bardzo poważnie i nie rozważa swoich obrazów wyłącznie w kategoriach animacji dla najmłodszych. O czym tak naprawdę jest ten film? O życiu, którego szara codzienność zabija dzień po dniu, o znudzeniu nijakością nudnej egzystencji, o potwornej niemożliwości wybicia się z tego ustatkowanego stanu, o nawiedzających wspomnieniach młodości, która była tak fascynująca, której zakończenie równało się w jakimś sensie końcowi pasjonującego życia. Po której pozostały zaledwie ciepłe wspomnienia, pamięć żywionych wtedy marzeń, pragnień, zamiecionych pod dywan, bo do głosu doszło dorosłe, poważne życie, obowiązki, praca, rodzina. Opowieść o pragnieniu bycia wyjątkowym, niezwykłym, chęci robienia w życiu tego co się kocha. Pokazująca jak bardzo nieszczęśliwy bywa człowiek, gdy nie może realizować swoich marzeń, pasji, siebie samego, gdy nie może robić tego, co jest dla niego najważniejsze. Ale to także opowieść o akceptowaniu siebie samego, swojej inności, jednocześnie wyjątkowości, i otwieraniu się na ludzi, zdobywaniu pewności siebie, tak ułatwiającej życie i kontakty. "Iniemamocni" to animacja, która świetnie sprawdza się jako kino akcji, rozpędzony do granic możliwości blockbuster, bo pędzących przed siebie scen jest tu wiele i przedstawione są w taki sposób, że aż dech zapiera. Pierwsza z brzegu akcja w samolocie ma tak niesamowite tempo, jest tak zaskakująca, wciągająca i nieprzewidywalna, że aż uwierzyć nie sposób. Nic dziwnego, że to właśnie Brad Bird, scenarzysta i reżyser ”Iniemamocnych”, kilka lat później został zaproszony do realizacji czwartej części "Mission: Impossible". Dodatkowym smaczkiem jest to, że w wielu szybszych scenach czuć atmosferę filmów o Bondzie, którą na myśl przywodzi również mocno roztrąbiona muzyka Michaela Giacchino. I choć te animowane przygody, scenerie i intrygi są tu w wydaniu dla młodszych widzów, nie są wcale ani mniej pasjonujące, czy emocjonujące, bo w napięciu trzymają lepiej niż niejeden aktorski film akcji. Do tego całość jest całkiem dowcipna, czy to słownie czy sytuacyjnie, i co najważniejsze nie głupia. I choć niektóre rozwiązania można przewidzieć wcześniej, choć domyśleć niektórych zagrań, bo wszystko co przedstawiają lub mówią nam twórcy, kiedyś do czegoś się z pewnością przyda, to i tak ogląda się ten film wyśmienicie. Fantastycznie wypada tu też polski dubbing, perfekcyjnie podłożone głosy, do tego świetnie dobrani aktorzy. I nie tylko postaci pierwszoplanowych bo i Fronczewski i Segda spisują się idealnie w roli Pana i Pani Iniemamocnych, ale również i epizodyczne jak Edna (Kora), szef (Tym), Mirage (Stenka) i Dicker (Kryszak) fenomenalnie współgrają z postaciami, dodając im niezwykle wiele charakteru i energii. Super!
wtorek, 08 maja 2012
Gdzie mieszkają dzikie stwory
little thing
Gdzie mieszkają dzikie stwory (2009) Australia, Niemcy, USA reżyseria: Spike Jonze na podstawie: książki Maurice Sendaka
Max ma kilkanaście lat. Mieszka wraz ze starszą siostrą i mamą w niewielkim domu, gdzieś na obrzeżach miasta. Co stało się z jego ojcem, tego nie wiemy, bo ani się on nie pojawia, ani nikt o nim nigdy nie wspomina. Chłopak jest samotny, nie ma przyjaciół, a dni spędza na zabawach, których scenariusz podsuwa mu jego nieograniczona wyobraźnia. Ona jest jego kompanem, jego pocieszycielem w trudnych chwilach. Maxa roznosi energia, roznosi również wściekłość, której źródeł możemy się tylko domyślać. I w tych chwilach, gdy chce mu się krzyczeć z bólu, z bezsilności, ze smutku, zakłada na siebie szary kostium wilka i zaczyna szaleć. Wyje, biega, skacze, by wyrzucić z siebie wszystko to, co nagromadziło się przez dzień. I tak któregoś razu, buntując się przeciwko wszystkiemu i wszystkim, wybiega z domu i pędząc przed siebie, trafia w końcu na niewielką łódkę, opuszczoną gdzieś na brzegu. Na jej pokładzie chłopak zawinie na niewielką, bezludną wyspę, miejsce, gdzie mieszkają dzikie stwory. "Where The Wild Things Are" to opowieść o zwykłym chłopcu i jego świecie. O marzeniach, rozczarowaniach, strachach, radościach, łzach i uśmiechach, które przeplatają się zamiennie. To taki powrót do dzieciństwa, do patyków, przekopów w śniegu, zabawy na dworze, do czasów wielkiej i niczym nieskrępowanej wyobraźni. Dlatego dzieje się tu teoretycznie niewiele i o niewiele niby chodzi. Na pierwszy rzut oka o wybudowanie wielkiego szałasu i wspólną zabawę z nowymi przyjaciółmi. Ale szukając głębiej, o akceptację, o potrzebę bycia dla kogoś istotnym i zauważonym. Wszystko przedstawione bardzo prosto ale ani przez chwilę nie dziecinne, i gdzieś w głębi skrywające potwornie wielkie zasoby smutku. I nie tylko po stronie świata rzeczywistego z którego uciekł mały Max, ale i po stronie stworów. To ciekawe, że ten wymyślony, alternatywny, inny świat, bo właściwie do końca nie wiadomo czym on jest, wcale nie jest idealny, wcale nie jest optymistycznym pocieszeniem dla małego chłopca. Bo i w nim pojawiają się niedocenienie, niespełnione marzenia, zranione serca i wszystkie inne smutki, tak znane z prawdziwego życia. Pewnie właśnie dlatego, choć film ten przez występujące w nim postaci i mające w nim miejsce wydarzenia, na pierwszy rzut oka wygląda na urokliwą baśń, to jednak bajkowej magii zawiera zadziwiająco niewiele. Bo choć krainę w której znalazł się chłopiec zamieszkują dziwne stwory, to jej sposób funkcjonowania nie różni się wiele od zwykłego życia i nie jest ona wcale wolna od jego problemów. Bo i tu o grupę, o rodzinę dbać trzeba i walczyć, bo przez odpuszczenie sobie, przez zbytnie spojrzenie na ‘ja’, tak łatwo może się ona rozpaść. I choć brakuje tu magii, to uroku tej opowieści dodają kreacje samych stworów, całe szczęście nie stworzonych przy pomocy komputerów, a naturalnych, włochatych kostiumów, widocznych naprawdę. Taki wygląd stworów, nie perfekcyjny, trochę koślawy, dodał wiele naturalności temu filmowi, dzięki niemu ta historia stała sie bliższa, bardziej przytulna, bardziej pasująca do wrażliwości całego obrazu. Choć nadal, pomimo niej, nie jest to wcale film dla dzieci. Zdecydowanie bardziej dla dorosłych, a przynajmniej tych, którzy jeszcze pamiętają swe dzieciństwo i siebie w nim.
sobota, 05 maja 2012
Restless
so little time
Restless (2011) USA reżyseria: Gus Van Sant
Niesamowicie delikatny film. Zrealizowany z niewyobrażalnym wręcz wyczuciem. Opowieść o zauroczeniu, rodzącej się miłości, śmierci i stracie, poprowadzona w tak spokojny, zgrabny i świadomy sposób, że aż trudno uwierzyć, że nie powstała na Starym Kontynencie. Niesamowicie ujmujący i zachwycający jest w niej ten przedziwny, trudny do opisania, ale wszechogarniający spokój, taka jasność i bardzo umiejętnie dawkowany optymizm, pewnego rodzaju radość, ale radość przez łzy, bo nie jest to wcale wesoła historia. Co niebywałe udaje się w tej produkcji pokazać, a nawet dać odczuć, radość z życia, radość z każdego dnia. Tak jakby każdy kolejny dzień był zaskoczeniem, niespodziewanym prezentem, darem, który powinno się jak najlepiej wykorzystać. Niezwykła jest ta lekkość, ten nieśmiały optymizm i ogromna naturalność z jaką poprowadzona została ta historia. Choć było już wiele podobnych, choć temat nie jest wcale nowy, choć niby niewiele więcej można do niego dodać. Ale przez odmienny sposób przedstawienia, przez inne, trochę specyficzne spojrzenie, ogląda się ją jak świeżynkę i nasza znajomość i bohaterów i ich dość oczywistych losów, wcale tu nie przeszkadza. Być może to przez lekkie udziwnienie rzeczywistości, w której rozgrywa się ta opowieść, przez dodanie pewnych nietypowych elementów, które powodują, że choć w dużej mierze jest ona powtórką tego co już kiedyś było, to jednak powtórką w trochę innym kształcie. Ale co ciekawe, choć te wszystkie dodatki, udziwniacze, są naprawdę nietypowe i niektórym pewnie za bardzo będą odrealniać tę historię, za bardzo przeszkadzać we wciągnięciu się w nią, to jednak są one zadziwiająco naturalne, niesamowicie swobodnie wplecione w realne wydarzenia, w to co prawdziwe. Nie odstają ani trochę, nie rozbijają tego obrazu na gatunkowe części. Czynią go odrobinę ekstrawaganckim, zakręconym, specyficznym ale wcale nie mniej prawdziwym czy przekonującym. Czy to duch japońskiego pilota kamikadze, którego widzi główny bohater, a co więcej co wieczór grywa z nim w statki, czy to praktykowane przez chłopaka chodzenie na stypy obcych sobie ludzi, na których, jednej z nich, przypadkiem, poznaje pewną dziewczynę. Te wszystkie dziwności przedstawione są tu w taki sposób, jakby były najnormalniejsze pod słońcem. I choć film Gusa van Santa to bardzo prosta historia, to opowiedziana w niezwykle lekki i co ważne, ani przez chwilę nie lekceważący sposób. Odkrywająca w odpowiednim czasie swoich bohaterów, rozwijająca ich relację w idealnym tempie. Pozbawiona niepotrzebnych, na siłę dramatycznych wzlotów i upadków, oszczędzająca krzyki i łzy, burzliwe rozstania i powroty, ale nawet bez nich nie pozbawiona szczerych i silnych emocji i uczuć. Z pewnością w dużej mierze to zasługa aktorów, świetnej Mii Wasikowskiej i dobrze rokującego na przyszłość Henrego Hoppera, którzy idealnie do siebie pasują, tworzą na ekranie piękną parę, od której nie sposób oderwać oczu. Pewnie również przez bardzo sprawnie i lekko napisany scenariusz, wewnętrznie dowcipny, pocieszający, i bardzo melancholijny, unikający tanich dialogów, na siłę wzruszających momentów, i scen wyjętych niczym z kiepskich melodramatów. Świadomy tego jak cienka jest granica między prawdą a przesadą, między sztucznością a autentycznym wzruszeniem, który raz daje temu bardzo zabawne, naoczne świadectwo. A także przez bardzo spokojną ale nie pozbawioną radości, fantazji i zaczepności muzykę Danny Elfmana, po którym nie spodziewałem się takiego soundtracku. Czarujący film.
czwartek, 03 maja 2012
Mildred Pierce
having it all would cost her everything
Mildred Pierce (2011) USA reżyseria: Todd Haynes na podstawie: powieści Jamesa M. Caina
"Mildred Pierce" to miniserial wyprodukowany przez telewizję HBO, w którym tytułową rolę zagrała fantastyczna Kate Winslet. To produkcja nominowana do czterech Złotych Globów, nominowana w aż dwudziestu jeden kategoriach do nagród Emmy, oraz wyróżniona w szeregu różnych innych nagród. To chyba wystarczające powody ku temu, by sięgnąć po tę produkcję, składającą się z zaledwie pięciu odcinków. Opowiadana w niej historia rozgrywa się na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku, w Ameryce, w czasach wielkiego kryzysu. Młoda kobieta mieszka wraz z mężem i dwiema córkami w ogromnym domu, pomimo cięższych czasów utrzymując całkiem wysoki status życia. Zajmuje się domem, wychowaniem dziewczynek, a w wolnym czasie, którego nie ma wcale mało, piecze ciasta, czerpiąc z tego symboliczny zarobek. Od jakiegoś czasu podejrzewa męża o romans i pewnego razu, po kłótni jaką sama wywołuje, wyrzuca go z domu. Tym samym od tej pory jest zdana wyłącznie na własne siły, nie mając pracy, nie mając kwalifikacji ani zawodu, które dawałyby szanse na zatrudnienie. Sytuacja dość szybko robi się nieciekawa, bo pieniądze zaczynają się kończyć, a poszukiwania pracy nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. By stanąć na nogi, by zagwarantować dziewczynkom godną przyszłość, będzie musiała na jakiś czas schować naturalną dla dotychczasowej pozycji dumę i mocno zakasać rękawy do pracy. Mam dość mieszane uczucia co do tej mini-serii. Jest oczywiście bardzo profesjonalnie zrealizowana, świetnie zagrana, ale brakuje jej jakiejś większej iskry, mocniejszych emocji dzięki którym z większym zainteresowaniem i zapałem śledziłoby się kolejne odcinki. Może trochę dlatego, bo z interesującej historii pewnej samotnej kobiety, podnoszącej się po rozstaniu, które wydawać by się mogło, będzie dla niej końcem świata, zamienia się ona w męczącą historię matki, która za wszelką cenę pragnie zyskać uznanie u swojej nieznośnej córki. A to najłagodniejsze określenie na dziewczynę, bo choć to utalentowane dziecko, to jednak okropna z niej zołza, arogancki, mściwy bachor, który nienawidzi matki całym swoim sercem i przy każdej nadarzającej się ku temu okazji, okazuje to z pełną siłą. Niestety ale po interesującym wstępie, po dwóch pierwszych epizodach skupiających się przede wszystkim na matce, następne trzy przenoszą zainteresowanie właśnie na córkę. Mijają na przyglądaniu się zapłakanej, męczącej się okrutnie Mildred i nic nie robiącej sobie z uczuć matki nieznośnej Vedy. I ta obserwacja i dla nas bywa potwornie męcząca, bo aż chciałoby się najpierw potrząsnąć niewdzięczną córką, a później główną bohaterką, która tak daje się pomiatać, najpierw przez dorastające dziecko, później przez potwornie zmanierowaną nastolatkę. Trzeba jednak przyznać, że choć denerwujące przez swoje charaktery, to postaci świetnie zagrane. Wielkim atutem tego serialu jest właśnie bardzo silna obsada. Obok Kate Winslet pojawiają się tutaj Guy Pearce w roli wykorzystującego dobroć Mildred bogacza, w którym zakochuje się ona do szaleństwa, Evan Rachel Wood jako nastoletnia córka, Melissa Leo grająca tu sąsiadkę bohaterki, która bardzo mocno jej pomaga oraz Brían F. O'Byrne czyli były mąż bohaterki. To przede wszystkim właśnie dzięki tym występom aktorskim chce się śledzić tę produkcję do końca, zobaczyć w jakim kierunku się ona potoczy. Obserwować tę walkę Mildred z samą sobą, to miotanie się między córką, kochankiem, rozkręcanym interesem i znajomymi. Bo bohaterka w tym wszystkim gubi się i odnajduje na nowo, bez większych problemów radząc sobie z prowadzonym biznesem, ale ponosząc kolejne porażki w życiu, w relacjach z córką i kochankiem. Bo choć teoretycznie wiele stojących przed nią wyborów jest prostych, właściwa droga jest widoczna, to dla bohaterki proste nie jest nic, a obranie właściwej drogi przychodzi jej z trudem. Bo zaślepia ją pożądanie do przystojnego mężczyzny, i bezgraniczna miłość do dorastającej Vedy, przez które Mildred przeprasza za swoje uczynki, nie potrafi się postawić i wiecznie nastawia drugi policzek. Prawie, że do samego końca.
wtorek, 01 maja 2012
Połów szczęścia w Jemenie
faith and fish
Połów szczęścia w Jemenie (2011) Wielka Brytania reżyseria: Lasse Hallström na podstawie: powieści Paula Torday'a "Połów łososia w Jemenie"
"Połów szczęścia w Jemenie" to świetny przykład filmu, który przez swoją mylną reklamę, z dużym prawdopodobieństwem, nie spodoba się wszystkim tym, których zwiastuny zachęciły do jego obejrzenia, a Ci, którzy polubiliby tę produkcję, pewnie właśnie ze względu na tę nieodpowiednią promocję, w ogóle nawet nie pomyślą o jej obejrzeniu. Bo promowana jako przesycona kolorami komedia romantyczna, cukierkowy i okrutnie przesłodzony obrazek, z którego dobry nastrój wylewa się w takich ilościach, że wytrzymać będzie ciężko. Taka jednak na szczęście nie jest, i co więcej daleko jej do zwykłej komedii romantycznej, czy lukrowanej pocztówki z ciepłych krajów, wystawianej ku pokrzepieniu serc. To nieskomplikowana, przyjemna i zdrowo optymistyczna historyjka o miłości i przyjaźni ale opowiedziana w trochę inny sposób, posiadająca trochę innych bohaterów i w której nie o romans, ani o słodkości tak naprawdę chodzi, a o coś innego. Film Lasse Hallströma to dość absurdalna historia, o czym wielokrotnie wspominają sami bohaterowie tego obrazu, o pewnym śmiałym projekcie, pewnej wielkiej wizji, która ma stać się w niedługim czasie rzeczywistością. Otóż pewien bogaty szejk z Jemenu pragnie na pustynnym krajobrazie swego kraju mieć możliwość... łowienia łososi. Ponieważ Brytyjski rząd jak na gwałt potrzebuje dobrych informacji z Bliskiego Wschodu, które odwrócą uwagę mediów od wszystkich mniej korzystnych newsów z tamtej strony świata, pomoc w wykonaniu tego projektu staje się priorytetem. Bierze w nim udział chory na zespół Aspergera doktor Jones, który traktuje zachcianki szejka jak totalną wariację, oraz zajmująca się doradztwem finansowym Harriet Chetwode-Talbot. I choć zwiastun sugeruje, że między tą dwójką coś szybko się narodzi, tak jednak nie będzie (całe szczęście) bo on ma żonę, a ona czeka na swojego chłopaka, który pojechał na wojnę i nie wiadomo kiedy z niej powróci. Również realizacja samego planu aż tak prosta i podnosząca na duchu nie będzie, bo wcale nie wiadomo czy się on koniec końców uda. "Połów szczęścia w Jemenie" to przyjemna, chwilami zadziornie zabawna (bo to przecież brytyjski humor, więc chwilami bywa uszczypliwie) i wcale nie głupia opowieść o wierze we własne możliwości. O decydowaniu o swoim życiu, chęci jego zmiany i odwadze w decydowaniu się na zmiany. Ale co więcej, to opowieść o sile jaka tkwi we współpracy, gdy jedna, dwie, kilka osób dzieląc wspólną wizję, pragnąc coś osiągnąć, dążąc do wyznaczonego celu, dążą do niego raźniej i lepiej, niż porywające się na te marzenia pojedyncze jednostki. Opowieść o tym, że jeden plus jeden wcale nie równa się dwa, a oczekiwania, wizje niedalekiej przyszłości są tym co napędza nasze życie i powoduje, ze nabiera ono kolorów. Ta nadzieja, to co czai się na horyzoncie, to co przyjdzie, ale dopiero za jakiś czas. Ta wiara, to przekonanie, że wszystko sie jednak jakoś uda. Bo czasem oczekiwania na to co nadejdzie, ta droga w kierunku upragnionego celu staje się ważniejsza, bardziej wartościowa, niż sam cel podróży. „Salmon Fishing in the Yemen” to opowieść pięknie sfotografowana (ach te widoki!), opatrzona przyjemną muzyką i nieźle zagrana przez spokojną Emily Blunt i tym razem mającego niezwykle wyrazisty akcent Ewana McGregora. Świetnie, że jego bohater nie jest tylko zwykłym facetem z dość szary życiem, ale przez swoją przypadłość jest odrobinę specyficzny, co dodało ciekawości i temu obrazowi. Jednak prawdziwą gwiazdą tego filmu, kimś, kto kradnie dla siebie każdą scenę i przede wszystkim dla kogo warto poświęcić swój cenny czas, jest Kristin Scott Thomas, czyli pewna siebie, zdecydowana i zadziorna rzecznik prasowa premiera. To dzięki niej ten obraz, szczególnie na początku i trochę pod koniec, ma taki pazur, jest tak radośnie konkretny. Szkoda, ze nie było możliwości dłużej utrzymać jej postaci na pierwszym planie, wtedy cały ten film byłby tak zadziorny. A tak, za każdym razem gdy znika ona z ekranu, pozostaje tylko przyjemna historia o spełnianiu swoich marzeń, odnajdywaniu swego miejsca i sensu bycia. Ładna, ciekawa, ale na dłuższą metę zacierająca się w pamięci.
sobota, 28 kwietnia 2012
Dom w głębi lasu
ruletka
Dom w głębi lasu (2011) USA reżyseria: Drew Goddard
Wszyscy znamy tę historię. Kilkoro nastolatków wybiera się na weekend w jakieś ustronne miejsce, by tam z dala od cywilizacji zaszaleć na całego. Najczęściej tym miejscem jest jakiś mały domek pośrodku przysłowiowego nigdzie, koniecznie nad jeziorem. I choć po drodze natrafiają na różne znaki ostrzegawcze, a to złowieszcze miejsca, a to podejrzanie wyglądających miejscowych, oczywiście je ignorują i na własne życzenie zmierzają w paszczę lwa. A po krótkim wstępie, po chwilach radości, wygłupów i obowiązkowej golizny, ginie pierwsze z nich, a po nim, jakżeby inaczej, przychodzi pora na kolejnych. Aż zostaje tylko jedno, któremu jakimś cudem udaje się przetrwać, choć i też niekoniecznie. Takie są właśnie reguły gry, tak działa ten powszechnie znany już schemat, od którego nie sposób się uwolnić. Puszczalska, sportowiec, naukowiec, głupek i dziewica, oraz coś, co zacznie na nich polować. Tak jest też i w tym filmie, choć nie do końca. Bo od samego początku coś tutaj nie gra, coś jest inne niż zwykle. Niby wszystkie elementy pasują do tej ogranej układanki, niby całość zmierza w oczywistym kierunku, ale jednak się różni. Bo bohaterowie nie są aż tak typowi na jakich początkowo wyglądają, bo nie zachowują się tak jak teoretycznie powinni, a i otoczenie ukrywa w sobie pewne tajemnice. Dlaczego tak jest, zdradzić oczywiście nie mogę i nie zamierzam, bo to najważniejsza tajemnica w tej produkcji, która czyni ją inną, wyróżnia na tle konkurentów, i którą warto samemu odkryć na wielkim ekranie, a nie przeczytać przed seansem. Jedyne co napisać można to to, że wtłacza ona całą tę historię w znany schemat, jednocześnie bardzo mocno się nim bawiąc, z jednej strony przestrzegając wszystkich reguł gatunku, z drugiej co chwila je łamiąc. Przez trzeźwo myślących bohaterów, przez pewne wydarzenia rozgrywające się równolegle, które pokazują tę historię z zupełnie innej strony. W tym samym momencie zachwycając się gatunkiem jakim jest horror, i ostro krytykując bezmyślną rozrywkę opartą na przemocy. Właśnie ta lekka i niewymuszona zabawa treścią jest w tej produkcji najlepsza. Bo znając wszystkie reguły jakie panują w świecie pełnym dreszczyku, spodziewając się ich przestrzegania, dajemy się całkiem łatwo zaskoczyć, gdy nagle wydarzenia rozgrywają się według innego planu, niektóre stałe punkty programu omijając, inne interpretując w zupełnie odmienny sposób, a przy jeszcze innych pozostając wiernym. Nie wiedząc jednak które jak zostaną potraktowane, łatwiej dajemy się zaskoczyć i przez to możemy czerpać z seansu jeszcze większą przyjemność. Śmieszne, bo w pewnej chwili możemy się złapać nawet na tym, że kibicujemy nie tej stronie co teoretycznie powinniśmy. Historia pędzi w zawrotnym tempie, zdecydowanie szybciej niż można by się tego po niej spodziewać, bohaterowie znikają jeden po drugim i nagle, w okolicach połowy, następuje koniec. Ale tylko pozorny, bo kończy się schemat jaki znamy, a rozpoczyna jedna, wielka wariacja na temat. Bo "Dom w głębi lasu" to film złożony z trzech następujących po sobie części. Pierwszej, która wykorzystuje znane zagrywki i reinterpretuje ja na swój sposób, drugiej w której następuje pomysłowe wytłumaczenie wszystkich wcześniejszych wydarzeń i wreszcie trzeciej, najkrótszej, która jest właściwym finałem tej opowieści. Jednak o ile pierwsza to dowcipna zabawa z widzem, druga to wymykające się spod kontroli, zaskakujące szaleństwo, tak trzecia jest niestety już trochę przerostem formy nad treścią, który niepotrzebnie dodaje do całości mistycyzmu i przesady. To pójście odrobinę za daleko. Dlatego, w przeciwieństwie do wielu, nie uważam, by produkcja Goddarda była nowym "Krzykiem". Bo choć ten film to powiew świeżości, pomysłowa rozrywka, to jednak jakby nie w pełni wykorzystana, udająca fajniejszą niż jest w rzeczywistości, nie tak rewolucyjna, jaką by być chciała. "Krzyk" bawił się treścią do samego zakończenia, "Dom..." przez zbyt szybkie rozpoczęcie wyjaśniania sytuacji przestaje to czynić, i zostaje tylko efektowną zabawką. Choć oczywiście lepsze to, niż kolejny do bólu nudny schemat. |