Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila






   Współpraca:












abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 20 sierpnia 2016
Sausage Party

great beyond

Sausage PartySausage Party (2016) USA

reżyseria: Conrad Vernon, Greg Tiernan
scenariusz: Evan Goldberg, Kyle Hunter, Seth Rogen, Ariel Shaffir
głosy: Seth Rogen, Kristen Wiig, Jonah Hill, Bill Hader, Michael Cera, James Franco, Danny McBride, Craig Robinson, Paul Rudd, David Krumholtz, Nick Kroll, Edward Norton, Salma Hayek
muzyka: Christopher Lennertz, Alan Menken

montaż: Kevin Pavlovic

 (7/10)

To ciekawe jak bardzo forma filmu wpływa na jego odbiór.  Osobiście mam alergie na amerykańskie komedie.  Ten kloaczny humor jaki reprezentują, uważając, że ohyda i przekleństwa w znacznym stężeniu są tym co jest w stanie rozśmieszyć.  Nie bawi mnie rzucanie jedzeniem w twarz czy kojarzenie wszystkiego z seksem.  Dlatego gdyby "Sausage Party" było filmem aktorskim, z ludźmi w rolach głównych, pewnie ominąłbym go szerokim łukiem.  Ale ponieważ jest to animacja, której główni bohaterowie to artykuły spożywcze, to wulgarność tej komedii nie jest wcale tak denerwująca czy odrzucająca.  Oczywiście to nadal nie jest humor wysokich lotów, żarty kręcą się wokół seksu, a przekleństwa zdarzają się w co drugim zdaniu, ale ponieważ opowiadana tu historia jest totalnie absurdalna, do tego ubrana w animowane szaty, to całość składa się w bardzo przyjemny, zabawny seans.  "Sausage Party" jest takim filmowym "South Parkiem" z żywnością w rolach głównych.  Filmem, który śmieje się z wszystkiego, dla którego nie ma żadnych świętości.

Mam wrażenie, że film ten albo polubi się po pierwszych kilku minutach, albo po tym czasie się go całkiem znienawidzi.  Jeśli zaakceptuje się pierwszy żart, polegający na skojarzeniu długiej (bądź grubej) parówki z miękką bułeczką, jeśli zaakceptuje się ten dowcip, który twórcy później będą powtarzać wielokrotnie na wiele różnych sposobów, wtedy i późniejsze żarty będą śmieszne.  Jeśli jednak już to pierwsze, trochę szkolne skojarzenie dwóch produktów spożywczych nie wywoła choćby lekkiego uśmiechu, wtedy wszystkie kolejne żarty, czy to z napalonego taco, czy to z hitlerowskiej musztardy, czy ze zmutowanego płynu do higieny intymnej, będą niekończącym się koszmarem.  Bo choć twórcy na szczęście podarowali sobie kloaczny humor, to zdecydowanie poszli w kierunku seksualizacji jedzenia.  Nie tylko parówki marzą tutaj bowiem o pieprzeniu się z bułkami, pozostałe warzywa i owoce również mają ochotę na takie igraszki.  Nie mogą sobie jednak na nie pozwolić, ponieważ nie mogą wychodzić ze swoich opakowań, by swoim zachowaniem nie rozwścieczyć bogów (ludzi), którzy każdego dnia, część z nich zabierają do mitycznego "Great Beyond", gdzie czeka na nich szczęśliwe życie.    Jak się jednak wkrótce okaże ta wiara w raj znajdujący się poza sklepem jest wielkim kłamstwem, bo za drzwiami supermarketu czeka na produkty tylko brutalna śmierć.

Humor tego filmu w dużej mierze wynika z przedstawienia sytuacji życia codziennego, problemów naszej rzeczywistości za pomocą produktów spożywczych.  Sporym wątkiem jest na przykład relacja bajgla (genialny Edward Norton!) z lawaszem, która wyśmiewa konflikt izraelsko-palestyński.  Mnóstwo jest tutaj zabawnych sytuacji gdy pewne postawy życiowe przedstawiane są poprzez postaci konkretnych produktów spożywczych, wyśmiewając krążące stereotypy na temat chociażby rasy czy wiary.  Ale i tak najlepsze pozostają nawiązania do popkultury, do innych filmów.  Jak chociażby kilka momentów żywcem wyjętych z Terminatora, czy scena gdy wózek z zakupami wywraca się, a produkty lądując na podłodze przeżywają chwile wyjęte niczym z filmu wojennego.  Wisienką na torcie jest natomiast pojawienie się odpowiednika Stephena Hawkinga.  I choć całość nie jest zbyt mądra, choć ateistyczny wydźwięk tego filmu może trochę razić, a orgiastyczny finał jest dodany trochę na siłę, to jednak jeśli na samym początku kupi się ten rodzaj poczucia humoru, seans może być całkiem udanym doświadczeniem.

20:44, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 sierpnia 2016
10 lat reviews.blox.pl

10 lat reviews.blox.pl

16 sierpnia, dziesięć lat temu, wszedłem na główną stronę blox.pl i założyłem tego bloga. Dziesięć lat temu. Miałem wtedy z dziewiętnaście lat, zaczynałem studia na polibudzie, kino odwiedzałem od czasu do czasu, zdecydowanie rzadziej niż teraz, ale uwielbiałem te wypady do pierwszych multipleksów i (już wtedy) nielicznych tradycyjnych kin. Blog był bardziej dodatkiem niż głównym miejscem mojej aktywności w sieci.  Wtedy bardziej udzielałem się na filmweb, dyskutowałem na tamtym forum, zbierałem punkty uzupełniając bazę danych. Dziesięć lat temu nie miałem fejsbuka. Nie bylo twittera, instagrama, snapchata. Internet nastawiony był bardziej na dłuższe treści niż na obrazki, memy, newsy, klikalność. Komentarze zostawiało się na blogu, a nie na fejsie. Na wszystko było jakoś więcej czasu, na filmy, na pisanie recenzji, słuchanie soundtracków i długie dyskusje na temat obejrzanych produkcji. 

Dziesięć lat później zmieniło się właściwie wszystko. Zamiast blogów coraz bardziej popularne stają się vlogi. Zamiast długich treści królują obrazki ,filmy i zdjęcia. Bo nasza rzeczywistość pędzi przed siebie, a wszystko stało się bardziej jednorazowe, mobilne i przenośne. Zamiast trwałych treści królują szybkie informacje, od niedawna nawet takie, które znikają po kilku sekundach. Dziesięć lat później i ja jestem w zupełnie innym miejscu. Od trzech lat w szczęśliwym związku, od trzech lat mieszkając już niezależnie, pracując (za dużo), mając jeszcze mniej czasu niż kiedyś, na nadrabianie klasyki, której od dawna nie udaje mi się nadgonić. Zmieniło się wszystko prócz bloga, który może choć trochę mniej zielony (dosłownie jak i w przenośni), choć może bardziej mobilny, bo podłączony do twittera i fejsa, nadal jest taki, jak te dziesięć lat temu. Bez obrazków, bez błyskawicznych treści, składa się z trzy- bądź czteroakapitowych wpisów. Nie wiem tylko czy to dobrze czy to źle, tak nie iść z duchem czasu.

Wielokrotnie próbowałem uaktualnić formułę reviews.blox.pl ale każdy pomysł na to by unowocześnić bloga wydawał mi się nietrafiony. Może kiedyś założę własną domenę ale z tym noszę się od dobrych trzech lat, więc to pewnie jeszcze trochę potrwa. Może zmienię szablon na taki przejrzysty, przewijany, z jednym wielkim zdjęciem na samej górze, na taki jakie teraz są modne, chociaż pewnie sam już tego nie wykonam, bo to trochę wyższa szkoła jazdy. I choć nie powiem, cieszę się z tych dziesięciu lat, bo jest to jakieś osiągniecie, to od mniej więcej roku jestem na rozdrożu. Od pewnego czasu cierpię na brak weny. Ale nie tylko nie chce mi się pisać, czego efektem jest brak notek na temat już trzech tegorocznych filmów, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało, ale wielokrotnie nie chce mi się nawet iść do kina. Być może to przez pracę, która ostatnio wyciska ze mnie siódme poty, przez którą czas wolny przeznaczam na zwykle odpoczywanie, bo siły nie mam nawet na luźny wypad do kina. Być może to przesyt samym blogiem na który od dziesięciu lat nieustannie, przynajmniej raz na tydzień coś wrzucałem i chyba tą regularnością się trochę zmęczyłem. Nie pomagają również statystyki, bo choć nigdy dla nich nie pisałem (i nadal tego nie robię), to jednak miło było widzieć słupki oglądalności, które teraz spadają z roku na rok, do coraz niższych poziomów. Inne czasy wymagałyby innego rodzaju aktywności (vlog?), może większego zaangażowania, ale prawdę powiedziawszy nie wiem czy to inne mi odpowiada, czy nie wolę tego co jest. Z drugiej jednak strony zdaje sobie sprawę z tego, że to obecne jest już trochę nie na czasie i mogłoby się zmienić.

I tak w trochę gorzkim nastroju świętuję po cichu te dziesięć lat. Mając nadzieję na kolejne, choć trudno mi obiecywać nawet najbliższy rok. Dziękuję wszystkim, którzy tu jeszcze (nadal) zaglądają, klikają ‘lubię to’ na fejsie, wchodzą na notki przez twittera czy filmweb. To dzięki Wam jeszcze cokolwiek mi się chce. Najlepszego.

20:47, milczacy_krytyk , inne
Link Komentarze (11) »
niedziela, 14 sierpnia 2016
Legion samobójców

worse of the worst

Legion samobójcówLegion samobójców (2016) USA, Kanada

reżyseria i scenariusz: David Ayer
aktorzy: Will Smith, Margot Robbie, Joel Kinnaman, Cara Delevingne, Jai Courtney, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Jay Hernandez, Karen Fukuhara, Adam Beach, Jared Leto, Viola Davis, Ike Barinholtz, Scott Eastwood, Common, David Harbour, Jim Parrack, Ezra Miller, Shailyn Pierre-Dixon, Ben Affleck
muzyka: Steven Price
zdjęcia: Roman Vasyanov
montaż: John Gilroy

 (3/10)

"Worst heroes ever”.  “Worse of the worst” - głosiły zapowiedzi.  Producenci jednak wystraszyli się tego całkiem odważnego pomysłu i dlatego za każdym razem gdy bohaterowie przedstawiani są od złej strony, zaraz znajduje się jakiś usprawiedliwienie, jakiś sposób na ocieplenie ich wizerunku.  Deadshot jest płatnym zabójcą, który nigdy nie pudłuje i nie ma żadnych wyrzutów sumienia w związku ze swoją pracą?  Ale chwila, przecież ma śliczną córeczkę z którą najchętniej rozwiązywałby zadania domowe niczym perfekcyjny ojciec.  Harley Quinn jest szurniętą panią psycholog, wariatką zakochaną na zabój w Jokerze, kobietą w zasadzie jeszcze bardziej od niego zwariowaną?  Nie, nie, tak naprawdę Harley chciałaby założyć przykładną rodzinę dwa plus dwa.  Kapitan Bumerang w wersji kinowej to natomiast tylko pijak i drobny złodziejaszek, a taki Killer Croc to facet odrzucony przez społeczeństwo ze względu na swój wygląd.  Słabo jak na film, który miał mówić o antybohaterach, o tych najgorszych z najgorszych, którzy pod przymusem muszą wyruszyć na samobójczą misję (której tak naprawdę tutaj nie ma).

"Legion samobójców" nie daje sobie rady już na starcie, nijak nie sprawdzając się jako obraz z bohaterem zbiorowym.  Nie ma żadnej równowagi w tytułowym legionie. O jednych mówi się bardzo dużo (Deadshot i Harley są najbardziej rozbudowanymi postaciami), o innych wspomina się tylko mimochodem - chociażby Katana czy ten jeden koleś, którego zdjęcie widoczne jest wśród członków Legionu w czasie narady w Pentagonie, ale nikt go właściwie nigdy nie przedstawia.  Batman zostaje tu wrzucony całkiem na siłę (a Affleck tym razem wyraźnie nie czuje tej roli).  Podobnie na siłę dodany zostaje tutaj Joker, który w kampanii promocyjnej wyrastał na głównego przeciwnika bohaterów, a w samej produkcji pojawia się może na dziesięć minut.  Trudno po tak krótkim występie oceniać czy Jared Leto poradził sobie z tą rolą, z pewnością jednak kryje się w nim spory potencjał, który tym razem niestety nie został w pełni rozwinięty.  Natomiast jedyną osobą, która tutaj sobie tak naprawdę poradziła jest Margot Robbie jako Harley Quinn.  Jest szalona, delikatna, zwariowana, dowcipna, irytująca, zadziorna, seksowna.  Idealnie łączy te przeciwstawne cechy i kradnie dla siebie każdą scenę w jakiej się pojawia, a na szczęście ma ich sporo.  Twórcy przez cały czas nie potrafią się jednak zdecydować, czy chcą opowiedzieć film o zespole, czy o poszczególnych postaciach.  Zupełnie nie dbają o równe podzielenie czasu na każdą z postaci, by każda była równie ważna i interesująca.  Zamiast tego o jednych mówią całkiem sporo, o innych wcale.  Co najlepiej widać w scenie gdy bohaterowie doświadczają wizji swojej wymarzonej przyszłości, z czego twórcy pokazują nam wizje tylko czterech osób, o pozostałych zapominając. 

Całość jest okropnie zmontowana, stanowi jeden wielki, niespójny bajzel.  Zupełnie jakby twórcy nakręcili godziny materiału i dali je do zmontowania komuś kto nie czytał scenariusza, nie miał bladego pojęcia o czym ma być ten film, kim są jego bohaterowie, jakie są ich motywacje i dokąd to wszystko ma dążyć.  Pierwszy akt stanowi chaotyczne przedstawienie większości z postaci.  To sieczka montażowa, pójście po najmniejszej linii oporu, zrealizowane totalnie bez pomysłu.  Zamiast okropnej introdukcji bohaterów po plikach odczytywanych z pendrive, tak jak miało to miejsce w „Batman v Superman”, tutaj otrzymujemy jakże ambitne przeglądanie ściśle tajnych akt na temat przyszłych członków legionu.  A w tle leci piosenka za piosenką, jakby ktoś na chybił trafił włączył playlistę z przebojami i bez zastanowienia podłożył ją pod cały pierwszy akt.  Trzeci akt to natomiast obowiązkowa potyczka ze złem, tutaj parą przeciwników, z czego wydawać by się mogło większy bad guy okazuje się być łatwiejszy do pokonania niż jego siostra.  Najgorszy jest jednak środek tej produkcji w czasie którego bohaterowie idą przez miasto.  Idą i idą.  Czasem coś walczą, czasem próbują uciec, a w pewnym momencie, nie wiedzieć kiedy i czemu, budzi się w nich poczucie przynależności do grupy.  Wstępują do baru by całkiem rozbić tempo tego i tak okrutnie już nierównego filmu.  Filmu, w którym wątki pojawiają się i znikają, w którym brakuje zależności przyczynowo skutkowej, spójności, ponieważ panuje nieustanny bałagan i chaos.

"Suicide Squad" to idealny przykład na to jak dobra kampania reklamowa może oszukać widza, przedstawić zapowiadany film w zupełnie innym świetle.  Film Davida Ayera miał być zadziornym, niegrzecznym, zwariowanym, zabawnym obrazem, który zamiast bohaterów na pierwszym planie miał stawiać tych najgorszych z najgorszych.  Złoczyńców, bandziorów, szaleńców, wariatów.  I z tej niedopasowanej, agresywnej gromadki ludzi stworzyć zespół któremu dałoby się kibicować, który dałoby się lubić.  Zespół , który miał być wysłany do misji, której nikt inny by się nie podjął.  „Suicide Squad” okazał się jednak być filmem, który nie ma na siebie pomysłu, który jest całkiem zbędny, tak dla uniwersum DC, jak i innych ekranizacji komiksów.  To film, który chciał być odważny i mroczny, ale jednocześnie przeznaczony dla wszystkich widzów.  To film, który niestety jednak zmierza do tych samych schematów co inne produkcje, który boi się wyjść poza ramy tego co zostało już pokazane.  Nic tu nie jest tak szalone, odjechane czy zwariowane jak miało niby być.  Zaczynając od Jokera, który w tym krótkim wydaniu okazuje się być przestylizowanym gangsterem, po wydźwięk samego filmu, który nagle z tej bandy złoczyńców stara się stworzyć zgrana paczkę, kochającą się rodzinę. Koszmar.

20:14, milczacy_krytyk , 03
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016
Zjednoczone stany miłości

domy z betonu

Zjednoczone stany miłościZjednoczone stany miłości (2016) Polska, Szwecja

reżyseria i scenariusz: Tomasz Wasilewski
aktorzy: Julia Kijowska, Magdalena Cielecka, Dorota Kolak, Marta Nieradkiewicz, Tomasz Tyndyk, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat, Marcin Czarnik, Jędrzej Wielecki
zdjęcia: Oleg Mutu
montaż: Beata Walentowska

 (8/10)

Cztery przeplatające się historie kobiet żyjących w tym samym, niewielkim mieście.  Cztery bohaterki perfekcyjnie zagrane przez fantastyczne aktorki.  Julia Kijowska wcielająca się w postać kobiety żyjącej w długim ale całkiem wypalonym związku, marzącej o prawdziwej choć zakazanej miłości.  Magdalena Cielecka jako dyrektorka lokalnej szkoły, kochanka z sześcioletnim stażem, która chciałaby wreszcie wyjść z cienia.  Fenomenalna Dorota Kolak jako nauczycielka języka rosyjskiego, która zostaje zwolniona z pracy, a żyjąc samotnie, pragnie zostać przez kogoś zauważona.  I wreszcie Marta Nieradkiewicz czyli młoda nauczycielka tańca, była miss piękności, marząca o modelingu, prywatnie tęskniąca za mężem, który wyjechał za pracą.  Wspaniałe kreacje, które w dużej mierze opierają się na grze ciała, mimice, spojrzeniach.  Wszystkim tym co niewypowiedziane, a co można zobaczyć, poczuć.

Świetne w "Zjednoczonych stanach miłości" jest po pierwsze to, że film ten nie idzie w dosłowność, w spełnienie, rozwiązanie, jak chociażby w pierwszej opowieści, która choć rozwija się w oczekiwanym kierunku, dochodzi do innego punktu.  Świetne jest również to, że wszystkie cztery opowieści tu prezentowane kończą się w konkretny, ale otwarty sposób.  Ucinają się w odpowiednim momencie, ale takim, który daje możliwość dopowiedzenia sobie dalszego ciągu danej historii.  Szczególnie szokujące okazuje się zakończenie drugiej opowieści, której ostatnia scena na długo pozostaje przed oczami.  Trochę tylko szkoda, że choć pierwszy jak i drugi segment tylko lekko przenikają się wzajemnie, tak dwa ostatnie są ze sobą ściśle związane, ale nacisk skierowany jest zdecydowanie bardziej na trzeci segment.  Przez co historia ostatniej bohaterki zdaje się być odrobinę zaniedbana, jakby trochę za mało dopowiedziana.

Trochę szkoda, że czas akcji tej produkcji, tuż po upadku PRL, nie zostaje odpowiednio, w pełni wykorzystany.  Jest przede wszystkim zaznaczony wizualnie.  Kostiumy, dekoracje, rekwizyty, oraz niesamowite, szare, jakby wyblakłe zdjęcia.  To wszystko tworzy niezwykły klimat tamtych czasów i z pewnością służy bardzo za dopełnienie, uzupełnienie, wzmocnienie atmosfery smutnych historii czterech bohaterek, które nie byłyby aż tak przygnębiające, gdyby właśnie nie to otoczenie, te czasy w jakich rozgrywają się te opowieści.  Ale z drugiej strony te cztery historie równie dobrze mogłyby się wydarzyć w zupełnie innym czasie i innym miejscu i nie przebiegłyby w odmienny sposób.  Są na tyle uniwersalne, że akurat umiejscowienie ich na początku lat dziewięćdziesiątych w Polsce nie staje się koniecznym, wymaganym tłem, bez którego nie mogłyby zajść.  Pod tym względem ta specyficzna czasoprzestrzeń zostaje trochę zaniedbana.

Reżyser prezentując nam losy bohaterek tego filmu, zagląda do mieszkań bohaterów.  Stara się ukazać wewnętrzne przeżycia czterech kobiet.  Przede wszystkim ogromną, paraliżującą samotność, która popycha je do różnych, często ekstremalnych zachowań.  Pokazuje nieszczęśliwe związki, potrzebę miłości, potrzebę bycia zauważoną, fascynację drugą osobą, potrzebę kontaktu z drugim człowiekiem, potrzebę samorealizacji, chęć osiągnięcia w życiu czegoś więcej.  Czyni to poprzez bardzo bliską obserwację, odzierającą z intymności, odkrywającą wszystko, dosłownie wszystko przed widzem.  Ale choć film Wasilewskiego jest bardzo cielesny, niebojący się nagości, to jednak to co w nim najważniejsze, to to co niewypowiedziane, to co dzieje się pomiędzy słowami, to co rozgrywa się w myślach.  Całość pozostaje bardzo surowa, pozbawiona jakiejkolwiek muzyki, nawet tej na napisach końcowych. Zimna, chłodna i przygnębiająco smutna.

21:08, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 sierpnia 2016
Kamper

game over

KamperKamper (2016) Polska

reżyseria: Łukasz Grzegorzek
scenariusz: Krzysztof Umiński, Łukasz Grzegorzek
aktorzy: Piotr Żurawski, Marta Nieradkiewicz, Jacek Braciak, Sheily Jimenez, Bartłomiej Świderski, Justyna Suwała
muzyka: Czarny HIFI
zdjęcia: Weronika Bilska
montaż: Łukasz Grzegorzek

 (6/10)

Ona i On.  Są już ze sobą dwa lata.  Niby szczęśliwi ale jednak nie do końca.  Niby razem ale jednak bardziej osobno.  Mają swoje wspólne, małe rytuały, które ich rozśmieszają, jak chociażby straszenie się nawzajem po wejściu do mieszkania, czy wspólne słodkie śniadania, ale na dłuższą metę przebywanie razem ze sobą bardziej ich męczy niż uszczęśliwia.  On pracuje jako tester gier komputerowych w wielkiej korporacji, ona po pracy chodzi na różne kursy, między innymi gotowania.  Mieszkają w Warszawie.  Seks uprawiali ostatnio nie wiadomo kiedy.  Krótka informacja wypowiedziana pewnego wieczoru, o tym, że ona całowała się z kimś innym, wywróci ich życie do góry nogami.

Film Grzegorzka to taka słodko gorzka komedia.  Dramat, który zawiera elementy humorystyczne.  Bo choć opowiada o rozpadającym się związku, choć mówi o ludziach, których coraz więcej dzieli, bo ich miłość dziwnie szybko przeminęła, to robi to w zaskakująco lekki sposób.  "Kamper" jest więc całkiem zabawnym filmem, który opowiada o końcu.  Końcu miłości, związku, znajomości.  Chociaż jeśli przyjąć, że każdy koniec jest jednocześnie początkiem czegoś innego, być może lepszego, to taka całkiem pozytywna stylistyka tego filmu i optymistyczne zakończenie, nie jest niczym dziwnym czy nienaturalnym.  Twórcy wychodzą bowiem z założenia, że lepiej budować wszystko od początku, niż iść przez całe życie będąc nieszczęśliwym.

Siła tego filmu tkwi w naturalności.  Autentycznych występach aktorskich, oraz bardzo swobodnych, naturalnych dialogach.  Czuć w tym filmie taki luz, swobodę, lekkość tej opowieści.  Zupełnie jakby duże partie tego obrazu, poszczególne sceny, były do pewnego stopnia improwizowane.  Dzięki temu ma się wrażenie, że produkcja ta jest takim wejściem z kamerą do życia współczesnych trzydziestolatków.  Bliskim spojrzeniem przypatrującym się ich życiu.  Takie intymne podejście przypomina odrobinę filmy Andrew Haigha, który w swoich projektach również potrafi uchwycić taką niewymuszoną naturalność.  Szkoda tylko, że w "Kamperze", oprócz tej lekkiej opowieści o pewnym związku, nie otrzymujemy zbyt wiele ponadto.  Ot trafna obserwacja i tyle.

19:53, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 267