Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Zakładki:
Blogi
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony
Punktacja

10 - rewelacja!
9 - koniecznie
8 - warto
7 - dobry
6 - można obejrzeć
5 - OK
4 - da się obejrzeć
3 - beznadziejny
2 - kijem nie tykać
1 - dno dna
fgdfgd





fgdfgd


fgdfgd







abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 28 stycznia 2012
Człowiek na krawędzi

zawrót głowy

Człowiek na krawędzi

Człowiek na krawędzi (2012) USA

reżyseria: Asger Leth
scenariusz: Pablo F. Fenjves
aktorzy: Sam Worthington, Elizabeth Banks, Jamie Bell, Anthony Mackie, Genesis Rodriguez, Ed Harris, Edward Burns, Kyra Sedgwick, Titus Welliver, Afton Williamson, John Dossett, Patrick Collins, Geoffrey Cantor, Pooja Kumar, Terry Serpico, J. Smith-Cameron
muzyka: Henry Jackman
zdjęcia: Paul Cameron
montaż: Kevin Stitt

 (6/10)

"Człowiek na krawędzi" to film o którego fabule lepiej za wiele nie wiedzieć, bo radość z jego oglądania czerpie się przede wszystkim ze stopniowego poznawania kolejnych, ukrywanych przez bohaterów zamiarów i tajemnic z ich przeszłości.  Niestety już sam zwiastun zdradza odrobinę za wiele, a nawet i hasło promujące tę produkcję podsuwa zbyt dużo wskazówek co do tego, jak rozwinie się ta opowieść.  Wystarczy wiedzieć, że "Człowiek na krawędzi" to poprawny i całkiem wciągający film rozrywkowy, którego fabuła przywołuje na myśl takie obrazy jak "Telefon" lub "Negocjator", choć jest od nich niestety znacznie słabszy.  Udaje mu się jednak wykorzystać ograne motywy, znane sytuacje, powtarzane do granic możliwości rozwiązania, w tak zgrabny sposób, że ogląda się go całkiem przyjemnie i bezboleśnie.  Opowiadana w nim historia została jednak niepotrzebnie przedobrzona, bo twórcy prostą wyjściową sytuację (mężczyzna - drętwy jak zwykle Worthington - stoi na parapecie jednego z hoteli w Nowym Jorku, grożąc skokiem) skomplikowali i udziwnili, dodając do niej równoległy wątek, o którym nic więcej pisać nie będę, by za wiele jednak nie zdradzać.  Zupełnie tak, jakby nie do końca wierzyli w potencjał jaki tkwił w tym prostym pomyśle, w umiejscowieniu bohatera za oknem, na dwudziestym którymś piętrze i przyglądaniu się rozwojowi sytuacji.  Bo to co dzieje się na wysokości, samo w sobie jest już naprawdę emocjonujące, trzyma w napięciu, a dzięki świetnym zdjęciom i bardzo udanej pracy kamery, nie raz przyprawia o zawrót głowy i lęk wysokości.

Szkoda więc bardzo, że to co dzieje się obok, kilka budynków dalej, już tak zajmujące nie jest.  A to dlatego, bo ten równoległy wątek został potraktowany zbyt po łebkach i użyto w nim wiele prostych rozwiązań, niepotrzebnych naciągnięć i pomysłów, które ledwo sprawdziłyby się nawet w kolejnej części „Mission: Impossible”.  Za wiele tu rozwiązań w które nie sposób uwierzyć, nawet mocno przymykając na nie oko.  Za wiele szczęśliwych zbiegów okoliczności, nielogicznych zachowań bohaterów, dzięki którym te równoległe zdarzenia mogą się rozwijać.  Takiego pójścia na łatwiznę, by akcja mogła biec dalej, by tylko dobrnąć do zakończenia, które również pozostawia wiele do życzenia.  Bo choć szczytne, to mocno naciągane.  Najgorszy w tej równoległej nitce akcji jest jednak humor, który kompletnie nie pasuje do całości, który został wprowadzony zupełnie bez sensu, bo za każdym razem tylko burzy całkiem wysokie napięcie, jakie udaje się wykreować w scenach rozgrywających się na parapecie. Całe szczęście tempo tej produkcji bardzo dobrze dyktuje porządna muzyka, dzięki której nawet w tych gorszych momentach całość nie zwalnia zanadto.  Soundtrack jest dokładnie taki, jaki powinien być w tego typu produkcji - szybki, wpadający w ucho, nie udziwniany na siłę.  I to w większości właśnie dzięki niemu ogląda się ten obraz całkiem przyjemnie, choć jednak bez jakiegoś większego szału.  Podsumowując: obejrzeć można, choć w gruncie rzeczy nie wiem za bardzo po co – zdecydowane lepiej przypomnieć sobie jeden z dwóch filmów wymienionych w poprzednim akapicie.

20:51, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 stycznia 2012
Oslo, 31 sierpnia

jeden dzień

Oslo, 31 sierpnia

Oslo, 31 sierpnia (2011) Norwegia

reżyseria: Joachim Trier
scenariusz: Joachim Trier, Eskil Vogt
aktorzy: Anders Danielsen Lie, Hans Olav Brenner, Ingrid Olava, Malin Crepin, Tone Beate Mostraum, Kjarsti Odden Skjeldal, Emil Stang Lund, Anders Borchgrevink, Petter Width Kristiansen
muzyka: Torgny Amdam, Ola Flottum
zdjęcia: Jakob Ihre
montaż: Olivier Bugge Coutté, Gisle Tveito

na motywach: powieści "Le feu follet" Pierre Drieu La Rochelle 

 (8/10)

Anders ma 34 lata.  Wkrótce zakończy odwyk, któremu poddał się w związku z uzależnieniem od narkotyków i opuści ośrodek, w którym się leczy, by na nowo zacząć swoje jeszcze młode życie.  Tym razem bez uzależnienia, porzucając problematyczną przeszłość, zaczynając wszystko od nowa.  Nam dane jest obserwować jeden dzień z jego życia.  Gdy rano wychodzi z ośrodka, przede wszystkim by udać się na rozmowę kwalifikacyjną do nowej pracy, ale również by spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, znajomymi, członkami rodziny.  To bardzo bliskie spojrzeniem na człowieka, któremu trochę na własne życzenie zawaliło się życie, i który teraz nie potrafi się z powrotem w nie wdrożyć.  Na początku spotyka się z przyjacielem, później udaje się na spotkanie z siostrą, wieczorem zalicza kilka imprez i tak przelatuje mu ten dzień.  Decydujący dzień, który da mu wiele do myślenia.  Który również i dla nas może być początkiem do rozważań na temat współczesnego świata, ludzkiej wolności, drogi jaką obieramy w życiu, lub która niefortunnie obiera nas samych.

"Oslo, 31 sierpnia" to obraz przeraźliwie smutny, wręcz depresyjny.  Szczególnie na początku, gdy bohater zaczyna opowiadać o tym co czuje, co myśli, jak widzi świat, ludzi w nim się poruszających i samego siebie.  Gdy w odpowiedzi na swoje obawy, zdaje sobie sprawę, że nawet Ci którzy żyją życiem codziennym, którzy nie dopuszczą do siebie wszystkich jego myśli, nie są prawdziwe szczęśliwi. Utrzymują tylko względną równowagę, bo tak toczy się życie.  W pierwszej części tego obrazu niesamowicie  mocno czuć tę wewnętrzną panikę bohatera, ten wszechogarniający strach o wszystko.  O jutro, o siebie, o brak sensu w czymkolwiek.  To okropne uczucie pustki, które nie opuszcza go na krok, które rozrywa go na pół, które jest tak potężne, że zabija od środka, odbiera dech.  Czuć jego rozdarcie wewnętrzne.  Nie mogą mu pomóc najbliżsi, nie są w stanie go zrozumieć przyjaciele.  Dołuje go obserwacja otoczenia, ludzi, których widzi na mieście, w kawiarniach, którzy pędzą przez swoje życia.  Obserwuje ich, podsłuchuje ich rozmowy.  Rozmowy o niczym i o wszystkim, które według nich poruszają najważniejsze, najistotniejsze sprawy, a dla niego są pustką, nic nieznaczącym wzdechnięciem.

Trudne w tym filmie jest to, że przede wszystkim ukazuje stan ducha bohatera, czyli to, czego nie widać na pierwszy rzut oka.  Prócz tego, że Anders jest trochę jakby zamyślony, spokojny i wyciszony, niczym szczególnym się nie wyróżnia.  To zwykły chłopak, o którym nawet znajomi mówią, że dobrze wygląda, gdy po raz pierwszy widzą go po dłuższym czasie.  Sęk jednak w tym, że o ile na zewnętrz sprawia wrażenie silnego, stabilnego, jego wnętrze jest w całkowitej rozsypce.  Problem w tym, że jego stan ciężko tak do końca zrozumieć, a przy okazji przejąć się nim, o ile samemu kiedyś nie popadło się w takie zwątpienie, w taką potworną beznadzieję, smutek.  Taką spiralę wciągającą człowieka coraz głębiej wewnątrz samego siebie, wewnątrz swojej beznadziejności.  Całe szczęście odtwórca głównej roli - Anders Danielsen Lie - robi wszystko byśmy ten stan zrozumieli i przeżyli go wraz z bohaterem.  Po cichu, bez przesadnej ekspresji, przybliża nam to co czuje bohater.  Nie zobaczymy w tym filmie krzyków, płaczów.  Tu jest tylko puste spojrzenie, załzawione oczy, ogromna niepewność, przeraźliwa niewiedza jak kierować swoje dalsze życie.  Perfekcyjnie udaje mu się również pokazać wewnętrzną walkę bohatera, znoszenie objawów codzienności.  Niewinnych opinii, słów, życia, które czasem potwornie boli, choć jest tak zwyczajne.

Jednocześnie, w drugiej części tego obrazu, fantastycznie udaje mu się ukazać pewne przebłyski radości.  Momenty, chwile, czasem sekundy, gdy świat zaczyna się do niego uśmiechać, gdy on sam odpowiada nieśmiałym, niewyraźnym uśmiechem.  Takie odblaski w oceanie rozpaczy, bólu w jakim tkwi bohater, jaki sam sobie zadaje.  Szkoda więc bardzo, że pod koniec ta naprawdę udana produkcja trochę za mocno zaczyna się rozmywać.  Mniej w niej rozmów, namacalnej, poruszającej treści, a więcej błąkania się z miejsca na miejsce.  Obraz Joachima Triera za bardzo zwalnia, zaczyna jakby dryfować w bliżej nieokreślonym kierunku.  Tak jak bohater, któremu skończyły się obowiązkowe miejsca, w które musiał zajrzeć i zaczyna improwizować.  Jakby trochę na pocieszenie, w tej rozwodnionej końcówce, otrzymujemy za to sporą porcję niezłej, wyrazistej muzyki, która przygrywa w tle, w czasie gdy Anders przechodzi od klubu do klubu, od mieszkania do mieszkania.  Muzyka towarzyszy mu jak i nam, w tej nocnej wędrówce po mieście, po Oslo, która trwa aż do samego rana.  Bardzo dobry film, z pewnością jeszcze raz po niego sięgnę.

Tagi: dramat
14:56, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 stycznia 2012
Oscary 2012 - nominacje

Oscary 2012 - nominacje

Oscars 2012

Dziś kilka minut po 14:30 polskiego czasu, ogłoszone zostały nominacje do tegorocznych Oscarów.  Moim zdaniem najbardziej zaskakujące nominacje jakie miały miejsce w przeciągu ostatnich kilku lat.  Niespodzianek, pominięć i szokujących pojawień się na liście wyróżnionych jest w tym roku naprawdę sporo.  Dlatego też pewnie i samo rozdanie statuetek, jakie odbędzie się 26 lutego, nie będzie pozbawione niespodzianek.

Tym razem, inaczej niż w zeszłym roku, nie będę typować zwycięzców, ani wskazywać swoich faworytów, z bardzo prostego powodu: zbyt mało filmów miało do tej pory premierę w naszym kraju, by decydować się na kibicowanie konkretnym kandydatom.  Ograniczę się więc tylko do wrażeń jakie miałem po zapoznaniu się z listą nominowanych produkcji.  Do największych zaskoczeń i wyborów, które najbardziej mnie ucieszyły.  Spis wszystkich nominacji możecie znaleźć pod tym linkiem.

Zaskoczenia:

  • brak nominacji dla "Przygód Tin Tina" w kategorii najlepsza animacja
  • wyróżnienie dla "Druhen" za najlepszy scenariusz oryginalny
  • praktycznie całkowite zignorowanie filmu "Drive".  Brak nominacji w takich kategoriach jak: najlepszy reżyser, zdjęcia, aktorzy, muzyka.  Jedyna nominacja za montaż dźwięku
  • mocne zignorowanie "Dziewczyny z tatuażem" - brak nominacji chociażby za reżyserię, scenariusz, muzykę
  • równie mocne pominięcie "Idów marcowych"
  • przeogromna ilość nominacji dla familijnej produkcji Martina Scorsese "Hugo"

  • brak nominacji dla Tildy Swinton za "Musimy porozmawiać o Kevinie"
  • brak nominacji dla Ryana Goslinga za "Drive" lub "Idy marcowe"
  • brak nominacji dla Leonard DiCaprio za "J.Edgar"
  • brak nominacji dla Michaela Fassbendera za "Wstyd"
  • brak nominacji dla aktorów "Rzezi"
  • brak nominacji dla Toma Hardy'ego za role w filmach "Warrior" bądź "Szpieg"

  • przyznanie nominacji za scenariusz "Rozstaniu", które nominowane jest również za najlepszy film nieanglojęzyczny
  • nominacja dla 9, a nie tak jak miało to miejsce przez ostatnie lata dla 10 filmów w kategorii najlepszy obraz
  • nominowanie zaledwie dwóch piosenek w kategorii najlepsza piosenka
  • aż dwie nominacje dla wyjątkowo przeciętnego w tym roku Johna Williamsa za soundtracki do "Czasu wojny" oraz "Przygód Tin Tina". 
  • brak nominacji za muzykę dla chociażby Alexandre Desplata czy dla nominowanego do Złotych Globów Abla Korzeniowskiego


Cieszą mnie:

  • niespodziewana nominacja dla Melissy McCarthy za fantastyczną drugoplanową rolę w "Druhnach"
  • nominacja dla Jessici Chastain za drugoplanową rolę w "Służących" oraz taka sama nominacja dla Octavii Spencer
  • dwa polskie akcenty: "W ciemności" nominowane w kategorii za najlepszy film nieanglojęzyczny oraz Janusz Kamiński nominowany za zdjęcia do "Czasu wojny"
  • nominacja dla "Kung Fu Panda 2" za najlepszą animację
  • nominacja dla Gary'ego Oldmana za pierwszoplanową rolę w filmie "Szpieg"
  • jakiekolwiek zauważenie "Drzewa życia" - cieszą nominacje za najlepszy film roku oraz zdjęcia
  • nominacja dla Christophera Plummera za drugoplanową rolę w filmie "Debiutanci"

A wy jak oceniacie tegoroczne nominacje do Oscarów? 

Tagi: Oscary
19:07, milczacy_krytyk , inne
Link Komentarze (17) »
sobota, 21 stycznia 2012
Rzeź

pole minowe

Rzeź

Rzeź (2011) Francja, Niemcy, Polska

reżyseria: Roman Polański
scenariusz: Roman Polański, Yasmina Reza
aktorzy: Jodie Foster, Kate Winslet, Christoph Waltz, John C. Reilly
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Paweł Edelman
montaż: Hervé de Luze

na podstawie: sztuki Yasminy Rezy "Bóg mordu"

 (7-/10)

Ten film jest dokładnie taki, jak można się było tego spodziewać.  To ponad godzinna rozmowa dwóch małżeństw, które spotykają się w mieszkaniu jednego z nich, po tym jak ich synowie się pobili, a dokładniej rzecz biorąc, jeden uderzył drugiego kijem w twarz.  Rozmowa, która z kulturalnej i poprawnej dość szybko zamienia się w niemałą kłótnię.  Bo choć oświadczenie, które przygotowują rodzice uda się napisać zaskakująco szybko i bezproblemowo, a całą sprawę omówić w zaledwie kilka minut, to jednak przez małe słówka rozmowa będzie się przedłużać na kolejne minuty.  Ciekawe, bo choć od początku zaproszone małżeństwo będzie jedną nogą już za drzwiami mieszkania, przygotowując się do wyjścia, tym samym kończąc spotkanie, to jednak przez wymykającą się spod kontroli wymianę zdań, będzie stale powracać do salonu, ciągnąc coraz bardziej agresywny spór.  Bo temat dwóch jedenastoletnich synów szybko zostanie porzucony na rzecz wzajemnych docinek, aż na końcu każdy skłóci się tu z każdym.

"Rzeź" to film przede wszystkim do podziwiania fantastycznych występów aktorskich i obserwowania jak te cztery zupełnie różne postaci, będą się zmieniać wraz rozwojem narastającego podenerwowania.  Bo założone na spotkanie maski dobrych rodziców, spełnionych dorosłych, szczęśliwych współmałżonków, zaczną z czasem opadać, ukazując prawdziwe oblicza postaci.  W czym pomoże również odrobina alkoholu, jaka poleje się w drugiej połowie rozmowy, gdy wszystkim zacznie być juz wszystko jedno.  I tak spokojna, próbująca szybko rozwiązać całą sytuację Nancy (Winslet) straci nad sobą kontrolę, a jej mąż Alan (Waltz) zacznie bardziej uczestniczyć w rozmowie, choć nie przestanie co chwila odbierać komórki, czym doprowadzać będzie wszystkich do szału.  Dobroduszny, ciepły i żartujący Michael (zaskakująco najlepszy z całej czwórki C. Reilly) ukaże swoją znacznie gorszą drugą stronę, a niepozorna Pen (zbyt szarżująca Foster) okaże się histeryczką ciągnącą bez końca prowadzącą do nikąd rozmowę.

Trzeba przyznać, że ta kłótnia między czterema osobami została rozpisana w niezwykle naturalny sposób.  Rozwija się ona tak, jakby zapewne potoczyła się w rzeczywistości i nie czuć tu ani trochę odgrywania kolejnych scen.  To zasługa świetnego reżysera, udanego scenariusza i oczywiście utalentowanych aktorów.  Bohaterowie tej opowiastki zmieniają strony, najpierw stojąc ramię w ramię w małżeństwach jakie tworzą, później tworząc koalicje płci, a na końcu zwracając się przeciwko swoim współmałżonkom.  Kłótnia zaczyna się od niewinnych słówek, których bohaterowie coraz bardziej zaczynają się czepiać, a przez które cichnący konflikt rozgorzewa na nowo.  Później w przypływie emocji powracają ledwo uciszone wątki i spory, dopiero co załagodzone miłymi słowami i pustymi zapewnieniami o dobrej woli obu stron.  Aż w końcu na światło dzienne wyciągane zostają wszystkie osobiste problemy, ukrywane żale i urazy jakie żywią do siebie poszczególne osoby. 

Ten gorący spór, w którym co jakiś czas zagubia się sens spotkania czwórki dorosłych, ogląda się całkiem dobrze.  Choć potwornie przegadany - dzieje się tu właściwie tylko rozmowa - to ani przez chwilę nie nudny, nie wytracający prędkości i wciągający od pierwszych minut.  Całość jest chwilami całkiem zabawna, szczególnie w drugiej połowie, gdy bohaterom zaczynają puszczać hamulce.  Mam jednak nieodparte wrażenie, że na deskach teatru ta ożywiona rozmowa dwóch małżeństw spisywała się lepiej niż na kinowym ekranie.  I nie chodzi mi tu wcale o odczucie teatralności tej historii, bo o dziwo, choć cały ten obraz rozgrywa się w czterech ścianach, przeważnie w jednym niezbyt dużym pokoju, to nie czuje się w nim typowej teatralności.  Jak na film, brakuje w nim jednak większego ładunku, większego kopa, czegoś więcej niż tylko dokładnej obserwacji, która do teatru pasuje idealnie, a w kinie jest jednak czymś niestety niewystarczającym.

23:35, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 stycznia 2012
Dziewczyna z tatuażem

what is hidden in snow, comes forth in the thaw

Dziewczyna z tatuażem

Dziewczyna z tatuażem (2011) Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania

reżyseria: David Fincher
scenariusz: Steven Zaillian
aktorzy: Daniel Craig, Rooney Mara, Christopher Plummer, Stellan Skarsgard, Steven Berkoff, Robin Wright, Yorick van Wageningen, Joely Richardson, Geraldine James, Goran Višnjić, Donald Sumpter, Ulf Friberg, Bengt C.W. Carlsson, Tony Way, Maya Hansson-Bergqvist, Sarah Appelberg, Julian Sands, Anna Björk, Gustaf Hammarsten, Simon Reithner, David Dencik, Marcus Johansson, Mathilda von Essen, Mathias Palmér, Martin Jarvis, Inga Landgré, Anders Berg, Mats Andersson
muzyka: Trent Reznor, Atticus Ross
zdjęcia: Jeff Cronenweth
montaż: Angus Wall, Kirk Baxter

na podstawie: powieści Stiega Larssona "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"

 (8,5/10)

Długo nie byłem przekonany co do celowości realizacji tej produkcji.  Bo po co kręcić przeróbkę obrazu, który swoją premierę miał niecałe trzy lata temu i był do tego filmem, skromnie powiedziawszy, dobrym.  Jaki miałby być cel, pomijając ten oczywisty: finansowy?  Jedynym co przyciągało mnie do tego obrazu była osoba reżysera, który przez całą swoją karierę, przez ostatnie kilkanaście lat, nie zaliczył ani jednej wpadki, tworząc filmy wyraziste, wyróżniające się, wielokrotnie ocierające się o doskonałość.  Osoba reżysera, którego charakter idealnie pasował do tej opowieści, który chyba jak żaden inny mógł wiedzieć jak ją poprowadzić.  I z ogromną przyjemnością mogę napisać, że Fincher i tym razem nie zawiódł.  Stworzył obraz nieomal perfekcyjny, kryminał bliski ideału.  Zaryzykuję nawet twierdzenie, że udało mu się zrealizować obraz bardziej szwedzki niż zrobili to kilka lat temu sami Szwedzi.  Zimny, niepokojący, tajemniczy, poważny i chwilami mrożący krew w żyłach.  Obraz lepszy od pierwszej ekranizacji powieści Larssona.  Film, który ma tylko jedną wadę: jest zdecydowanie za krótki, co jest jednocześnie sporym komplementem, biorąc pod  uwagę, że trwa ponad dwie i pół godziny.  Szkoda, że do kin nie trafiła jednak pierwotna, trzygodzinna wersja, przy której upierał się reżyser, bo wtedy, mam wrażenie, byłby to film kompletny.

   

Od momentu gdy po raz pierwszy usłyszałem o planach realizacji tej produkcji, obawiałem się, że będzie ona niczym więcej, jak tylko remakiem szwedzkiego oryginału.  Całe szczęście tak jednak się nie stało.  "Dziewczyna z tatuażem" to nowe, autorskie spojrzenie na powieść Larssona, a co za tym idzie, nie jest to ordynarna kopia obraz sprzed niecałych trzech lat.  Nie jest to nieciekawa i zupełnie niepotrzebna powtórka z rozrywki.  I chyba właśnie przez takie odcinające się od poprzedniego filmu podejście do tej historii, Fincherowi udało się coś niebywałego.  Udało mu się opowiedzieć tę znaną już dla wielu historię w taki sposób, że wydaje się świeża, nieznana, intrygująca.  Ponieważ całkiem dobrze pamiętam szwedzki film, obawiałem się, że seans tego obrazu ograniczy się jedynie do bieżącego porównywania obu produkcji, przypominania sobie kolejnych scen i cichego decydowania, które wypadły lepiej, a które nie.  Tak nie jest.  To niezwykłe, ale od pierwszych minut seansu całkowicie zapomniałem o poprzednim obrazie.  Niebywale mocno wciągnęła mnie ta produkcja.  Od pierwszych chwil, od genialnej rozbiegówki, zatopiłem się w niej po uszy.

   

To niesamowite jak perfekcyjnie udała sie ta próba przeniesienia na ekran powieści, która reprezentuje gatunek bardzo trudny do zekranizowania, jakim bez wątpienia jest kryminał.  Atrakcyjny na kartach powieści, ożywiony na ekranie, bardzo łatwo może stać się nudnym i nieciekawym doświadczeniem.  Bo o ile jeszcze szukanie odpowiedzi na pytanie kto zabił, prowadzenie żmudnego i niezbyt atrakcyjnego śledztwa, polegającego przede wszystkim na wyszukiwaniu przegapionych kiedyś informacji w tonach starych dokumentów i przyglądanie się archiwalnym fotografiom, może zostać opisane w powieści w pasjonujący sposób, o tyle na wielkim ekranie nie wydaje się być najciekawszym materiałem na trzymający w napięciu thriller.  Jednakże gdy zabiera się za niego reżyser, który z teoretycznie niemożliwej do przedstawienia historii, o powstaniu portalu społecznościowego, zrealizował film, który ogląda się jednym tchem, to nawet najnudniejsze przekopywanie się przez sterty dokumentów staje się czynnością niezwykle ekscytującą i zajmującą.  A ponieważ twórcy dają nam równoczesną szansę szukania odpowiedzi wraz z bohaterami, to teoretycznie niezbyt atrakcyjne śledztwo staje się dla nas zdecydowanie ciekawsze.  Bo razem wypatrujemy na fotografiach ukrytych szczegółów, staramy się skojarzyć fakty, połączyć kolejne luźne fragmenty nierozwiązanej dotąd układanki.

   

Całe szczęście twórcy amerykańskiej wersji pierwszej części Millenium (oby wkrótce powstały dwie kontynuacje!) nie zdecydowali się na amerykanizowanie swojej opowieści i pozostawili akcję we właściwym dla niej miejscu.  Ta mroczna historia rozgrywa się nadal w Szwecji, o czym co jakiś czas dyskretnie przypominają nam twórcy, i co sami również bardzo wyraźnie możemy odczuć.  Bohaterowie noszą skandynawskie imiona i nazwiska, czasem wtrącają jakieś małe, obce dla nas słowa, niektóre postaci mówią z wyczuwalnym akcentem, i nawet automatyczne komunikaty informujące o braku zasięgu sieci komórkowej, przemawiają najpierw w języku szwedzkim.  Wszystko to powoduje, że ani przez chwilę nie wątpimy, w jakiej części świata się znajdujemy, od razu wyczuwamy ten mroźny klimat i nawet wypowiadany przez bohaterów język angielski, nie przeszkadza tu ani trochę.  W budowaniu tego chłodnego klimatu rewelacyjnie pomaga fenomenalnie dopasowana muzyka Trenta Reznora i Atticus Ross.  Jest delikatna i jakby niewinna, ale równocześnie przedziwnie niepokojąca i mroźna.  I co ciekawe, tak jak nie porwał mnie specjalnie poprzedni soundtrack tego duetu, tak ten, zachwyca mnie coraz bardziej, bo nie tylko brzmi dobrze poza obrazem (nie potrafię zliczyć ile razy już go przesłuchałem), ale również perfekcyjnie kreuje zimną atmosferę tego kryminału.

   

I już na koniec, koniecznie trzeba jeszcze wspomnieć o aktorach.  Ich występy to inne spojrzenia na postaci znane z poprzedniego filmu.  Skromniejsze, chwilami można pomyśleć, że jakby nawet odrobinę wyblakłe, ale przez to lepiej wpisujące się w tę opowieść, mocniej przyciągające uwagę.  Świetnie wypadł tu Daniel Craig jako zmęczony dziennikarz, który decyduje się na rozpoczęcie śledztwa, dzięki któremu będzie mógł na jakiś czas ukryć się przed światem, po tym jak został oskarżony o zniesławienie znanego przedsiębiorcy i milionera.  Jest spokojny, dociekliwy i intrygujący.  Jednak choć zagrał wyśmienicie, jego występ przyćmiła młodziutka Rooney Mara.  Dokładnie tak jak mówił w wywiadach, ukradła cały film dla siebie, dosłownie każdą scenę, w której się pojawiała.  Rooney spojrzała na swoją bohaterkę z trochę innej strony niż jej poprzedniczka i co niesamowite, przez takie odmienne podejście, udało jej się zagrać Lisbeth w sposób lepszy, ciekawszy i pełniejszy.  Jej Lisbeth jest bardziej niejednoznaczna, z jednej strony bardzo zamknięta w sobie, agresywna, ale pod tą maską niedostępności kryje się wrażliwa dziewczyna, która pragnie normalności, bliskości.  Przez swoją niespodziewaną delikatność stała się bohaterką jeszcze ciekawszą, jeszcze bardziej niezwykłą.

21:21, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (10) »
wtorek, 17 stycznia 2012
Musimy porozmawiać o Kevinie

dlaczego?

Musimy porozmawiać o Kevinie

Musimy porozmawiać o Kevinie (2011) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Lynne Ramsay
scenariusz: Lynne Ramsay, Rory Kinnear
aktorzy: Tilda Swinton, John C. Reilly, Ezra Miller, Jasper Newell, Rock Duer, Ashley Gerasimovich, Siobhan Fallon, Alex Manette
muzyka: Jonny Greenwood
zdjęcia: Seamus McGarvey
montaż: Joe Bini

na podstawie: powieści Lionela Shrivera

 (8/10)

"Musimy porozmawiać o Kevinie" to film zbudowany ze wspomnień, będący zlepkiem nawiedzających główną bohaterkę chwil z przeszłości.  Opowiadana w nim historia nie jest sama w sobie przesadnie skomplikowana.  To sposób w jaki została przedstawiona powoduje, że wydaje się bardziej złożona.  Ze względu na zabieg zaburzonej chronologii, przez który wciąż wędrujemy, wraz ze wspomnieniami bohaterki, między 'teraz' a 'kiedyś', obraz ten zdecydowanie mocniej wciąga i interesuje.  Bo zamiast po prostu go śledzić, musimy niejako sami, na bieżąco, go budować.  Składać z porozrzucanych kawałków wspomnień, łączyć w logiczny i składny ciąg wydarzeń.  Obraz Lynne Ramsay wymaga czynnego uczestnictwa w seansie, poprzez samodzielne dochodzenie do tego, jak potoczyła się historia kobiety.  To film bardzo niejednoznaczny, bo opowiadany od strony samej bohaterki, przepuszczony przez jej punkt widzenia, odtworzony z jej własnych wspomnień.  Stąd trudno stwierdzić na ile poszczególni bohaterowie byli tacy jakich ich widzimy, a na ile kobieta sama w taki sposób ich odbierała.

Główną bohaterkę tego przejmującego dramatu zastajemy, gdy mieszka samotnie w niewielkim, zaniedbanym domu, który ktoś pewnego ranka obrzuca czerwoną farbą.  Kobieta jest samotna, cierpi na depresję i jest wytykana palcami przez mieszkańców miasteczka.  Dlaczego?  To pozostaje tajemnicą.  Wkrótce znajduje zatrudnienie w niewielkim biurze turystycznym, ale jak widzimy z migawek z przeszłości, kiedyś pracowała na znacznie lepszym stanowisku, w znacznie lepszej pracy.  Jej obecny stan zupełnie nie przystaje do tego sprzed roku, czy dwóch gdy, jak możemy się domyślać, miała męża, kilkuletnią córkę oraz syna o imieniu Kevin.  To w jaki sposób jej życie tak diametralnie się zmieniło będzie nam dane zobaczyć w kolejnych wspomnieniach, urywkach z przeszłości, jakie co jakiś czas nawiedzają bohaterkę.  Bo przeszłość powraca do niej, nie dając jej spokoju, wciąż przytłaczając.  Te luźne fragmenty rzeczywistości z czasem zaczną układać się w większy obraz, wyjaśniając co stało się z kobietą jak i jej życiem.

Przerażająca i jednocześnie bardzo zastanawiająca jest w tym obrazie niebywała złość, potworna wręcz wściekłość, jaką Kevin żywi do matki.  I nie tylko w okresie nastoletniego buntu, ale od samego początku, od urodzenia.  Bo już jako mały berbeć był dzieckiem agresywnym, nienawidzącym swojej rodzicielki.  W późniejszym okresie życia dodatkowo potrafiącym świetnie manipulować swoimi rodzicami, grać dobrego syna przed nieświadomym niczego ojcem, a za jego plecami pałać żywą nienawiścią do matki.  Pytanie, skąd wzięło się to uczucie.  Czy jest ono wynikiem tego, iż był dzieckiem niechcianym?  Wynikiem zauroczenia, które pokrzyżowało plany życiowe kobiety?  Czy początkowa atmosfera odrzucenia, zmuszanego przyzwyczajania się do syna, tak mocno mogła na niego wpłynąć, że gdy zaczął dorastać, zaczął odpłacać się za nie matce?  Być może, choć reżyserka wątpi w winę kobiety.  Nie wierzy w takie wyjaśnienia i wychodzi z założenia, że każdy rodzi się jakiś, a dziecko bohaterki urodziło się po prostu złe.  Jego charakter nie został ukształtowany przez otoczenie.  Ono nie miało na niego żadnego wpływu.

Ten bardzo prosty wniosek uderza z niezwykłą mocą, jest całkowicie obezwładniający.  Bo ukazuje bohaterkę jako osobę całkowicie bezsilną.  Pokazuje ją w zupełnie innym świetle: z osoby, którą początkowo trudno zrozumieć ze względu na jej niechęć do syna, staje się ofiarą społecznego niezrozumienia i niesprawiedliwości.  Straszny to obraz, w końcówce zamieniający się w istny koszmar.  Hipnotyzujący, opowiadający historię, którą zwykle moglibyśmy obejrzeć w horrorze.  Jednak tym razem opowiedzianą w formie dramatu, której zadaniem nie jest puste straszenie widza, a ukazanie pewnego przemilczanego problemu.  Ukazanie dramatu udręczonej kobiety, która wpierw zmusiła się do wychowywania niechcianego dziecka, a później stała się obiektem wykluczenia, za czyny na które nie miała wpływu, którym nie mogła zapobiec.  Przerażający film, fenomenalnie zagrany przez Tildę Swinton, bezbłędną w każdej minucie, oraz Ezrę Millera, który choć wciela się w postać złą do szpiku kości, nie odrealnia jej ponad miarę.  Warto.

15:21, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 stycznia 2012
Czas wojny

Joey

Czas wojny

Czas wojny (2011) Indie, USA

reżyseria: Steven Spielberg
scenariusz: Lee Hall, Richard Curtis
aktorzy: Jeremy Irvine, Peter Mullan, Emily Watson, Niels Arestrup, David Thewlis, Tom Hiddleston, Benedict Cumberbatch, Celine Buckens, Toby Kebbell, Patrick Kennedy, Leonhard Carow, David Kross, Matt Milne, Robert Emms, Eddie Marsan, Nicolas Bro, Rainer Bock, Hinnerk Schönemann
muzyka: John Williams
zdjęcia: Janusz Kamiński
montaż: Michael Kahn

na podstawie: powieści Michaela Morpurgo "War Horse"

 (6/10)

Ciekawy i jednocześnie bardzo odważny był to pomysł, by wojnę ukazać nie od strony ludzi bezpośrednio, a za pośrednictwem zwierzęcia, które wciągnięte zostaje w wir wydarzeń.  By stało się ono łącznikiem dla historii zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w czasach Pierwszej Wojny Światowej.  Które zmieniałoby właścicieli, pokazując tym samym jak wojna wpływa na różne osoby, jak widziana jest przez różne strony konfliktu.  Zadanie trudne, nietypowe, którego rezultat moim zdaniem nie jest jednak satysfakcjonujący.  A to dlatego, bo Spielberg nie zdecydował się jaki film tak naprawdę chciałby nakręcić.  Podtrzymującą na duchu bajkę dla całej rodziny, pełną pięknych zdjęć pocztówkę z wojny, która w uroczy sposób mówi o wierze, przyjaźni i poświęceniu?  Czy może film, który będzie portretować sam konflikt jak i ludzi w niego wplątanych w trochę odmienny, ale dogłębny sposób?  W efekcie "Czas wojny" nie jest w pełni ani tym pierwszym, ani tym drugim, ślizgając się jedynie po temacie, do żadnych satysfakcjonujących wniosków nie dochodząc.  Poprzeczka ustawiona tym razem została zbyt wysoko, i podobnie jak bohater filmu, który w jednej ze scen zamiast przeskoczyć przez właściwą przeszkodę, przechodzi nad tą mniejszą, tak i Spielberg, swoje zadanie wykonał, ale w sposób daleki od zadowalającego.

Bohaterami "Czasu wojny", szczególnie na początku tego obrazu, są zwierzęta. Ludzkie postaci są tu jedynie jakby tłem, wymuszonym dodatkiem.  Zwierzęta pomagają sobie nawzajem, wydaje się, że rozmawiają ze sobą, przechodząc ten ciężki czas w podobny sposób co ludzie, tęskniąc i przeżywając rozstania.  Ale im dalej rozwija się ta opowieść, tym do głosu zaczynają dochodzić coraz bardziej postaci ludzkie, a koń, nazywany cudownym, zjawiskowym (choć nie można powiedzieć by był szczęśliwym nabytkiem dla większości właścicieli), staje się tylko ogniwem, łączącym poszczególne sceny z odrębnymi postaciami.  Przechodząc w ciągu kilku lat od ręki do ręki, od chłopca, który go wychował, przez armię brytyjską, niemiecką, oraz przypadkowych ludzi, którzy przyszli mu z pomocą w najcięższych dla niego chwilach.  U kogo skończy się jego podróż domyślić się oczywiście nie trudno, bo ta pięknie sfotografowana opowieść skończyć się źle nie może.  Co samo w sobie nie byłoby złe, gdyby jeszcze tylko historia ta nie była tak przewidywalna, chwilami nudna i niestety niezbyt emocjonująca.  Co czuć jeszcze wyraźniej przez długość samego seansu.

Ta słaba emocjonalność tego obrazu w dużej mierze jest wynikiem strasznie nieciekawej muzyki, której nie udaje się wykrzesać odpowiednich emocji z kolejnych scen.  Co dziwniejsze, wcale nie dlatego, że nie próbuje ona pomóc obrazowi w tych najważniejszych chwilach, ale przez to, że stara się wręcz za bardzo.  Tym samym przez te przesadne starania, zawodzi wielokrotnie.  Jest nijaka, brakuje w niej energii, fantazji, życia.  Zaskakujące, że tak nieciekawy i mało konkretny soundtrack wyszedł spod ręki Johna Williamsa, który kiedyś, wydawać by się mogło, bez odrobiny trudu, potrafił stworzyć kompozycje w mig zapadające w pamięć, błyskawicznie trafiające do serc.  W przypadku tego filmu jego muzyka nie dość, że nie pomaga wzmocnić przekazu, to wielokrotnie przez swoje nadmierne starania, psuje nastrój, klimat powstały z samych obrazów.  Dlatego najlepiej wypadają tu sceny jej pozbawione, rozgrywające się w ciszy, lub wzbogacone o naturalne odgłosy, stanowiące idealne tło dla wydarzeń opowiadanych przez reżysera.  Choć niestety nie ma ich zbyt wiele.

Strasznie boli również w tym filmie to, jak potwornie mocno jest on nastawiony na uzyskanie konkretnych reakcji u widzów.  "Czas wojny" staje się przez to rozmyślnie zaprojektowaną maszynką, mającą w odpowiednich chwilach wywołać wzruszenie, innym razem odrobinę rozbawić.  Brakuje tu naturalności, spontaniczności, lekkości.  Brakuje scen, które byłyby po prostu zabawne lub prawdziwie wzruszające, a nie takich, które za takie chcą uchodzić, które są chłodną kalkulacją, bo tak naprawdę nic się za nimi nie kryje.  Wzruszenie uzyskują urokliwe, przesadnie nasycone kolorami zdjęcia, najazdy na zmartwione twarze bohaterów.  Śmiech natomiast wywoływany jest przez zagrania niczym z bajek, w których urocze zwierzęta pokazują swój przekorny charakter, nie podążając ślepo za rozkazami ludzi.  Strasznie męczące są takie przemyślane zagrania, ta towarzysząca prawie każdej scenie przesada, chęć jak największego wzmocnienia przekazu, która jednocześnie pozbawia go jakiejkolwiek siły.  Bo uczucia nie pochodzą tutaj z serca, a jedynie z zamysłu.  Brakuje w tym filmie luzu, pasji, czystego uczucia, które z sercem prowadziłoby tę historię, dzięki którym naprawdę stawałaby się bliska i wzruszająca.

I choć obraz ten niby mówi o wojnie, choć jego akcja rozgrywa się przede wszystkim w jej czasie, to Spielberg jakby się jej boi.  Nie chce jej pokazywać, a już przede wszystkim wystrzega się ukazywania śmierci jakiejkolwiek.  Tak jakby nie była wcale ważna.  Ludzie albo nagle znikają, albo o ich odejściu dowiadujemy się później z czyichś relacji.  Ugrzeczniony to strasznie obraz.  Zrywający z tym ładnym wizerunkiem wojny tylko w czasie jednej ze scen, na froncie, w której widzimy biegnących przez błoto, padających jeden po drugim żołnierzy i wreszcie mamy możliwość tak naprawdę przejąć się ich losem.  Wyjść z tej udawanej bajki i zobaczyć brudny kawałek wojny.  Jednak tylko na chwilę, bo później znów wracamy do tego upiększonego świata.  Spielberg w przeszłości wielokrotnie bardzo chętnie uderzał w familijne klimaty, ugrzeczniając swoje produkcje, ale dotychczas ta spora dawka, wylewającej się z ekranu, dobroci i naiwności była zawsze do wytrzymania.  Tym razem jednak, w zderzeniu z tematem, to optymistyczne podejście do świata, gryzie się potwornie.

20:13, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (7) »
czwartek, 12 stycznia 2012
Czas prawdy - sezon I

breaking more than just the news

Czas prawdy - sezon I

Czas prawdy - sezon I (2011) Wielka Brytania

reżyseria: Abi Morgan
scenariusz: Coky Giedroyc, Harry Bradbeer, Jamie Payne
aktorzy: Romola Garai, Dominic West, Ben Whishaw, Josh McGuire, Burn Gorman, Anna Chancellor, Vanessa Kirby, Anton Lesser, Paul Chahidi, Tim Pigott-Smith, Jamie Parker, Lisa Greenwood, Robert Demeger, Nicholas Woodeson, Oona Chaplin, Julian Rhind-Tutt, Sam Palladio, Adam Leese, Juliet Stevenson, Andrew Scott, Hetty Baynes, Adetomiwa Edun
muzyka: Daniel Giorgetti
zdjęcia: Chris Seager
montaż: Xavier Russell, Gareth C. Scales

 (8/10)

Mroczny, poważny, wielowątkowy serial.  Choć na pozór wydaje się, że będzie opowiadać jedynie o pewnym programie telewizyjnym, realizowanym w latach 50' przez BBC, to jest jednak zdecydowanie bardziej obszerny.  Znajdzie się w nim wszystkiego po trochę.  Szpiegowską intrygę, liczne napięcia między politykami a przedstawicielami mediów, tajemnicze zabójstwa, gorące romanse oraz rozpoczynającą się gdzieś w tle, ale coraz bardziej dotycząca bohaterów, wojnę.  A to wszystko obserwowane przez osoby tworzące z tygodnia na tydzień telewizyjny program o nazwie „The Hour”.  To serial jednocześnie obejmujący bohaterów, czasy w jakich żyli, kryminalną zagadkę, oraz program jaki tworzyli.  To tajemnicza, zaskakująca opowieść, rozpoczynająca się od morderstwa, zagadki, którą jeden z bohaterów zdecyduje się rozwiązać na własną rękę, ryzykując tym samym swoim życiem.  To produkcja pokazująca telewizję od kuchni i to nie byle jaką, bo tę z lat pięćdziesiątych, tworzoną właściwie na maszynie do pisania.  W czasach gdy podążanie za informacją, dotarcie do jej źródeł było zdecydowanie bardziej pracochłonne niż teraz.  W czasach gdy program mówiący o wiadomościach, o zgrozo, nie mógł wielokrotnie o nich bezpośrednio mówić, bo dyskusja, analiza i debata na tematy aktualnie poruszane w parlamencie, nie mogła odbywać się w telewizji, z uwagi na jej zbytnią aktualność.  A dziennikarze stawali przez to przed problem, jak skomentować bieżące wydarzenia, bez ich faktycznego komentowania.  I wreszcie jest to również opowieść o pracownikach BBC, którzy starają się stworzyć coś wyjątkowego, program jedyny w swoim rodzaju.  To historia trójkąta miłosnego: młodej producentki, zakochującego się w niej bogatego, żonatego prezentera, oraz błyskotliwego reportera, który miał zająć jego miejsce, a którego łączyło kiedyś coś więcej z dziewczyną.

To co może stanowić pewnego rodzaju trudność w odbiorze tej produkcji, to to, że jest ona bardzo mocno osadzona w latach pięćdziesiątych, oraz w wydarzeniach z tamtych lat.  Nie wiedząc zbyt wiele o tamtych czasach, o problemach jakie dotyczyły tamtego społeczeństwa, niektóre postawy bohaterów, mogą okazać się dla nas nie do końca zrozumiałe.  Bo o ile w porównywanym do "The Hour" "Mad Menie", wydarzenia z lat sześćdziesiątych są jedynie tłem dla historii bohaterów i agencji reklamowej w której pracują, tak tutaj stanowią istotny element fabuły, bardzo mocno wpływający na poczynania bohaterów.  Żyją oni bieżącymi wydarzeniami, omawiają je, historia wchodzi w ich życie i na nie znacząco wpływa.  Wielka szkoda, że tak bardzo mylący jest w tej produkcji pierwszy odcinek.  Wstęp, w którym poznajemy bohaterów, odrobinę dowiadujemy się o czasach w jakich żyli, jesteśmy świadkami pewnego morderstwa, a także widzimy w jaki sposób zaczął powstawać sam program.  Jak na wstęp niby standard, ale pozostałe pięć odcinków, rozgrywające się już w biurach BBC i studio nagraniowym, ma jednak zupełnie inny klimat.  Tak naprawdę dopiero od nich rozpoczyna się właściwy serial, a pierwszy odcinek zupełnie do nich nie pasuje.  I pewnie gdybym nie wyznawał zasady, by oglądać przynajmniej dwa odcinki nowej produkcji, zanim podejmę decyzję o tym, czy kontynuować z nią przygodę, czy jednak z niej zrezygnować, to nie wiem czy zdecydowałbym się na obejrzenie następnych epizodów „The Hour”.  Cieszę się, że jednak nie zrezygnowałem, bo z każdym kolejnym odcinkiem ta produkcja okazywała się być coraz lepsza i zdążała do świetnego finału, do niezwykle mocno trzymającego w napięciu ostatniego programu, który ogląda się jednym tchem.  I chociażby dla tego finalnego odcinka warto skusić się na ten mini serial.  Szkoda tylko, że pierwszy sezon to zaledwie sześć odcinków, bo po tym ostatnim, od razu chciałoby się obejrzeć więcej.

14:01, milczacy_krytyk , serial
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 stycznia 2012
Żądło

przekręt

Żądło

Żądło (1973) USA

reżyseria: George Roy Hill
scenariusz: David S. Ward, David W. Maurer
aktorzy: Robert Redford, Paul Newman, Robert Shaw, Charles Durning, Ray Walston, Eileen Brennan, Harold Gould, John Heffernan, Dana Elcar, Jack Kehoe, Charles Dierkop,
muzyka: Marvin Hamlisch, Scott Joplin
zdjęcia: Robert Surtees
montaż: William Reynolds

 (6/10)

Klasyk, który został już niestety nadgryziony przez ząb czasu.  Trochę przez sposób prowadzenia akcji - na dzisiejsze standardy zbyt teatralny, trochę również przez to, że jego akcja rozgrywa się w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, co jeszcze jakby mocniej go postarza.  Choć nadal ogląda się go przyjemnie, bo to lekka opowieść, podzielona na osobne akty, mówiąca o pewnym przekręcie.  Przekręcie organizowanym przez dwóch oszustów (świetny Paul Newman i młodziutki Robert Redford, wyglądem nie wiem czemu przypominający mi trochę Owena Wilsona), pragnących pomścić śmierć swojego przyjaciela, za którą odpowiedzialny jest potężny i wpływowy gangster (również dobry Robert Shaw).  Oszuści chcą się na nim odegrać w interesujący sposób, bo poprzez pozbawienie go jak największej ilości pieniędzy.

Najsłabsze w tym obrazie jest rozpoczęcie, pierwszy akt przedstawiający nam głównych bohaterów, jak również powód dla którego decydują się na rozpoczęcie akcji.  Jest ono zdecydowanie zbyt powolne i trzeba się trochę przez nie przemęczyć.  Ale później, od momentu gdy podjęta zostaje decyzja o rozpoczęciu wielkiego oszustwa, całość robi się znacznie ciekawsza i bardzo spokojny, jak na dzisiejsze standardy, sposób opowiadania tej historii, przestaje już tak męczyć.  Wtedy dane jest nam widzieć kolejne przygotowania, kompletowanie ekipy, ustalanie pomysłowego planu działania, aż wreszcie i sam przekręt, który podzielony jest na kilka zaskakujących etapów.  Właśnie to śledzenie kolejnych poczynań bohaterów, sposobów jakie wymyślają by wciągnąć gangstera w swoją grę i oskubać jak najdotkliwiej, jest tu najbardziej interesujące.

"Żądło" to obraz całkiem zabawny.  Cudowne są tu przede wszystkim różnego rodzaju drobne uszczypliwości, jakimi główni bohaterowie, a także biorący udział w przekręcie pomocnicy,  raczą gangstera, jakby nie zdając sobie sprawy z tego kim jest i jak wielkie ma możliwości.  Z radością i udawaną nieświadomością grają mu na nerwach, wciągając coraz bardziej w zaplanowaną zasadzkę.  I tak ten zwykle nieznoszący sprzeciwu mafioso, chcąc wziąć udział, w jak mu się wydaje, korzystnym dla siebie oszustwie, znosi z zaciśniętymi zębami kolejne drobne prztyczki.  Ku uciesze bohaterów, a także i nas samych.  I to by było w gruncie rzeczy na tyle.  Dla znajomości jednego z najważniejszych i najsłynniejszych filmów w historii, "Żądło" obejrzeć można, choć na kolana ono nie powala.

18:30, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (13) »
sobota, 07 stycznia 2012
Sherlock Holmes: Gra cieni

nieudana partia szachów

Sherlock Holmes: Gra cieni

Sherlock Holmes: Gra cieni (2011) USA

reżyseria: Guy Ritchie
scenariusz: Michele Mulroney, Kieran Mulroney
aktorzy: Robert Downey Jr., Jude Law, Noomi Rapace, Rachel McAdams, Jared Harris, Stephen Fry, Paul Anderson, Kelly Reilly, Geraldine James, Eddie Marsan, Affif Ben Badra, Thierry Neuvic, Wolf Kahler, Jack Laskey, William Houston, Laurence Possa, Victor Carril, Alexandre Carril, Clive Russell, Joe Egan
muzyka: Hans Zimmer
zdjęcia: Philippe Rousselot
montaż: James Herbert

  (6/10)

Oj, nie udała się ta kontynuacja.  Niestety ale wszystko co ciekawego miał Guy Ritchie do pokazania i powiedzenia na temat nowego Sherlocka Holmesa, zrobił już w pierwszej części sprzed dwóch lat.  I choć tamten obraz zapowiadał nadejście pasjonującej kontynuacji przygód detektywa, pojedynku z niezwykle wymagającym przeciwnikiem, to "Gra cieni" nie spełnia danej obietnicy i jest jedynie bladą powtórką z rozrywki .  Filmem nieciekawym, przedłużonym, zupełnie nic nie wnoszącym, który jest tak zajmujący i interesujący jak czytanie poradnika upraw roślin doniczkowych dla kogoś, kto do roślin nie ma dobrej ręki.  Zabrakło tu tej lekkości, pomysłowości i zadziorności jaką charakteryzowała się pierwsza część.  Zabrakło pasjonującego dochodzenia, zaskakującej zagadki, wplątywania się bohaterów w coraz to większe tarapaty i co najważniejsze i najbardziej odczuwalne, zabrakło humoru.  Tak jak poprzedni obraz aż puchł od ilości słownych jak i sytuacyjnych żartów, tak w tej produkcji jest ich jak na lekarstwo.  Przez całe dwie godziny zaśmiałem się może ze dwa razy.  A bez humoru najnowszy Sherlock stał się obrazem nieciekawym, męczącym i zabójczo nudnym, jak na film typowo rozrywkowy.

Z pewnością byłby jeszcze bardziej męczący, gdyby nie odtwórcy głównych ról - świetny Robert Downey Jr. i dorównujący mu Jude Law, którzy tworzą jedną z najbardziej dobranych par, jaką obecnie możemy oglądać na ekranach kin.  Idealnie do siebie pasują, świetnie ze sobą współgrają, jednocześnie co chwila sobie dogryzając, podkręcając tym samym atmosferę swojej relacji.  Bez nich ten obraz umarłby już dawno, dzięki nim nawet najbardziej nieciekawe sceny i dialogi nabierają jakiegoś wyrazu.  W kontynuacji zawodzą za to pozostali aktorzy.  Rachel McAdams grająca ponownie Irene Adler pojawia się dosłownie na kilka minut, na zdecydowanie zbyt krótko by móc nacieszyć się jej obecnością.  Postać grana przez Noomi Rapace jest tak potwornie nieciekawa i niedbale naszkicowana, że nieświadomie, co rusz, zapomina się o jej obecności.  Robią to nawet sami scenarzyści wprowadzając ją na scenę, tylko gdy potrzebny jest nowy trop lub pomoc dla głównych bohaterów, a później bez mrugnięcia okiem odsuwają ją w cień.  Co jakiś czas na ekranie pojawia się także Stephen Fry, grający tu brata Sherlocka, ale jego postać została dodana tutaj całkowicie na siłę, właściwie ciężko stwierdzić po co.

Co jednak najbardziej bolesne, zawodzi główny przeciwnik Holmesa, słynny profesor Moriarty.  Co boli tym bardziej, bo został zagrany przez fantastycznego Jareda Harrisa, aktora, który już raz rewelacyjnie spisał się w roli czarnego charakteru, grając w kilku odcinkach "Fringe".  Ze swoim niesamowitym głosem, niebywałą charyzmą był świetnym materiałem na największego przeciwnika detektywa, jednak nie mógł rozwinąć skrzydeł przez nieciekawie rozpisaną rolę.  Jego przebiegły plan jest dla nas zbyt odległy by się nim chociaż odrobinę przejąć.  Poza tym jest zbyt oczywisty, brakuje w nim zagadki, zaskoczenia, które budowałoby idealnie postać Moriarty’ego, dodawało jej powagi.  Szkoda, że twórcy mając za czarny charakter człowieka o niezwykłym umyśle, skupili się przede wszystkim na ordynarnej akcji.  Szkoda, że nie ma tu więcej starć na słowa, które w efekcie przeradzałyby się w równocześnie rozgrywające się szybsze sceny. Takich pojedynków dwóch umysłów, jaki widzimy w fantastycznym finale, nad wodospadem, który zamienia się w niemożliwą do wygrania partię szachów i przechodzi w bardzo zgrabne i pomysłowe zakończenie.  Na tle tego słownego pojedynku dwóch niezwykłych umysłów wszystkie wcześniejsze bijatyki, strzelaniny wypadają niezwykle blado.

Od strony technicznej drugi Sherlock nie różni się niczym od poprzedniego.  Przyspieszenia i zwolnienia akcji nadal występują, są efektowne, choć tym razem moim zdaniem są zdecydowanie za bardzo nadużywane.  Praktycznie w każdej scenie, nawet w zwykłej bójce, która odbywa się tylko w umyśle bohatera, obraz co chwilę przyspiesza i zwalnia, aż w końcu ten trick przestaje bawić i staje się tylko uciążliwym dodatkiem, bardzo spowalniającym całą akcję.  Bo ileż razy można oglądać świat w zwolnionym tempie?  Szczególnie, że wielokrotnie nie ma potrzeby do takich zabaw i tylko w scenie ucieczki przez las, efekt ten robi jakieś wrażenie.  I chyba tylko pod jednym względem kontynuacja ta sprawdza się lepiej niż pierwsza część.  Mocniej skupia się na tym, czego tamten obraz w pełni nie zauważał: na procesie myślowym detektywa.  Wielokrotnie pokazuje jak ten kojarzy fakty, obserwuje całe otoczenie, zauważa istotne szczegóły, łączy niedostrzegalne dla zwykłych ludzi elementy w jeden, pełny obraz.  Za takie całkiem udane wejście w umysł bohatera należy się plus.  Pozostała reszta to jednak spory krok w tył w porównaniu do poprzedniej części.  A co za tym idzie, rozczarowanie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81