|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Blogi
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony
![]() Punktacja 10 - rewelacja! 9 - koniecznie 8 - warto 7 - dobry 6 - można obejrzeć 5 - OK 4 - da się obejrzeć 3 - beznadziejny 2 - kijem nie tykać 1 - dno dnaCiekawe? Czytaj dalej na BlogFrog.pl |
wtorek, 17 listopada 2009
All About Freedom Festival 2009
![]() 10 listopada rozpoczął się w Trójmieście trzeci z rzędu festiwal "All about freedom festival", który potrwa aż do 22 listopada. Prócz wystaw, koncertów i przedstawień teatralnych będzie można zobaczyć na nim kilkanaście filmów, które poruszają temat szeroko pojętej wolności. Poniżej zestawienie filmów, które mam na oku. Obejrzane
Wkrótce - Adam zmartwychwstały (reż. Paul Schrader) - Cień bólu (reż. Matthias Emcke) - Odgłosy robaków (reż. Peter Liechti) - Podłącz się! (reż. Alex Rivera) - Zabiłem matkę (reż. Xavier Dolan)
poniedziałek, 16 listopada 2009
Demakijaż
epizody
reżyseria: Maria Sadowska, Dorota Lamparska, Anna Maliszewska
Na "Demakijaż" składają się trzy, mniej więcej półgodzinne etiudy. Pierwsza "Non-stop kolor" to historia trzydziestoletniej dziewczyny, zagubionej w życiu, grającej wieczorami w klubach i na małych imprezach. Nie mogącej sprostać oczekiwaniom matki, nie mogącej zdecydować się na prawdziwy związek, nie widzącej miłości jaka wokół niej się kręci. Drugi epizod to "Droga wewnętrzna" opowiadająca o Rafale, młodym mężczyźnie, pracującym w wielkiej firmie, który pewnego ranka wstaje z łóżka, jak co dzień wypija kawę, zjeżdża windą na parter i... nie potrafi wyjść na zewnątrz, nie potrafi opuścić swojego bloku, bo za bardzo boi się świata, który czeka za drzwiami. Trzecia opowieść: "Pokój szybkich randek" mówi natomiast o Natalii, która nie potrafi poradzić sobie z życiem, po tym jak jej mąż został zamknięty w więzieniu, za przejechanie staruszka samochodem. Dziewczyna miota się w sobie, próbuje robić remont w mieszkaniu, a w końcu dochodzi do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem na utrzymanie związku będzie... urodzenie dziecka. Można by było pomyśleć, że skoro za wszystkie trzy historie odpowiedzialne były kobiety, to etiudy te będą przepełnione emocjami, uwrażliwione, że będą opowiadały swoje historie z trochę innej perspektywy. Niestety jest zupełnie na odwrót. Wszystkie historie, które składają się na "Demakijaż" są jakby wyprane z uczuć, emocji, są całkowicie bezbarwne i nudne. Brak im napięcia, wyrazu, w większości są przerażająco puste od środka. Jak często to bywa w polskich produkcjach, pomysł może i na nie jakiś był, ale już wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Po pierwsze wszystkie te opowieści cierpią na brak zakończenia, na jakieś krótkie podsumowanie, na taką kropkę nad i. Wygląda to tak, jakby reżyserki wiedziały o czym chcą mówić, ale kompletnie nie wiedziały do czego tak naprawdę chcą dojść. Przez to za każdym razem mamy wrażenie, że poszczególne epizody są poucinane, niedokończone. Mało tu również jakichkolwiek przemyśleń na jakikolwiek temat. I tak jak wczoraj po seansie "Głodu", na długo po ostatniej scenie, w głowie biło mi się tysiące myśli, tak dziś nie mam zupełnie o czym rozmyślać. W przypadku takich konstrukcji jaką jest "Demakijaż" niezwykle ważna jest kolejność, według której będą pokazywane poszczególne segmenty. Z reguły to co lepsze powinno zostawiać się na koniec, co by po seansie pozostało z widzami dobre wrażenie, a gorsze fragmenty powinny znaleźć się na samym początku. Niestety kolejność etiud w tej produkcji nie została szczęśliwie dobrana, bo najlepsza część wylądowała w środku, a najgorsza na zakończenie. Co prawda nie robi to aż tak dużej różnicy, bo wszystkie trzy etiudy nie stoją na powalającym poziomie, ale przynajmniej ostatnie pół godziny byłoby bardziej ciekawe. Wszystkie opowieści w „Demakijażu” cierpią również ze względu na nieciekawych bohaterów i kiepsko napisane dialogi, które ograniczają sie jedynie do tego, że nikt tak naprawdę tutaj nikogo nie słucha, a wszystkie rozmowy jakie się tu odbywają są tak nieciekawe, że szybko tracimy nimi zainteresowanie. Duży plus za to należy się za muzykę, szczególnie w pierwszym segmencie. Bardzo ładne brzmienia, dobrze pasujące do obrazu. PS Szkoda, że nie zorganizowano po seansie "Demakijażu" dyskusji z twórczyniami jak i aktorami. Ciekawe co mieliby do powiedzenia o swoich epizodach.
niedziela, 15 listopada 2009
Głód
66 days
reżyseria: Steve McQueen
"Głód" to chyba najważniejszy i najbardziej wyczekiwany film na "All About Freedom Festival". Zdobywca wielu nagród na międzynarodowych festiwalach. Film, który zgarnął wyróżnienia w Cannes, Wenecji, San Sebastian, Toronto, który został nagrodzony przez BAFTA i zwyciężył na polskim festiwalu Era Nowe Horyzonty. „Głód” został nakręcony przez debiutanta, który dotychczas tworzył krótkie obrazy, rzeźby jak i fotografie. To film zdecydowanie nie dla wszystkich widzów, choć na pewno warty uwagi. Film, którego nie wystarczy zobaczyć. Jego trzeba doświadczyć i przeżyć. Choć minęło już kilkanaście godzin od projekcji, ciągle nie wiem jak napisać opinię do tej produkcji. Z jednej strony mam głowę pełną wielu myśli, z drugiej nie za bardzo wiem jak by tu dobrze scharakteryzować ten obraz. Tak jak normalnie możemy powiedzieć, że jakiś film nam się podobał lub nie, tak w przypadku "Głodu" takie określenia są kompletnie nie na miejscu. Ten film po prostu nie może się podobać. To, co jako pierwsze może odrzucać od produkcji McQueena, to brutalność i dosłowność z jaką pokazywane jest życie w więzieniu Maze. Widzimy w jak potwornych warunkach są przetrzymywani członkowie paramilitarnej armii IRA. Chcąc uzyskać status więźniów politycznych organizują protest w czasie którego nie myją się, zapuszczają włosy, odmawiają noszenia więziennych mundurów. Strażnicy by zaprowadzić względny porządek muszą więc odwoływać się do siły. Te pierwsze obrazy w filmie McQueena są jednak nie tylko niezwykle szokujące i wstrząsające, ale czasem po prostu obrzydliwe. Dosłownie czujemy jak wszechobecny brud wylewa sie na nas z ekranu, czujemy go na własnej skórze. Drugą trudną do zaakceptowania rzeczą w tym filmie McQueena, która jednocześnie czyni go niezwykle interesującym i nadaje mu o wiele więcej energii, jest prawie całkowity brak dialogów jak i muzyki. "Głód" jest podzielony na dwie części, oddzielone od siebie jednym fantastycznym, kilkunastominutowym dialogiem głównego bohatera z księdzem. I tak jak pierwsza część filmu opowiadała o życiu w więzieniu, tak późniejsze minuty pokazują nam jak wyglądał protest głodowy głównego bohatera. I o ile na początku taki sposób przedstawienia historii może nam się wydać mało przystępny, to dzięki niemu film McQueena stał się o wiele bardziej poruszający i przejmujący, niż gdyby reżyser prócz tej głównej rozmowy wprowadził jeszcze inne. Obrazy przedstawiane przez reżysera mówią bowiem same za siebie, nie potrzeba słów by dokładnie je zrozumieć, by je przyjąć. Te nieme wydarzenia z początku jak i końca filmu są niezwykle przepełnione emocjami, niesamowicie przejmujące, a dodanie do nich słów, jedynie osłabiłyby ich wyraz. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o ciekawym sposobie w jaki reżyser prowadzi akcję w swoim filmie. Bo choć ten obraz opowiada o Bobby'm Sandsie, to on sam nie pojawia się na początku seansu. Reżyser powoli do niego dochodzi, przeskakując z jednej postaci do drugiej, przedstawiając nam najpierw strażnika więziennego, później naturalnie przesuwa oko kamery na innego więźnia, by znów przeskoczyć na strażnika i wreszcie dojść do głównego bohatera swego filmu. Zabieg świetnie poprowadzony i fantastycznie pomyślany, bo dzięki niemu poznajemy o wiele więcej bohaterów i nie jesteśmy zmuszani do oglądania tej historii stojąc jedynie po jednej stronie barykady.
piątek, 13 listopada 2009
Yes-meni naprawiają świat
greed
reżyseria: Andy Bichlbaum, Mike Bonanno, Kurt Engfehr
Film o dwóch facetach z misją. Nie wiemy o ich prywatnym życiu kompletnie nic, i o tym niczego się z tego filmu nie dowiemy. Musi nam wystarczyć jedynie wiadomość, że nazywają się Andy i Mike i chcą naprawiać świat, a film ten pokazuje w jaki sposób to robią. Nazywają siebie "Yes-menami" i sposób ich działania można najszybciej i najprościej wyjaśnić, przypominając sobie to, co już dwa razy w kinach robił Sacha Baron Cohen, udając najpierw Borata, a później Bruno. Różnica polega jednak na tym, że o ile Cohen kręcił swoje filmy jedynie po to, by wyśmiać zachowania niektórych osób i zapewnić rozrywkę widzom przed ekranami, tak Yes-meni organizują swoje akcje z o wiele wyższych pobudek. Chcą poruszyć ludzi, poruszyć świat, wywalczyć coś od wielkich korporacji i ośmieszyć ich działalność nastawioną na zysk za wszelką cenę. W tym celu organizują happeningi, podają się za przedstawicieli firm w które chcą uderzyć, udzielają wywiadów w imieniu wielkich przedsiębiorstw. W filmie tym widzimy kilka z ich największych akcji. Sfałszowane wystąpienie Dow Chemicals, odpowiedzialnego za katastrofę ekologiczną w Bhopal w Indiach, w którym koncern przyznaje się do błędu i ogłasza, że wypłaci dożywotnie odszkodowania dla wszystkich pokrzywdzonych, akcję pozyskiwania energii z ludzkiego ciała, wydanie fikcyjnej gazety pod szyldem znanego dziennika, czy prezentację niezniszczalnego skafandra na kryzysowe sytuacje (na „2012” jak znalazł). Całość poprzedzielana jest krótkimi wstawkami z kreskówek i starych filmów edukacyjnych, mających dokładniej zobrazować problemy o których mówią Yes-meni. Produkcja ta pomimo poruszania poważnych tematów, utrzymana jest jednak w swobodnej i naprawdę zabawnej atmosferze, która wynika z obserwacji szefów wielkich korporacji, którzy wierutne bzdury, idiotyzmy i szokujące pomysły wygłaszane przez Yes-menów, biorą za najświętszą prawdę. Dostało się tutaj wszystkim po kolei - rządom, które nie chcą pomóc swoim obywatelom, ekonomistom, a w szczególności guru monetarystów, czyli nieżyjącemu już Miltonowi Friedmanowi, propagatorowi wolnego rynku, jak i gigantycznym, zachłannym koncernom, które dbają jedynie o swoich udziałowców. Do pośmiania się oraz przemyśleń.
środa, 11 listopada 2009
2012
donut!!
reżyseria: Roland Emmerich
Muszę oczywiście zacząć od fantastycznych efektów specjalnych, które naprawdę robią ogromne wrażenie, są dopracowane do perfekcji i wbijają w fotel. Tak gigantycznej i dotkliwej apokalipsy w kinie jeszcze chyba nie było i przez jakiś czas z pewnością nie będzie. I praktycznie na wychwalaniu cyfrowych efektów mógłbym zakończyć tą opinię, bo nie czarujmy się, tylko o to w filmie Emmericha chodzi i właśnie cuda tworzone za pomocą CGI są najważniejszym elementem takich produkcji. W przypadku jednak tak dokładnych i spektakularnych efektów jak te zaprezentowane w "2012", pojawia się pewien zgrzyt. Mamy tu bowiem całkiem sporo scen (szczególnie wyróżnia się ucieczka z miasta) w której twórcy pokazują nam dosłowną zagładę świata, jednocześnie utrzymując dość swobodną, luźną i radosną atmosferę pomiędzy głównymi bohaterami. I tu pojawia się pytanie: gdzie leży granica rozrywki? Bo z jednej strony obrazek przelatującego samolotu pomiędzy walącym się światem jest naprawdę niesamowity i zachwycający, ale z drugiej strony twórcy dokładnie pokazują nam jak giną ludzie. I to nie setki czy tysiące, ale miliony i to w ciągu kilku, kilkunastu sekund, ginąc w wybuchach, spadających do przepaści pociągach, samochodach, walących się wieżowcach. I o ile w poprzednich filmach katastroficznych obrazki ogólnej zagłady starannie pomijały czynnik ludzki, tak tu widać go aż zbyt dokładnie, przez co aż głupio jest się zachwycać przedstawianymi przez twórców obrazkami. Emmerichowi udało się za to ładnie powiązać ze sobą wszystkie wątki i całkiem dobrze dobrać aktorów. Oczywiście żaden z nich nie pojawia się na długo na ekranie, bo wprowadzonych postaci jest całkiem sporo (co akurat jest dość charakterystyczne dla filmów tego reżysera), ale to w zupełności nie przeszkadza w oglądaniu „2012”. Dzięki temu zabiegowi mamy okazję spojrzeć na zagładę z wielu miejsc na świecie. Poza tym wszystkie postaci to tylko znane klisze i schematy, więc nie byłoby sensu się dokładniej nad żadną z nich zatrzymywać na dłużej. Mamy się do nich jedynie lekko przywiązać i dostatecznie polubić, by w momencie gdy ich zabraknie, było nam żal. Oczywiście jest w tej produkcji całkiem sporo scen typowych dla kina katastroficznego i wielko budżetowych blockbusterów, które ogląda się ze zgrzytaniem zębów. Mamy tutaj i podniosłe przemówienia i poświęcanie się za innych, uciekanie w ostatnim możliwym (albo i nie) momencie, wyznawanie sobie wiecznej miłości, czy żałowanie za błędy popełnione w przeszłości. Ale nie oszukujmy się - są to stałe elementy, na które natrafimy w każdym tego typu filmie, i musiały się one pojawić również w produkcji Emmericha, więc po prostu trzeba je przeżyć. Co ciekawe nie ma ich w "2012" aż tak wiele i nie są one aż tak bardzo bolesne jak to zwykle bywa, bo twórcy momentami starają się hamować. Pomaga w tym szczególnie humor sytuacyjny i sporo zabawnych tekstów, dzięki którym o wiele lepiej ogląda się "2012". Mamy bowiem wrażenie, że twórcy są świadomi wad swojej produkcji i starają się sami je zawczasu pokazać i wyśmiać, nie traktując swego filmu całkiem na serio. Za to spory plus. PS Już dawno nie widziałem takich tłumów na filmie, którego seans rozpoczynał się po 10 rano. Sala na prawie 500 osób i miejsca zajęte już od drugiego rzędu. Wykolejony
some people just don't know how to appreciate what they have
reżyseria: Mikael Hafstrom
Największym problemem "Wykolejonego" jest niesamowicie mała ilość napięcia jakie reżyser wytwarza w czasie swojego filmu. Jak na thriller przystało, przez większą część seansu powinniśmy siedzieć w całkowitym znieruchomieniu, bojąc się o bohaterów i każdy kolejny ich ruch. W "Wykolejonym" takich scen jest jak na lekarstwo, a jeśli już się pojawiają, to na krótko i są rozdzielone ciągnącymi się w nieskończoność momentami spokoju. Przez to napięcie skacze co chwila, a reżyser zamiast utrzymywać je w tych spokojnych fragmentach, całkowicie sobie odpuszcza. Jeszcze większym kłopotem jest to, iż rozwiązanie całej (z założenia zaskakującej) historii, znajduje się od początku seansu na wyciągnięcie ręki. Tak więc jeśli w czasie filmu nie tylko biernie wpatrujemy się w ekran, ale również myślimy samodzielnie i analizujemy rozgrywające się wydarzenia, to z domyśleniem się o co tutaj tak naprawdę chodzi, nie będziemy mieć żadnego problemu. Żadnej frajdy z oglądania tego filmu również specjalnie mieć nie będziemy, bo jest on od początku do (no dobra, prawie) samego końca przewidywalny. Co gorsza pomimo, iż "Wykolejony" nie trwa zbyt długo, to mamy wrażenie, że ciągnie się on w nieskończoność i nie wie kiedy przejść do faktycznego zakończenia. Przez to momentów gdy akcja zaczyna zmierzać do ostatecznego rozwiązania mamy chyba ze trzy, w związku z czym na zmianę przygotowujemy się do wielkiego rozwiązania, by za chwilę dowiedzieć się, że reżyser jeszcze chce nam coś powiedzieć. I tak w kółko, aż do upragnionych napisów końcowych. Wisienką na torcie są natomiast nielogiczne zachowania głównego bohatera, które co widać gołym okiem są rozgrywane na siłę, tylko po to, by popchnąć co chwila zastygającą w miejscu akcję. Na plus można zaliczyć za to całkiem dobrą muzykę Eda Shearmura, która nie narzuca się i gładko wpisuje się w obraz, oraz (i tu dla mnie ogromne zaskoczenie) Jennifer Aniston, która bardzo sprawnie zagrała Lucindę.
poniedziałek, 09 listopada 2009
All About Freedom Festival 2009
10 listopada rozpoczyna się w Trójmieście trzeci z rzędu festiwal "All about freedom festival", który potrwa aż do 22 listopada. Prócz wystaw, koncertów i przedstawień teatralnych będzie można zobaczyć na nim kilkanaście filmów, które poruszają temat szeroko pojętej wolności. Na oku mam kilka pokazów i o ile starczy mi czasu, chciałbym obejrzeć następujące pozycje: - Adam zmartwychwstały (reż. Paul Schrader) - Cień bólu (reż. Matthias Emcke) - Demakijaż (reż. Maria Sadowska, Dorota Lamparska, Anna Maliszewska) - Głód (reż. Steve McQueen) - Odgłosy robaków (reż. Peter Liechti) - Podłącz się! (reż. Alex Rivera) - Zabiłem matkę (reż. Xavier Dolan) - Yes-Meni naprawiają świat (reż. Andy Bichlbaum, Mike Bonanno) Recenzje już wkrótce :)
niedziela, 08 listopada 2009
Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz
możesz być w niebie przez godzinę...
reżyseria: Sidney Lumet
Największym problemem "Nim diabeł..." jest niesamowicie słabe tempo opowiadania historii oraz zdecydowanie za małe napięcie towarzyszące wielu scenom, które powinny wciskać w fotel, a nie wywołują w nas żadnych emocji. Film Lumeta się niemiłosiernie ciągnie, właściwie niewiadomo w jakim kierunku zmierza i średnio nas to po pewnym czasie obchodzi. Jest niesamowicie przedłużony i momentami przez to nieciekawy. Praktycznie od połowy seansu bardziej chciałem by się on skończył niż interesowało mnie jak się cała historia potoczy, do czego doprowadzi, a to w przypadku filmu spod znaku thrillera jest grzechem niewybaczalnym. Zawodzą również przypominki z wydarzeń sprzed napadu, bo praktycznie rzecz biorąc nie wnoszą one dużo do całej historii. Może jedynie dwie pierwsze robią jakieś wrażenie, wszystkie następne są jedynie nieudanym i sztucznym zaburzaniem chronologii, z którego niewiele jest nam dane się dowiedzieć. "Nim diabeł…" ma również ambicje by być czymś więcej niż tylko kolejnym thrillerem i próbuje zahaczać momentami o poważny dramat. Co jednak z tego, jeśli poważne i z założenia poruszające sceny nie robią na nas żadnego wrażenia? Bo choć po napadzie sprawy zaczynają się komplikować, bo nic nie poszło tak jak miałoby pójść i bohaterowie są stawiani w coraz cięższych sytuacjach, muszą podejmować coraz gorsze decyzje, to jednak są one pokazane w sposób niezwykle bezosobowy i nieciekawy. Nie ma tu scen zapierających dech, wstrzymujących bicie serca, nic tu tak naprawdę nas nie rusza. Całość ciągnie się niezmiernie, ciągle tym samym sennym tempem, bez żadnych zaskakujących zwrotów akcji, skoków napięcia. Przez to film ten jest przeraźliwie płaski, a w efekcie niektóre nawet mądre myśli przechodzą niezauważone, zlewając się z nudną resztą. Nie pasowała mi również w obrazie Lumeta muzyka Cartera Burwella, która od pewnego momentu zaczęła mi działać na nerwy. Jeden motyw przewodni powtarzany w nieskończoność przez cały film, sam w sobie ładny ale dziwnie niepasujący do obrazu, bo jakby odrobinę zbyt optymistyczny, jakby bagatelizujący rozwijającą się na ekranie historię. Dobrze, że chociaż aktorzy dopisali i występy Philipa Seymoura Hoffmana i Ethana Hawke'a można zaliczyć do naprawdę udanych.
piątek, 06 listopada 2009
Solista
każdy ma jakąś historię
reżyseria: Joe Wright na podstawie: książki Steve'a Lopeza
Najnowszy film Joego Wrighta, twórcy takich obrazów jak "Pokuta" czy "Duma i uprzedzenie", to film nietypowy. Nie sposób go zaklasyfikować do jednej kategorii, bo jest to film zupełnie inny od typowych dramatów czy obyczajówek, które co roku jest nam dane oglądać w kinach i którymi zasypuje nas Hollywood. Nie jest to typowa opowieść ku pokrzepieniu serc, nie jest to również zwyczajny dramat o odnajdywaniu nadziei w życiu. Trudno również ten film ocenić w kategoriach "podobał się" lub "nie podobał się", bo prawdę powiedziawszy po seansie mam dość mieszane uczucia co do niego. Na pewno jednak warto jest poświęcić czas na "Solistę", bo choć może nie jest to produkcja perfekcyjna, to jest to obraz ważny i nie nijaki, który z pewnością na długo pozostanie w pamięci. "Solista" jest filmem zachwycającym się muzyką i siłą jej oddziaływania. To widać i czuć praktycznie w każdej scenie, ale najbardziej zostało to zaakcentowane w momentach, gdy Nathaniel gra sam na ulicy, w duchu słysząc całą orkiestrę mu towarzyszącą, jak również gdy pierwszy raz słucha próby w ogromnej hali koncertowej i zanurza się w swój, kolorowy świat dźwięków. Te niby małe sceny fantastycznie pokazują czym tak naprawdę dla głównego bohatera jest muzyka, jak wiele emocji potrafi ona wywoływać i jak niezwykłą ma moc. Obraz Wrighta to również opowieść o potrzebie przyjaźni i bliskości drugiego człowieka. Opowieść mówiąca o potrzebie akceptacji, zrozumienia, wsparcia ze strony bliskiej osoby. I co ciekawe mówi ona również, że pomagać wcale nie jest tak łatwo jak pierwotnie może się nam wydawać, że pomoc nie zawsze daje takie efekty, jakich byśmy oczekiwali, że nie zawsze będzie taka, jaką byśmy ją sobie widzieli. Jak na amerykański film taki wniosek pokazujący, że czasem nie ma jak komuś pomóc (choć nie powinniśmy się poddawać i próbować stale) to całkiem miła odmiana po hurra optymistycznych bajkach, o tym jak to prawie za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, każda historia skończy sie bardzo dobrze. Na całe szczęście "Solista" nie jest więc filmem (czego się bardzo obawiałem przed seansem) na siłę optymistycznym, ckliwym czy przesłodzonym. Ta oparta na faktach opowieść (co zaznaczane jest wiele razy, poprzez odwoływanie się do prawdziwych i wszystkim znanych wydarzeń, jakie pojawiają się w oglądanej przez bohaterów telewizji) nie jest ani jednoznacznie optymistyczna, ani również dołująca. Zakończenie jakie przedstawia nam Wright krzepi, ale nie przesadnie, bo twórcy bardzo hamują się by ani przez moment nie przedobrzyć z ponad optymistycznym patrzeniem na całą opowieść. Momentami taka realność i prawdziwość w przedstawianiu tej historii jest nawet trochę wstrząsająca. Chodzi mi tu o wszystkie sceny rozgrywające się w ośrodku dla bezdomnych, które swoją powagą naprawdę poruszają, zasmucają i szokują. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z ogromu problemu jaki został przedstawiony w tej produkcji. Ku mojemu zaskoczeniu "Solista" to nie tylko film o genialnym muzyku, ale również spojrzenie na Los Angeles i (jak podają końcowe napisy) 90 tysięcy bezdomnych w nim żyjących. "Solista" jest niestety obrazem dość nierównym. Obok fantastycznych pomysłów takich jak przedstawianie dźwięków za pomocą kolorów lub wnikanie w umysł Nathaniela poprzez pokazanie jak odbiera on świat, znalazły się w tym filmie również sceny zupełnie niepotrzebne, takie które można było o wiele lepiej rozegrać. Zdarzają się również w produkcji Wrighta niepotrzebne przestoje, zbytnie zwolnienia, chwile w których zaczynamy sie powoli nudzić i tracić koncentrację nad opowiadaną historią. I choć sposób w jaki jest ona prowadzona - dobiegające zza kadru komentarze Steva Lopeza, tak jakby oglądany przez nas film był czytanym przez niego artykułem, jak również i przedstawione w innej kolorystyce wspomnienia z życia Nathaniela - jest naprawdę interesujący, to jednak mam wrażenie, że można było jeszcze bardziej dopracować ten film, jeszcze bardzie go udoskonalić, by był czymś więcej niż tylko dobrym, nietypowym obrazem.
środa, 04 listopada 2009
30 Rock - sezon III
work can be such a production
reżyseria: Don Scardino, Gail Mancuso, Beth McCarthy, Steve Buscemi, Todd Holland, Constantine Makris, John Riggi, Ken Whittingham, Tricia Brock, Millicent Shelton, Scott Ellis,
Trzeci sezon różni się od poprzednich dwóch, po pierwsze liczbą gości zaproszonych do występów w pojedynczych odcinkach. Poprzednio było ich tylko kilku, tym razem występ goni występ i praktycznie w każdym epizodzie pojawia się jakaś znana z innych seriali czy mediów twarz. Można tu wymienić takie gwiazdy jak Oprah Winfrey, Jennifer Aniston, Moby, Steve Martin, Alan Alda, czy nawet Norah Jones, Mary J. Blige i Sheryl Crow. Najdłużej na ekranie gościła Salma Hayek bo wystąpiła w aż sześciu zabójczo śmiesznych odcinkach, wyśmiewających stereotypy na temat Latynosów, telenowel, rodziny i związków. I to chyba też jest ogromny plus "30 Rock". Serial ten wyśmiewa praktycznie wszystko, co da się wyśmiać i robi to bezbłędnie np. skecze o telenowelach, czy (choć to akurat scenka z sezonu drugiego) product placement. Nie mam pojęcia skąd twórcy biorą pomysły na kolejne odcinki, jak udaje się im wymyśleć tyle fantastycznych scenek, ale ciągle robią to perfekcyjnie, a nawet mam wrażenie, że z sezonu na sezon jest z tym coraz lepiej. Skecz goni skecz, niezwykły pomysł idzie za następnym, a jeden żart zastępuje następny, aż trudno je wszystkie spamiętać, tak sporo ich jest. Tina jako księżniczka Leia w sądzie, aktorzy 30 Rock jako Muppety, Jane grająca w filmie o Janis Joplin, prześmiewcza piosenka "Kidney Now!", czy odcinek o grypie, to tylko niektóre z perełek tego serialu. Choć i tak moim absolutnym numerem jeden jest modlitwa Jacka do restauracji, podczas odmawiana na Mszy świętej Ojcze Nasz, w odcinku o Walentynkach. Do posłuchania poniżej. Świetnie również się stało, że w tym sezonie o wiele częściej na ekranie pojawiają się Jane Krakowski i Tracy Morgan których trochę jakby pominięto w poprzednim sezonie. Teraz jest ich więcej dzięki czemu mogą znów popisać się swoim talentem komediowym. Naprawdę zupełnie nie mam się do czego przyczepić. Oby tak dalej! |