Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
czwartek, 04 stycznia 2018
Hity Kity 2017

Hity Kity 2017

Hity Kity 2017

czwartek, 21 grudnia 2017
Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi

it's time for the Jedi to end

Gwiezdne Wojny: Ostatni JediGwiezdne Wojny: Ostatni Jedi (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Rian Johnson
aktorzy: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Lupita Nyong'o, Domhnall Gleeson, Anthony Daniels, Gwendoline Christie, Kelly Marie Tran, Laura Dern, Benicio del Toro
muzyka: John Williams
zdjęcia: Steve Yedlin
montaż: Bob Ducsay

 (7/10)

Jedną z najczęściej pojawiających się w sieci opinii o ósmej części „Gwiezdnych wojen” jest - „nie wiem co mam sądzić o tym filmie” oraz „mam bardzo mieszane uczucia po tym seansie”. I nie ma w tym nic dziwnego, bo „Ostatni Jedi” jest niestety filmem bardzo nierównym, który ma w sobie wiele fenomenalnych scen i pomysłów, jak i niestety nie brakuje w nim momentów, które się nie udały, które oględnie powiedziawszy nie prezentują się dobrze. Stąd bardzo trudno ocenić ten obraz, ciężko się nim jednoznacznie zachwycić, ale również jednoznacznie go skrytykować. Bo na każdy plus przypada jakiś minus i na odwrót. Chyba największą bolączką tej produkcji jest jej struktura. Tak jak „Przebudzenie mocy” było filmem bardzo prostolinijnym - mieliśmy jedną nić fabularną do której dochodzili tylko kolejni bohaterowie, dzięki czemu łatwo było panować nad świetnym tempem tamtego obrazu, tak „Ostatni Jedi” składa się przynajmniej z trzech przeplatających się wątków, które do tego rozwijają się z różnymi prędkościami. Przez to film ten ma przestoje, jest bardzo nierówny, nie płynie tak gładko jak poprzednik, przez co nie ogląda się go tak przyjemnie i lekko.

Jednym z najczęstszych zarzutów jakie padały w kierunku „Przebudzenia mocy” było to, że jest filmem za bardzo przypominającym „Nową Nadzieję”. Można było mieć wrażenie, że jest rebootem tamtego obrazu. Rian Johnson, twórca fantastycznego „Loopera” na szczęście nie był tak zachowawczy jak J.J. Abrams i do „Ostatniego Jedi” podszedł w taki sposób, aby nie kopiować poprzednich epizodów, tylko skierować zapoczątkowaną w siódmym epizodzie historię, na nowe, zaskakujące tory. Kto nie ryzykuje ten nie ma, brawa za odwagę, ale niestety nie wszystkie rozwiązania się tutaj udały. Część sprawia wrażenie jakby zostały napisane tylko po to by znany schemat z poprzednich filmów odwrócić o 180 stopni, część może na papierze wyglądała dobrze, w gotowym filmie niestety się nie sprawdza. Oczywiście dobrze, ze wraz z „Ostatnim Jedi” otrzymujemy całkiem nową opowieść, a nie wariację na temat „Imperium kontratakuje”, szkoda tylko, że nie wszystko się tutaj udało. Być może wynika to z chęci zadowolenia wszystkich widzów jednocześnie, być może z tego, że już w siódmym epizodzie mieliśmy zbyt wielu bohaterów.  „Ostatni Jedi” sprawia wrażenie obrazu, który łączy w sobie przynajmniej dwa, jak nie trzy filmy. Jeden niezwykle ciekawy, intrygujący i nietypowy, oraz drugi, który jest tu tylko po to by pozostali bohaterowie mieli co robić.

Tym pierwszym świetnym filmem jest opowieść o relacji pomiędzy Rey, Kylo oraz Lukiem. To film, który podąża dość wolnym tempem w bardzo ciekawym, zaskakującym kierunku i który znajduje interesujące rozwiązanie. To film, który rozwija bohaterów, który pokazuje ich z innych stron. Kylo z fanboja Vadera staje się pełnoprawnym bohaterem, rozdartym pomiędzy przeszłością, przyszłością, a autorytetem w postaci Snoke, z którym nie do końca się zgadza. Rey przechodzi dość nietypowy trening z Lukiem. Nadal targają nią niepewności związane z tym, że nie wie kim byli jej rodzice, oraz choć czuje w sobie narastającą Moc, nie wie w jakim kierunku ma pójść, by ją dobrze wykorzystać. Luke, fenomenalnie zagrany przez Marka Hamilla, okazuje się być tutaj postacią wcale nie krystalicznie dobrą.  Jego poczynania można odczytywać w rożny sposób. Konfrontacje tej trójki, tak psychiczne jak i fizyczne świetnie napędzają ten film, świetnie rozbudowują te postaci, zabierają nas w miejsca, których trudno byłoby się spodziewać. Poza tym, to w tych wątkach najwięcej i najciekawiej mówi się o Mocy, najbardziej przywraca się jej należną wielkość, która została jej odebrana trylogią epizodów I-III.

Niestety obok tego fantastycznego filmu mamy jeszcze jeden dodatkowy. Sam w sobie nie jest on zły, problem tylko, że średnio łączy się z tym pierwszym. Tym dodatkowym obrazem jest opowieść o Rebeliantach i ich walce z Najwyższym Porządkiem. Na plus tego wątku można na pewno zaliczyć to, że znacznie więcej jest tutaj niewykorzystanego w siódmym epizodzie Po Damerona. Sama intryga tego wątku również jest całkiem ciekawa, szkoda tylko, ze jej zakończenie niknie gdzieś w tłumie innych konkluzji. Świetną postacią jest nowa bohaterka, wiceadmirał Holdo w która wciela się Laura Dern. To bohaterka o której wraz z trwaniem akcji zmienia się zdanie o 180 stopni, której wątek jednocześnie pokazuje, że ciche, przemyślane bohaterstwo niczym nie ustępuje narwanemu działaniu, jakie reprezentuje postać Po Damerona. W czasach gdy filmy rozrywkowe gloryfikują tą drugą postawę, takie niespektakularne rozwiązanie jest czymś wartym pochwały. Bardzo dziwnie w tym wątku wypada jednak to jak twórcy potraktowali księżniczkę Leię (by nie pisać zbyt wiele). Wyraźnie twórcy nie mieli również pomysłu na to co zrobić z postacią Finna, który zyskuje tutaj swój własny, osobny segment. Segment, którego ekologiczny wydźwięk zdaje się być napisany na siłę, którego równie dobrze mogłoby tu nie być, a nie wpłynęłoby to zupełnie na akcję całego obrazu. Ma się wrażenie, że jest to taka zapchaj dziura, która została tutaj dodana tylko i wyłącznie po to by Finn, Phasma (oraz nowa bohaterka Rose) pojawili się w tym widowisku.

Wielowątkowość „Ostatniego Jedi” powoduje, ze rozwijające się równolegle wątki pod koniec muszą się spotkać i razem zakończyć. Problem polega jednak na tym, że film ten nie ma jednego, wielkiego finału. Tutaj punktów kulminacyjnych jest przynajmniej z pięć. Ledwo bohaterowie ujdą z życiem przed jednym niebezpieczeństwem, po którym powinno nastąpić wyciszenie i zakończenie, jednak akcja pędzi dalej do kolejnego, tylko pozornego finału. Przez to po pierwsze punkty kulminacyjne tracą na znaczeniu, bo po nich następują kolejne, Po drugie, te kolejne zwroty akcji nie robią już takiego wrażenia, zamiast szokować i ekscytować zaczynają jedynie męczyć. Wielka szkoda, bo rozwiązanie wątku relacji Rey i Kylo niesie ze sobą ogromne emocje i jest momentem w tej produkcji, po którym mogłoby nastąpić właściwe zakończenie. Ale nie, po nim podążają kolejne finały dalszych wątków. Jakby po trzecim akcie następował jeszcze jeden, dodatkowy czwarty. Mimo tego problemu wielowątkowości, oraz kilku innych wpadek wymienionych wyżej, nie można odmówić „Ostatniemu Jedi” tego, że jest to film przepięknie nakręcony. Zdjęcia są tutaj naprawdę obłędne i wiele ze scen może bezpośrednio z ekranu wylądować na tapety. Epizod ósmy jest filmem, który jest piękny wizualnie i którego wygląd cieszy oko właściwie w każdej scenie. Coś czego brakowało „Przebudzeniu mocy”. Jest to również film, o którym chce się dyskutować, o którym chce się pisać, i który przyciąga do kolejnego seansu. By jeszcze raz przekonać się czy pierwsze wrażenia były prawdziwe, czy może drugim seansem nie odkryje się tutaj czegoś nowego. Nie każdy blockbuster może się tym pochwalić.

21:11, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (14) »
środa, 15 listopada 2017
Thor: Ragnarok

sparkles

Thor: RagnarokThor: Ragnarok (2017) USA

reżyseria: Taika Waititi
scenariusz: Craig Kyle, Christopher Yost, Eric Pearson
aktorzy: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Cate Blanchett, Idris Elba, Jeff Goldblum, Tessa Thompson, Karl Urban, Mark Ruffalo, Anthony Hopkins, Benedict Cumberbatch, Taika Waititi, Rachel House, Luke Hemsworth, Sam Neill, Matt Damon
muzyka: Mark Mothersbaugh
zdjęcia: Javier Aguirresarobe
montaż: Zene Baker, Joel Negron

 (8/10)

Studio Marvel od czasu pierwszego „Iron-Mana” zrealizowało już 17 filmów.  Przez ostatnie prawie dziesięć lat prezentowało rocznie przynajmniej dwie produkcje.  Teraz, by nadal móc rozwijać swoje gigantyczne uniwersum, by nie stracić zainteresowania widzów na całym świecie, musi eksperymentować, próbować nowych rozwiązań, by kierować opowieści na nowe tory.  Kolejne filmy przypominające te poprzednie nie cieszyłyby się już taką popularnością.  Kolejny mroczny "Thor" tym razem już by nie przeszedł tym bardziej, że poprzednia, druga część "Mroczny świat", dusiła się przez swój patos i podniosłość.  By na nowo zainteresować widzów postacią Thora, by ją nieco odczarować, potrzebna była znacząca zmiana.  Dziwić więc nie powinno, że studio obrało tym razem całkiem inną drogę i opowieść o bogu piorunów, która od początku zabarwiona była szekspirowskim dramatem, została przekształcona w komedię akcji.  Nawet nie w film superbohaterski, który nie stroni od humoru, ale w czystą komedię.  Chyba żaden dotychczasowy film Marvela nie był tak rozbrajający, tak uroczo absurdalny i zabawny jak właśnie "Thor: Ragnarok".

Zanurzenie tej opowieści w klimacie lat osiemdziesiątych może wydawać się działaniem pod publiczkę, w końcu od czasu "Stranger Things" panuje w Hollywood moda na produkcje, które bezpośrednio odwołują się do klimatu obrazów z tamtych lat.  Jeśli jednak wziąć pod uwagę, że Thor dzieje się w większości w dalekim kosmosie, jest komedią, a już za chwilę połączy się z Marvelowskimi "Strażnikami Galaktyki", to takie nasączenie tej produkcji latami 80. nie powinno dziwić.  Poza tym dzięki tej kiczowatej stylistyce filmów sci-fi lat 80. która tak świetnie jest tutaj zaprezentowana, ma się wrażenie, że "Thor: Ragnarok" jest jakby zaginionym obrazem z tamtych lat.  Filmem, który gdzieś się zagubił i dopiero teraz pojawił się na ekranach.  Tylko efekty specjalne są znacznie lepsze.  To taki piękny ukłon w stronę tamtych produkcji, między innymi w kierunku "Flasha Gordona".  Komediowa opowieść, z bogami i superbohaterami, rozgrywająca się w dalekim kosmosie aż prosiła się o taką stylistykę i bardzo dobrze, że się na nią zdecydowano.  Ona przewietrzyła tę produkcję, dodała jej tak potrzebnej lekkości, energii i żywiołowości.

Najnowszy "Thor" jest więc filmem lekkim, przezabawnym, chwilami totalnie absurdalnym.  To świetna zabawa historią, postaciami, która nie boi się swojej komiksowości.  To produkcja, która eksperymentuje i nie boi się odbierać wielkości swoim bohaterom, bo wie, że są oni tak uwielbiani przez widzów, że rozbijanie patosu i podniosłości niczego im tak naprawdę nie zabierze.  Cudowne są więc tutaj wszystkie sceny w których wyśmiewana jest sprawność postaci.  Cudowne jest pozbawianie Thora jego poczucia bycia najlepszym z Avengersów.  Jak również genialnie spisują się wszystkie sceny w których pewnym swoich umiejętności bohaterom jednak coś się nie udaje.  To właśnie te momenty, te chwile gdy podniosły charakter scen zostaje przełamany absurdalnym humorem, są najbardziej zabawne, ale i najbardziej zbliżają do bohaterów, którzy koniec końców są tylko ludźmi.  Rewelacyjne są również liczne cameo, szczególnie rozgrywające się na początku seansu, które są zaskakujące ale i nieprawdopodobnie zabawne.  Albo w pomysłowy sposób nawiązują do pozostałych filmów uniwersum Marvela, albo w cudowny sposób nabijają się z postaci samego Thora.

To co jednak najbardziej udaje się Marvelowi w najnowszym Thorze, to co powoduje, że ten film tak świetnie się ogląda, to bohaterowie.  W tym gigantycznym, buchającym od kolorów widowisku akcji, to właśnie oni, a nie efekty specjalne czy ciągła akcja, są najważniejsi.  Relacje ich łączące, historie jakie ze sobą niosą.  Cała reszta jest tylko efektowną dekoracją.  Aktorzy w swoich rolach czują się wyśmienicie, bawią się nimi i robią wszystko by wyciągnąć z nich jak najwięcej.  To dla bohaterów i dla aktorskich interpretacji ogląda się to widowisko i to dzięki nim jest ono tak udane.  Świetni są Hemsworth i Hiddleston jako nieustannie rywalizujący bracia.  Świetny jest Ruffalo jako Hulk, który z Thorem tworzą swego rodzaju buddy movie.  Idealnie w tym uniwersum odnaleźli się również nowi aktorzy.  Jeff Goldblum kradnie każdą scenę w której się pojawia, Tessa Thompson jest totalnie badass, a Cate Blanchett, jako demoniczna Hela sprawdza się wyśmienicie.  I choć jej czarny charakter (co typowe dla Marvela) nie pojawia się aż tak często jakby się tego chciało i jest zarysowana w bardzo prosty sposób, to w interpretacji charyzmatycznej Blanchett, która bawi się rolą bogini śmierci, prezentuje się znakomicie.  Ten uśmiech, to spojrzenie, ten look!

20:58, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 listopada 2017
mother!

never enough

mother!mother! (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Darren Aronofsky
akotrzy: Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer, Brian Gleeson, Domhnall Gleeson, Kristen Wiig
muzyka: Andrew Weisblum
zdjęcia: Matthew Libatique
montaż: Andrew Weisblum

 (6/10)

*** MOŻLIWE SPOILERY ***

Najnowszy film Darrena Aronofsky'ego jest bezkompromisowym, odważnym, rozszalałym eksperymentem.  To obraz, który zmierza w zupełnie odmiennym kierunku niż może się z początku wydawać.  To film, który usypia czujność, znieczula zmysły, by w finalnym trzecim akcie, rozpętać prawdziwe piekło, puścić wszystkie hamulce. Wykrzykując przekonania reżysera, wbić je nam do głowy mocą młota pneumatycznego.  Ta intensywność, to mówienie Capslockami widoczne jest już w samym tytule, poprzez pojawiający się na ekranie wykrzyknij tuż za słowem "mother".  Z pozoru delikatne słowo, pisane do tego z małej litery, zostaje wzmocnione, uzbrojone tym wykrzyknikiem.  Tak dzieje się również z przedstawianą tu historią, która z niewinnej, niepokojącej, przywołującej skojarzenia do "Dziecka Rosemary" i innych znanych opowieści grozy, zamienia się w absurdalne przedstawienie, które nie ma końca.  Początkowo można by sądzić, że ta produkcja będzie kolejną wariacją na temat tajemnic skrywanych w zamurowanych piwnicach, że będzie opowieścią o niebezpiecznym kulcie wykorzystującym niewinną bohaterkę, bądź będzie opowieścią o obłędzie w który wpada kobieta.  Tak się może zdawać aż do momentu, gdy z pozoru przypadkowe sytuacje, mrugnięcia okiem w kierunku widza nie zaczną układać się w pewien obraz, w nawiązanie, w znane symbole.  Wtedy okaże się, że kierunek tej opowieści jest zgoła inny.

"mother!" jest swego rodzaju remakiem.  Nowoczesnym przedstawieniem, reinterpretacją, własnym wyobrażeniem, które poprzez współczesne umiejscowienie ma unaocznić opowieści znane od tysiącleci.  Poprzez bliższe nam postaci żony, pisarza, niezapowiedzianych gości przybywających do domu gospodarzy, na nowo wyłożyć prawdy, które przyjmowane są bezkrytycznie.  Skrytykować je, pokazać w innym świetle, na świeżo zastanowić się nad ich sensem.  Opowiedzieć historię od początków do końca, ale w nowym otoczeniu przez które miałaby ona zyskać nowe znaczenie, zabłysnąć nowym blaskiem.  Aronofsky jednak zamiast tylko lekko zabarwiać swoją prostą opowieść znanymi symbolami, postaciami, znaczeniami, z każdą kolejną minutą seansu coraz bardziej skupia się nad tymi na nowo ukazywanymi symbolami, zapominając o właściwej opowieści, realnej historii.  Ożywające na ekranie metafory, a raczej METAFORY, zaczynają żyć własnym życiem, przejmują pełną kontrolę nad akcją, całkiem tracąc grunt pod stopami, zupełnie zapominając o tym, że to film powinien je prowadzić, a nie na odwrót.  Stąd druga połowa seansu ogranicza się jedynie do znajdywania kolejnych elementów układanki w pojawiających się na ekranie postaciach i wydarzeniach, na domyślaniu się jak daleko ta znana historia się potoczy.  Znika sam film, znika historia pewnej kobiety, której domostwo zostaje nawiedzone przez parę nieznajomych.  Na pierwszy plan wkracza chaos i zupełnie niepotrzebny remake.

Czego tutaj nie ma?  Jest matka Ziemia i Bóg. Są dwaj bracia i morderstwo.  Jest dzieciątko i krwawy poczęstunek.  Jest wyczekiwanie na słowo i jego wyznawcy.  Jest przedmiot zakazany, raj utracony i kreowanie nowych rzeczywistości.  Jest całe zło tego świata i w sumie chyba tylko diabła brak. Skądś to znamy? Przenośni, odniesień jest co nie miara, a im dalej tym więcej.  Tylko w sumie po co?  By swoimi słowami, pod pozorem zwykłego horroru przerobić mity i wierzenia na swoją modłę?  By tym nowym obrazem oburzyć, obudzić, pokazać w jak złym kierunku zmierza ten świat?  Bo świat Aronofskiego nie stoi na krawędzi zagłady, on właśnie przechodzi apokalipsę.  To niekontrolowany chaos, pełen zła wyrządzanego przez ludzi kompletnie oderwanych od natury i dobra.  Świat w którym Bóg to zadufany w sobie obserwator, pragnący jedynie poklasku maluczkich, wybaczający im całe zło byleby tylko go wielbili.  To Bóg okrutny, samolubny, zły.  Jedynie przyglądający się swemu stworzeniu, które w ekspresowym tempie niszczone jest przez ludzi. Ten zakończony wykrzyknikiem, proekologiczny krzyk rozpaczy reżysera, choć odważny, choć pomysłowy, niestety zawodzi. Bo stoi w rozkroku między zwykłą opowieścią, która nasączona jest dodatkowymi znaczeniami, a szaleństwem, które stoi samymi metaforami.  Bo pod koniec reżyser przestaje wierzyć swoim widzom i zaczyna udzielać dosłownych odpowiedzi w dialogach, które aż bolą gdy się je słyszy.  Pomysłowa szarża, odważna krytyka dzisiejszego pogubionego świata staje się świetnie zrealizowaną (Libatique jak zawsze niezawodny) ale okrutnie rozczarowującą pokazówką, która zamiast zachwycać, jedynie irytuje zmarnowanym potencjałem.

Tagi: horror
21:36, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 listopada 2017
A Ghost Story

little notes

A Ghost StoryA Ghost Story (2017) USA

reżyseria i scenariusz: David Lowery
aktorzy: Casey Affleck, Rooney Mara
muzyka: Daniel Hart
zdjęcia: Andrew Droz Palermo
montaż: David Lowery

 (8/10)

„A Ghost Story” jest jednym z tych niezwykłych filmów, który dojrzewa wraz z seansem. Z początku zdaje się bowiem, że ten spokojny film będzie oparty w większości na atmosferze, że to klimat będzie prowadzić tę prostą historię. Z pozoru dzieje się tu niewiele, nie pada zbyt wiele słów, a większość scen jest milczącą, czasem przedłużającą się obserwacją. Jednak wraz z rozwijającym się seansem, okazuje się, że w tych klimatycznych obrazach kryje się zaskakująco wiele niewypowiedzianej ale obecnej treści. Sporo przemyśleń, które wypływają na powierzchnię i które zostają z widzem na długo po seansie. Bo „A Ghost Story” to taki niepozorny, skromny ale bardzo bogaty film pełen ciekawych przeciwieństw. Niby z formy skromna niezależna produkcja ale zagrana przez hollywoodzkie gwiazdy. Niby film wyciszony i niespieszny ale zaskakująco dynamiczny i wartko opowiedziany. Seans zjawisko, który potrafi oczarować.

„A Ghost Story” to historia o duchach ale opowiedziana z zupełnie innej perspektywy. I nic więcej nie napiszę bo już to jedno zdanie jest aż nadto wyjawiające o czym jest ten film. A najlepiej ogląda się go nie wiedząc w jakim kierunku i jak potoczy się historia. Pod tym względem świetnie sprawuje się zwiastun, który właściwie nic nie wyjawia ale zaciekawia na tyle by chciało się sprawdzić tę produkcję. A warto bo ta niepozorna historia mówiąca o żałobie po stracie bliskiej osoby jest obrazem, który daje do myślenia, który w niezwykły interesujący sposób podejmuje ten temat. Mówi jednocześnie o relatywizmie odczuwania związku, który z każdej strony wygląda inaczej.  Opowiada o nieubłaganym upływie czasu i tym jaki sens ma to wszystko co dzieje się za naszego życia. Mówi o oczekiwaniach i o oczekiwaniu, o potrzebie domknięcia, nadaniu celu temu co minęło, temu co się wydarzyło. Jest tęsknym, melancholijnym filmem traktującym o przemijaniu.

Ujmujące w tej produkcji jest to jak prosty pomysł na tą opowieść zostaje z jednej strony zaprezentowany w bardzo prosty sposób ale jednocześnie jak ważna i dopieszczona zostaje tutaj forma. Piękne są zdjęcia, bardzo statyczne, dopracowane w każdym kadrze, pięknie sprawuje się również muzyka tworząca melancholijny klimat. Ciekawie sprawdzają się również zabiegi montażowe które upłynniają czas, zacierają granice pomiędzy godzinami czy wręcz latami. W większości ta opowieść o duchach ma odcień poruszającego dramatu, ale gdy trzeba gładko zamienia się w najlepszy, klimatyczny horror. Wyjściowy pomysł, który wyglądał bardzo niepozornie tu zyskuje szlachetną, przepiękną formę na którą niezwykle przyjemnie jest patrzeć, którą przyjemnie się słucha. W dużej mierze to forma czaruje ten obraz. I tak „A Ghost Story” staje się filmem niespotykanym, niezwykłym. Intrygującym w treści, pięknym w formie.

16:02, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 282