|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Blogi
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony
Tagi
![]() Punktacja 10 - rewelacja! 9 - koniecznie 8 - warto 7 - dobry 6 - można obejrzeć 5 - OK 4 - da się obejrzeć 3 - beznadziejny 2 - kijem nie tykać 1 - dno dnaCiekawe? Czytaj dalej na BlogFrog.pl |
wtorek, 09 lutego 2010
Kancelaria adwokacka - sezon I i II
the practice
reżyseria: Mick Jackson, Michael Pressman, Rick Rosenthal, James Frawley, Michael Schultz, Dennie Gordon, Thomas Schlamme, Lee Bonner, Steve Miner, Joe Napolitano, Oz Scott, John Tiffin Patterson, David Jones III, Robert Mandel, Stephen Cragg, Daniel Attias, Mel Damski, Arvin Brown, Adam Nimoy, Dwight Little, Dennis Smith, Elodie Keene, Jesus Salvador Trevino
"The Practice" to serial stworzony przez Davida E. Kelley, tego samego który zrealizował "Ally McBeal", czy mój ulubiony "Boston Public". Serial ten był emitowany przez amerykańską stację abc przez osiem lat, w czasie których wyświetlono osiem sezonów, czyli dokładnie 168 odcinków. Może się on pochwalić długą listą nominacji, jak i wygranych w telewizyjnych nagrodach, wśród których znajdują się chociażby Złote Globy za najlepszy serial dramatyczny, czy Emmy w wielu kategoriach. "The Practice" jest również jednym z nielicznych seriali, którego średnia oglądalność aż do piątego sezonu włącznie, ciągle rosła i momentami dochodziła aż do 20 milionów widzów na odcinek. Największym plusem tej produkcji są świetnie napisane dialogi i zaskakujące przedstawienie poszczególnych spraw. Wielokrotnie nasi bohaterowie prowadzą bowiem sprawy, które z pozoru wydają się nie do wygrania, a jednak jakoś udaje się im wyjść cało z sytuacji i dzięki odpowiednio dobranym, przekonującym argumentom, wygrać poszczególne procesy. Szczególnie duże wrażenie robią mowy końcowe adwokatów, które w niezwykle sprawny sposób podsumowują każdy przypadek i zwracają szczególną uwagę na istotę każdego problemu, rozważanego w czasie procesu, często niezwykle sprawnie odbijając piłeczkę rzuconą przez prokuraturę. Dobrze rozegrane są również rozmowy poza salą sądową, pomiędzy adwokatami z kancelarii, jak również pomiędzy nimi a prokuraturą, sędziami i klientami. Chociaż tak wysoki poziom dialogów nie jest akurat w przypadku tego serialu niczym niezwykłym, ponieważ do większości odcinków, scenariusz pisał sam twórca serialu czyli David E. Kelley. Największym problemem tej produkcji jest natomiast nijakie potraktowanie głównych bohaterów. O ich życiu prywatnym nie wiemy bowiem praktycznie nic. Każdy odcinek to kolejna sprawa, czasem kilka procesów odbywa się równolegle w ciągu jednego epizodu, a niekiedy dłuższe sprawy trwają przez kilka odcinków. W tym czasie jednak Kelley nie mówi nam nic o bohaterach, a jeśli już coś wspomni, to są to jedynie strzępki informacji. Przez to nie możemy się emocjonalnie przywiązać do bohaterów, nie mamy możliwości stworzyć z nimi więzi, dzięki której byśmy z niecierpliwością oczekiwali na każdy następny odcinek tego serialu, chcąc wiedzieć co nowego u naszych ulubionych postaci. W związku z tym możemy oceniać ich i polubić ich tylko za to jak zachowują się na sali sądowej i tu wygrywają zdecydowanie Lindsay czyli Kelli Williams, którą obecnie można oglądać w "Magii kłamstwa" oraz Eugene Young czyli Steve Harris. W "The Practice" zawodzi również muzyka, która zupełnie nie buduje nastroju, a także okropny tytułowy utwór, lecący podczas czołówki, który kompletnie nie pasuje do serialu i zamiast do niego zachęcać, jedynie irytuje.
niedziela, 07 lutego 2010
Adam
mały książę
reżyseria i scenariusz: Max Mayer
Adam ma 29 lat i mieszka w sporym mieszkaniu gdzieś na Manhattanie. Pracuje w niewielkiej firmie naprawiając zabawki i przeogromnie interesuje się kosmosem, gwiazdami, tym co widać na niebie. To niezwykle miły, łagodny i ułożony chłopak, który choruje na zespół Aspergera - łagodniejszą formę Autyzmu. Choroba ta objawia się m.in. tym, iż Adam ma trudności w akceptowaniu zmian i problemy w kontaktach społecznych. Jest niezwykle prawdomówny, jego zainteresowania niesamowicie go pochłaniają i ma kłopoty w odczytywaniu emocji i zachowań drugich osób, co objawia się przez nierozumienie żartów i drobnych sugestii. Sam również ma kłopot z okazywaniem emocji i wyrażaniem swoich uczuć. Któregoś dnia spotyka Beth – młodą nauczycielkę w szkole podstawowej, która dopiero co wprowadziła się do jego kamienicy. Wkrótce tych dwoje nieznajomych połączy niezwykła, nietypowa więź... "Adam" to film całkowicie rozbrajający, tak jak i rozbrajający jest jego główny bohater. To niezwykle miła, delikatna i przyjemna opowieść, która daje niesamowity zastrzyk pozytywnej energii. To taka prawdziwie zabawna historia, którą ogląda się jednym tchem od pierwszej do ostatniej sceny. Trzeba jednak oczywiście pamiętać, że "Adam" w żadnym wypadku nie jest komedią romantyczną (i dobrze!), bo relacja łącząca dwójkę głównych bohaterów nie jest typowa i do takiej też się nie rozwinie. Film Maxa Mayera to normalna, ale niezwykle szczera i prawdziwa opowieść. Film niesamowicie magiczny, ale nie bujający w obłokach, romantyczny, ale nie oddalony nie wiadomo jak bardzo od rzeczywistości. Momentami bardzo śmieszny, chwilami naprawdę wzruszający, ale przede wszystkim mądry. Taka miła odmiana od ckliwych, nawymyślanych i udawanych opowieści o miłości. Najlepsze jest w nim natomiast to, co może zabrzmieć trochę jak wada ale jest wprost przeciwnie, iż jest prosty i zwyczajny, dzięki czemu dobrze się go ogląda i bez problemowo on do nas trafia. Film Mayera jest urzekający dzięki małym scenkom, jak chociażby niezbyt udanej konwersacji na kanapie, czy przygotowywaniu się do rozmowy kwalifikacyjnej. Ogląda się go również dobrze dzięki fantastycznym aktorom - spokojnej Rose Byrne (zupełni innej niż tą, którą znamy z "Układów") oraz Hugh Dancy'ego, który rewelacyjnie zagrał Adama. To w gruncie rzeczy dzięki nim tak łatwo i szybko możemy przejąć się losem bohaterów, to dzięki nim są oni tak sympatyczni i prawdziwi. Na plus trzeba też koniecznie zaliczyć świetne zakończenie, najlepsze jakie można było by sobie wymarzyć do tej historii, które nie jest typowym, ckliwym happy endem, a pozostawia nas w naprawdę ciepłej atmosferze. Podsumowując: naprawdę dobry film, który świetnie się ogląda i który potrafi poprawić humor. Coś jak zeszłoroczne „Spotkanie” z Richardem Jenkinsem.
piątek, 05 lutego 2010
Fringe - sezon I
endless impossibilities
reżyseria: Alex Graves, Paul Edwards, Frederick E.O. Toye, Christopher Misiano, Bill Eagles, Brad Anderson, Gwyneth Horder-Payton, Michael Zinberg, John Polson, Norberto Barba, Akiva Goldsman, Bobby Roth,
Gdy dwa lata temu na małe ekrany wchodził "Fringe" zapowiadano, że będzie to kolejny wielki hit J.J.Abramsa, tego samego, który stworzył niezwykły "Lost". Mówiono, że będzie to nowoczesna odpowiedź na kultowe "Z archiwum X", serial który na niezwykłe, trudne do wytłumaczenia wydarzenia, spojrzy od strony nauki, który przedstawi zagadnienia niemożliwe do zaistnienia w dzisiejszych czasach, a które za niedługo staną się realne i rzeczywiste. Serial, który będzie mówił o pograniczach nauki. I choć zapowiedzi były szumne "Fringe" nie odniósł oczekiwanego sukcesu. Żaden z odcinków nie zgromadził przed odbiornikami więcej niż 14 milionów widzów, pierwszą serię oglądało średnio mniej niż 10 milionów, a każdy kolejny odcinek osiągał coraz to mniejszą oglądalność. Złośliwcy mówili, że jedyną rewolucją jaką zaoferował serial Abramsa i czym wyróżniał się od produkcji innych stacji były... trójwymiarowe napisy informujące widzów o lokalizacji danego miejsca akcji. Trudno się niestety nie zgodzić z tym, iż "Fringe" żadnym telewizyjnym objawieniem niestety nie jest, choć trzeba powiedzieć, że jako zwykły serial ogląda się go dobrze, a z każdym kolejnym odcinkiem nawet coraz lepiej. "Fringe" jest niestety serialem nierównym. Zdarzają się w nim odcinki fantastyczne, które trzymają w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty i intrygują stawianymi w nich pytaniami (jak na przykład fantastyczny odcinek 17 wyreżyserowany i napisany przez znanego scenarzystę filmowego Akivę Goldsmana). Są również niestety w tym serialu odcinki nudne, nieciekawe i naciągane do granic możliwości, które nie wiele wnoszą do całej historii, i które można by całkowicie pominąć. Te lepsze przeplatają się z gorszymi epizodami, choć tych drugich jest zdecydowanie więcej na początku serii pierwszej, która zaczyna się tak naprawdę rozkręcać dopiero w okolicach 9 odcinka, gdy twórcy uchylają nam rąbka tajemnicy na ogromny spisek, mający na celu przejęcie władzy nad współczesną techniką i zagładę świata jaki znamy. Od tego odcinka cała historia dostaje potężnego kopa i niezwykle przyspiesza z miejsca. To właśnie te odcinki, w których scenarzyści opowiadają nam o ZFT, Williamie Bellu, dawnych eksperymentach i zdolnościach głównej bohaterki są najciekawsze i je ogląda się najlepiej, bo wyraźnie widać w nich, że cała zagadkowa akcja do czegoś dąży, a nie jest jedynie luźną, pojedynczą opowiastką. Silną stroną "Fringe" są również wejściówki do każdego odcinka, czyli kilka pierwszych minut przed napisami początkowymi, które wprowadzają nas w akcję każdego kolejnego epizodu, pokazując nam najnowszy przypadek, który będzie badany przez głównych bohaterów. Te kilka pierwszych minut jest zawsze świetnie nakręcone, zmontowane i bez większych problemów przykuwa naszą uwagę, intryguje i powoduje, że jak najszybciej chcemy poznać odpowiedzi na postawione w prologu pytania. Niestety z tym jest już gorzej, bo serial nie spełnia zupełnie obietnicy bycia opartym na jakichkolwiek naukowych wytłumaczeniach. "Fringe" to czyste sci-fi przepełnione dziwnymi urządzeniami, niezwykłymi kreaturami i nieprawdopodobnymi rozwiązaniami spraw. Jeśli spodziewaliśmy się logicznego spojrzenia na niemożliwe wydarzenia, to niestety się zawiedziemy, bo takich "Fringe" niestety nie oferuje. I to jest chyba największą wadą tego serialu, bo twórcy nie spełnili swoich obietnic i stworzyli kolejny serial w którym niemożliwe tłumaczone jest przez jeszcze większą niewiadomą. Oczywiście jeżeli przełkniemy taki sposób prowadzenia akcji to "Fringe" może okazać się niezłą rozrywką, ale niestety niczym więcej. "Fringe" nie oglądałoby się dobrze gdyby nie fajni aktorzy i interesujące postacie do których bardzo łatwo jest się przywiązać. Najbardziej wybija się oczywiście John Noble jako dr Walter Bishop czyli zagubiony naukowiec, cierpiący na utratę pamięci, który pomaga agentce Dunham (niezła Anna Tory) w rozwiązywaniu kolejnych spraw. Bishop jest postacią która dodaje oddechu i luzu do tego serialu, w szczególności poprzez ciągłą potrzebę jedzenia i zabawne komentarze. Jest to postać intrygująca bo ma ogromny wpływ na rozwijającą się historię i rozwiązywanie tajemnic z przeszłości, bo w nich uczestniczył. Nieźle wypada również jego zmieniająca się w ciągu całego sezonu relacja z synem Peterem (jakoś mało przekonujący Joshua Jackson), która rozpoczyna się prawie od nienawiści, a później przechodzi w zrozumienie i troskę o drugą osobę. We "Fringe" podobały mi się również niebieskawe zdjęcia z dziwnymi rozbłyskami światła w czasie nocnych ujęć oraz muzyka Michaela Giacchino, który jak dla mnie o wiele lepiej sprawdza się jako kompozytor soundtracków do seriali, niż filmów. Na pewno będę oglądać dalej. najlepsze odcinki:
środa, 03 lutego 2010
Wszystko co kocham
goni Cię ktoś?
reżyseria i scenariusz: Jacek Borcuch
Gdy pod koniec zeszłego roku zastanawiałem się na jakie filmy wybiorę się przez pierwsze trzy miesiące 2010, nawet nie zauważyłem filmu Borcucha w zapowiedziach. Zwiastun nie porwał mnie zupełnie, a jako, że nie widziałem żadnego z wcześniejszych obrazów tego reżysera, to nic specjalnie nie zachęcało mnie do obejrzenia tej produkcji. Później jednak w jednym ze swoich programów zaczął ją wychwalać Kuba Wojewódzki, a na festiwalu w Gdyni film ten otrzymał Złotego Klakiera, czyli nagrodę za najdłużej oklaskiwany obraz. Dwa miesiące temu "Wszystko co kocham" pojechało natomiast na festiwal filmowy Soundance. I właśnie udział w tym konkursie przekonał mnie, by wybrać się na "Wszystko co kocham" do kina. Prawdę powiedziawszy nie mam za bardzo do czego przyczepić się w tym filmie. Wszystko jest tu na swoim miejscu, odpowiednio dobrane i połączone w udaną całość, którą dobrze się ogląda. Nie zachwycił mnie co prawda obraz Borcucha, ale również niczym specjalnie nie podpadł, co jak na polski film jest sporym osiągnięciem. "Wszystko co kocham" to taka zwykła, prosta historia czterech młodych chłopaków, którzy chcą żyć swoim życiem, śpiewać w swoim punk rockowym zespole i nie martwić się o jutro. To nie jest film o latach 80' i tamtych wydarzeniach. Przynajmniej nie bezpośrednio. Historia dzieje się tutaj gdzieś obok, jakby przy okazji. Na tamte wydarzenia patrzymy oczami nastoletniego Janka, którego jak chyba każdego młodego średnio obchodzi polityka i tego typu sprawy. Najważniejsze dla niego są spotkania z przyjaciółmi, wyjazd na festiwal, pierwsza miłość i nagrywanie nowych piosenek. Historia jedynie wadzi głównym bohaterom, utrudnia im kolejne dni, przeszkadza im w życiu, jakie chcieliby wieść. Film Borcucha ogląda się dobrze, nie ma w nim niepotrzebnych przestojów czy zbędnych zwolnień. Podobały mi się dobrze dopasowana do obrazu muzyka, która starała budować się odpowiedni klimat oraz niezłe, kolorowe ale nie przejaskrawione zdjęcia Michała Englerta. Również aktorzy spisali się nieźle, ci doświadczeni, oraz ci dopiero początkujący. Dzięki wszystkim tym elementom czuć we "Wszystko co kocham" młodość, czuć wolność w sercach bohaterów, czuć radość z życia, nieskrępowanie, bunt przed tym co narzucone i brak strachu przed jutrem, przed tym co nieznane. Właśnie dzięki tym wszystkim uczuciom film Borcucha żyje, nie jest jedynie sztywnym przedstawieniem. To dzięki nim można powiedzieć, że "Wszystko co kocham" to po prostu dobry film. I tyle.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Księga Ocalenia
stay on the path
reżyseria: Albert Hughes, Allen Hughes
Bliżej nieokreślona przyszłość. Samotny, bezimienny człowiek, przemierza wymarłe tereny Ameryki Północnej, kierując się na zachód. Idzie po zgliszczach dzisiejszego świata i zatrzymuje się tylko na odpoczynek, lub by uporać się z niedobitkami ludzkości, polującymi na odrobinę jedzenia czy kroplę wody. Dokładnie 31 lat temu nastąpił wielki rozbłysk, który spalił Ziemię. Większa część ludności zginęła, tylko nieliczni ocaleli, z czego część z nich oślepła. Nasz człowiek nie jest jednak bohaterem mającym ocalić pozostałych przy życiu, nie nadstawia karku za innych, nie ratuje innych w potrzebie. Ma bowiem jedno zadanie, które objawiło się mu kilkadziesiąt lat temu i zrobi wszystko by je wykonać. Niesie ze sobą pewną niezwykle ważną księgę, tak cenną, że niektórzy by ją zdobyć, nie zawahają się go zabić. Niektórzy mówią bowiem, że to właśnie od niej rozpoczęła się wojna, po której nastał koniec... W filmie braci Hughes najważniejsze były trzy sprawy i to od nich w dużej mierze zależało, czy dobrze będzie się go oglądało. Chodzi mianowicie o odpowiedzi na trzy podstawowe pytania, które pojawiają się już na samym początku "Księgi ocalenia" - co tak naprawdę niesie ze sobą główny bohater, po co, oraz dokąd? O ile jeszcze tego pierwszego można bardzo łatwo domyśleć się po pierwszych minutach seansu (a nawet i przed nim gdy chwilkę zastanowimy się nad fabułą), tak dwa kolejne pytania pozostają otwarte prawie do samego końca. I tu pole do popisu miał scenarzysta Gary Whitta, który mógł albo przez przypadek pogrążyć całkowicie tą historię, niezamierzenie robiąc z niej parodię samej siebie (czego strasznie obawiałem się słysząc w zwiastunie o tym, iż jakaś książka może być bronią), albo odpowiednio akcentując poszczególne wątki, wyjść z sytuacji obronną ręką. Całe szczęście nie stało się to pierwsze i "Księgę ocalenia" do samego końca możemy oglądać bez zgrzytania zębów, czy załamywania rąk, bo zakończenie tej historii jest całkowicie satysfakcjonujące. Być może tylko niewierzący trochę się obruszą przy rozwiązaniu, no ale to już ich problem. Sporym plusem tego filmu jest bardzo sugestywna wizja zniszczonego świata, po którym muszą stąpać bohaterowie. Brak żywności i wody, życie w małych osadach, handel wymienny, polowania na zbłądzonych wędrowców, wykorzystywanie kobiet w oczywistym celu, a nawet kanibalizm są tu na porządku dziennym. Ci, którzy nie potrafią się sami obronić, lub nie mają nikogo, kto by się nimi zaopiekował nie mają szans by przeżyć. Klimat tej rzeczywistości jest świetnie tworzony przez brudne, wyblakłe zdjęcia Dona Burgessa oraz rewelacyjną, nietypową, jakby industrialną muzykę Atticus Ross, która fantastycznie buduje napięcie i tworzy niezwykły klimat tej opowieści. W niektórych scenach słyszymy tylko ją, bo wszystkie pozostałe odgłosy i dźwięki są przyciszone lub ich wcale nie ma. Takich scen nie jest jednak sporo, ale robią one naprawdę niezłe wrażenie. Od groma w filmie braci Hudges jest natomiast spowolnień, scen gdy wszystko porusza się kilka razy wolniej niż w rzeczywistości (coś co taki Michael Bay uwielbia najbardziej). Co ciekawe te momenty (widoczne już w trailerze) nie są wcale efekciarskie, czy nudnawe. Bardzo dobrze pasują do klimatu tej historii, wpisując się idealnie w dość wolne, choć bardzo konsekwentne tempo jej opowiadania. Patrząc na sposób prowadzenia akcji w tym filmie, oraz świetne zdjęcia można dojść do wniosku, że twórcy wzorowali się trochę przy kręceniu "Księgi ocalenia" na "Ludzkich dzieciach". Nawet zakończenie w filmie braci Hudges jest (przynajmniej na początku) podobne do tego, które mogliśmy oglądać kilka lat temu u Cuarona. Takie przypatrywanie się tamtemu obrazowi zaowocowało powstaniem kilku naprawdę niezłych scen - atak na domek na odludziu - podczas których mamy wrażenie, że jesteśmy dosłownie w środku rozgrywających się wydarzeń i nawet szkoda, że nie nakręcono ich w 3D, bo już w obecnej postaci dosłownie wgniatają w fotel. Nie ma się jednak co spodziewać po tym filmie zabójczej akcji, bo szybszych momentów jest tu dokładnie tyle ile było pokazane w zwiastunach i ani jednego więcej. Mi akurat to nie przeszkadzało, bo od post apokaliptycznej sieczki i nudnego blockbustera zdecydowanie bardziej wolałem kino poważne i myślące. I taka też jest "Księga ocalenia". Największą wadą tego filmu jest natomiast zakończenie, a raczej to, że jest ono tak okropnie rozciągnięte w czasie. Zaczyna się efektowną sceną w domu i trwa przez dobre kilkanaście następnych minut, nie mogąc dojść do finalnej sceny. Zdecydowanie brakuje w obrazie braci Hudges mocnego akcentu na sam koniec, który skutecznie przygwoździłby nas do foteli na czas napisów końcowych. PS Cieszę się, że jednak poszedłem na ten film do kina, bo niewiele by brakowało, a przez złe recenzje prawie bym z niego zrezygnował. PS2 Na miejscu Dana Browna chyba obraziłbym się na twórców (albo na Gary'ego Oldmana) po obejrzeniu tego filmu. :p
niedziela, 31 stycznia 2010
Edward Nożycoręki
reżyseria: Tim Burton
Tak zaczyna się jeden z najbardziej znanych filmów Tima Burtona. Równocześnie jeden z najdziwniejszych i najbardziej magicznych filmów jaki dane było mi widzieć. Bo czy może być coś bardziej niezwykłego, od historii wyposażonego w nożyce ogrodowe chłopca, który próbuje wpasować się w życie małej, podmiejskiej społeczności? Raczej nie. "Edward Nożycoręki" to niezwykła baśń, niepodobna do niczego co kiedykolwiek można było oglądać na wielkim ekranie. Film czarujący, wzruszający, tak magiczny, że bardziej sie już po prostu nie da. To opowieść o samotności, o byciu sobą, o byciu wyjątkowym, ale także o uprzedzeniach i nienawiści, które zwyciężają z pierwszą ciekawością. To również przejaskrawiony obraz Ameryki sprzed kilkudziesięciu lat. Z pozoru idealnej, perfekcyjnej, kolorowej do przesady. Portret małej społeczności sąsiedzkiej, która z przyjaznej i dobrej w mgnieniu oka może zamienić się w nietolerancyjny tłum, kłamliwy, plotkujący, starający się usunąć z siebie niepasujące jednostki. Z pewnością "Edward Nożycoręki" nie byłby tak udanym filmem, gdyby nie genialny występ Johnny’ego Deppa, który z niezwykłym wyczuciem gra sztucznego człowieka, który nie jest jednak pozbawiony uczuć, czy ludzkich zachowań. Jego Edward jest zamknięty w sobie, skromny, niepewny, wrażliwy i tajemniczy, ale w żadnym wypadku obcy, czy dziwaczny. Deppowi idealnie udało się pokazać jak osamotniony Edward zaczyna spotykać mieszkańców miasteczka i powoli się przed nimi otwierać, wykorzystując swoje zdolności jako ogrodnik czy fryzjer. Udało mu się ukazać, jak z czarnobiałego świata laboratorium jego bohater wkracza do kolorowego osiedla - przy okazji niezwykle ciekawe i zaskakujące w tym filmie jest to, jak bez większych problemów rodzina Boggsów przyjmuje Eda do swojego domu, opiekując się nim i próbując mu pomóc. Drugim rewelacyjnym punktem dzięki któremu film Burtona jest tak niezwykłym dziełem, jest przecudowna muzyka Danny’ego Elfmana. To dzięki niej ta opowieść posiada tak niezwykłą atmosferę i nietypowy klimat. To dzięki niej jest tak magiczna i po prostu piękna. Kompozycja Elfmana niesie ze sobą niezliczoną liczbę emocji i uczuć i nadaje charakter całemu filmowi, wzmacniając go niesamowicie. Aż nie do wiary, że nie została wyróżniona żadną statuetką i patrząc na największe filmowe nagrody można powiedzieć, że niestety przeszła bez echa. Wielka szkoda, bo naprawdę jest wybitna i zasługuje na docenienie.
piątek, 29 stycznia 2010
Infiltracja
krety
reżyseria: Martin Scorsese na podstawie: filmu "Infernal Affairs"
Oglądając "Infiltrację" kolejny już raz zdałem sobie sprawę, że nie przepadam za filmami o mafii, gangsterach i oczywiście policji, która musi sobie jakoś z nimi radzić. Po prostu nie kręcą mnie kompletnie takie filmy i się na nich nudzę. Dlatego z reguły omijam obrazy o tego typu tematyce, żeby po pierwsze nie tracić na nie czasu, a ponadto by później nie narzekać, że kolejny tego typu film mi się nie podobał. "Infiltracją" zainteresowałem się jednak z dwóch powodów. Po pierwsze jest to obraz, który w 2004 roku został obsypany Oscarami, w tym i tym najważniejszym za Najlepszy film, a po drugie zagrało w nim tyle znanych i dobrych aktorów, że tragiczny być nie mógł. I taki też nie jest, ale również nie widzę powodu by się tą produkcją Martina Scorsese za nadto zachwycać. "Infiltracja" zaczyna się jako obraz składający się z dwóch, oddzielonych od siebie wątków, które na początku prawie nic nie łączy. Przez pierwsze pół godziny średnio wiemy co tak naprawdę się dzieje, kto jest kim i dla kogo pracuje. Każda kolejna nowa postać, pojawiająca się na ekranie, to kolejna wielka gwiazda filmowa. W pewnym momencie ma się wrażenie, że tych znanych nazwisk jest wręcz za dużo, bo aż końca nie widać w pojawianiu się tylu popularnych twarzy. W miarę upływu minut cała sytuacja zaczyna się robić coraz bardziej klarowna i już wkrótce oglądamy zmagania dwóch głównych młodych bohaterów: Billa i Colina. Ten pierwszy jest wtyczką bostońskiej policji u boku lokalnego gangstera Franka Costello, ten drugi jest natomiast wtyczką tego samego gangstera w policji. Obserwujemy jak kryją się oni w swojej pracy, by zdemaskować tego drugiego i samemu przez przypadek nie wpaść. Choć w większości "Infiltracja" oparta jest na dialogach i nie ma w niej zapierającej dech w piersiach akcji, to i tak ten film ogląda się całkiem dobrze. Nie porwał mnie on, ale muszę docenić, że został zrealizowany naprawdę sprawnie. Wszyscy aktorzy zagrali porządnie - najbardziej zaskoczył mnie Mark Wahlberg, w którego umiejętności srogo powątpiewałem. "Infiltracja" może pochwalić się również kilkoma naprawdę dobrze trzymającymi w napięciu scenami - rozmowa telefoniczna pomiędzy głównymi bohaterami czy też scena z odnalezioną kopertą w biurze Colina. „Infiltracja” to naprawdę dobry, poważny film, który jednak moim zdaniem nie zasługiwał na tyle wyróżnień. No chyba, że ten Oscar to statuetka przeprosinowa Akademii za nie przyznanie Martinowi Scorsese nagrody za inne, wcześniejsze jego filmy. Tylko, że wtedy szkoda innych obrazów z tamtego roku, które już statuetki nie otrzymały, a na nią zasługiwały.
wtorek, 26 stycznia 2010
Harry Brown
underpass
reżyseria: Daniel Barber
Barberowi udało się nakręcić niezwykle realistyczny, strasznie przygnębiający obraz, który poraża swoją brutalnością i bezpośredniością w ukazywaniu bieżących wydarzeń. Jego film jest ciężki, niezwykle poważny i choć zupełnie nie spieszy się z opowiadaniem historii, to ma swój odpowiedni rytm, dzięki czemu dobrze się go ogląda. Choć może akurat to słowo nie do końca tutaj pasuje, bo ta produkcja bez trudu przelewa na widzów swój ciemny, prawie że depresyjny nastrój i ciężko się od razu z niego później otrząsnąć. Nieźle również wypadł główny motyw zemsty wymierzanej przez starszego mężczyznę. Przed seansem obawiałem się, że będzie on bardzo naciągany i mało prawdopodobny, ale twórcy tak poprowadzili swą opowieść, że bez większych problemów można uwierzyć w przedstawiony rozwój wypadków. Z pewnością sporo w tym zasługi Michaela Caine’a, który jako Harry Brown wypadł, co prawda nie rewelacyjnie, ale po prostu dobrze. "Harry Brown" to historia porządnie napisana, nie podająca nam wszystkiego od razu na tacy, jedynie wspominająca o niektórych sprawach przy okazji, sugerująca pewne rzeczy, pozostawiając niektóre wątki niewyjaśnione, otwarte do samego końca. Szkoda tylko trochę, że zwalnia ona zdecydowanie za bardzo w połowie seansu, gdy bohater odwiedza lokalnego dilera. Ten fragment w filmie można było spokojnie skrócić o parę minut. Niestety również o ile sam szokujący początek tej produkcji wyszedł twórcom świetnie, bo dzięki niezwykle prostym środkom, w błyskawicznym tempie wprowadzał on nas w klimat całej opowieści, tak już zakończenie nie robi takiego wrażenia. Jest zbyt uproszczone, by nie napisać, że odrobinę naiwne, bo sugeruje ono jakoby, że problem szarych blokowisk można by raz na zawsze rozwiązać. A życie przecież takie proste nie jest...
sobota, 23 stycznia 2010
Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa
magiczna szafa
reżyseria: Andrew Adamson na podstawie: książki C.S. Lewisa "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa"
Pamiętam z dzieciństwa tytuł tej powieści C.S. Lewisa. Wiem również, że leży ona gdzieś w stosie wielu innych książek, ale nie potrafię sobie przypomnieć czy ją kiedyś czytałem. Oglądając film Andrew Adamsona miałem wrażenie, że chyba jednak nie, bo przynajmniej część wydarzeń w trakcie seansu bym sobie przypomniał, a z tej historii nic nie wydało mi się być znajome. Wychodzi więc na to, że tą opowieść o czwórce rodzeństwa, które uciekając przed okropnościami wojny, trafia przez przypadek i za sprawą starej szafy, do magicznej krainy Narnii, oglądałem po raz pierwszy. Nie wiem czy to wina okropnego polskiego dubbingu, czy to przez średnio składny scenariusz, ale nie porwała mnie ta opowieść. Nie uległem magii przedziwnej krainy Narnii, nie popłynąłem bezproblemowo z opowiadaną przez twórców historią. O ile jeszcze pierwsze sceny, powolnego (nawet trochę zbyt wolnego) odkrywania zaśnieżonego lasu mnie jako tako ciekawiły, to już dalszy ciąg wydarzeń wydał mi się naciągany, przewidywalny i co najgorsze nudny. Dziwnie mi się oglądało kolejne rozmawiające zwierzęta, nawołujące do wojny, budujące armię przeciwko Białej Czarownicy i mówiące o proroctwie, które ma się spełnić. A już sam pomysł na to, by kilkunastoletnie dzieciaki brały udział pod koniec filmu w ogromnej bitwie, tak jak przed seansem wydawał mi się być średnio trafionym, tak w samym filmie wyszedł jeszcze gorzej, niż mogłem tylko przypuszczać. Niestety nie wzięła mnie ta opowieść. Być może na kartach powieści wszystkie te wydarzenia miały jakiś większy sens i były bardziej porywające, ale niestety w filmie raczej nie robią większego wrażenia, a część z nich wyszła mało przekonująco. Jest jednak w tym filmie coś, co zdecydowanie zasługuje na większą uwagę i dla czego w gruncie rzeczy zdecydowałem się obejrzeć ten obraz. To świetna muzyka Harry'ego Gregsona-Williamsa, która cały czas towarzyszy bohaterom podczas ich wędrówki, tworzy niezwykłe tło dla ich przygód i stara się wytworzyć nietypowy, prawdziwe magiczny klimat. I udaje jej się to idealnie. Buduje ona niesamowitą atmosferę, jest momentami porywająca, po prostu piękna. Zaskoczyło mnie w filmie Adamsona również to, iż główną bohaterką jest najmłodsza z rodzeństwa czyli Łucja. Przed seansem wydawało mi się, że będzie z goła na odwrót i jej rola zostanie ograniczona prawie do minimum. Warto również w tym obrazie zwrócić uwagę na dobrą rolę Tildy Swinton jako Białej Czarownicy. Reszta niestety rozczarowuje.
piątek, 22 stycznia 2010
reviews na 6 miejscu w najczęściej linkowanych 2009
reviews na 6 miejscu w najczęściej linkowanych 2009 Jak co roku blox.pl stworzył zestawienie podsumowujące rok 2009. Znalazły się w nim Top10 z każdej kategorii, Top1000 wszystkich blogów, oraz Top 100 najczęściej linkowanych, czytanych, komentowanych, najbardziej obszernych i najczęściej odwiedzanych blogów w zeszłym roku.
Z ciekawości zajrzałem do tego podsumowania i ku mojemu niemałemu zaskoczeniu odnalazłem reviews na szóstym miejscu w najczęściej linkowanych. W podobnym zestawieniu tylko, że na rok 2008 mój blog znalazł się na 22 pozycji, więc sporo sobie podskoczył, co bardzo mnie cieszy. :) PS Coraz bliżej końca sesji egzaminacyjnej, więc już za kilka dni na blogu pojawią się trochę bardziej aktualne notki. Na pierwszy ogień pójdzie "Harry Brown" i "Wszystko co kocham". |