Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila






   Współpraca:












abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 27 września 2016
41.FFG / Ostatnia rodzina / Fale

41.FFG / Ostatnia rodzina / Fale

Ostatnia rodzina | dramat | Polska | 2016
reż. Jan P. Matuszyński | scen. Robert Bolesto

 (8/10)

Trudno pisać o filmach, które zrobiły na nas duże wrażenie. Trudno w kilku akapitach zawrzeć wszystkie uczucia, które towarzyszyły nam podczas seansu, dotknąć istoty tego, dlaczego dana produkcja wywołała taką a nie inną reakcję. Oddać wszystkie emocje, opisać myśli, które przewijały się przez głowę, wyjaśnić, co było tak niesamowitego akurat w tym jednym, konkretnym filmie, co tak bardzo zachwyciło. Czasem wręcz nie sposób tego wytłumaczyć, trzeba to po prostu przeżyć, poczuć na własnej skórze. Tak jest właśnie z „Ostatnią rodziną”, obrazem niezwykłym. Genialnie zagranym, wciągającym, świetnie napisanym, mądrym, uniwersalnym, śmiesznym i chwilami całkiem wzruszającym.

Akcja filmu rozciągnięta zostaje na przestrzeni trzydziestu lat, od końcówki lat 70. ubiegłego wieku aż po rok 2005. Powoli poznajemy członków rodziny Beksińskich, powoli wchodzimy w ich dość specyficzny świat. Co ciekawe, tematem tego filmu wcale nie są Beksińscy. Tematem nie jest postać sławnego malarza Zdzisława Beksińskiego ani jego twórczość, która tutaj jedynie wisi porozwieszana na ścianach mieszkania bohaterów. Tematem nie jest również Tomasz Beksiński, człowiek szalenie rozchwiany emocjonalnie, miłośnik muzyki, prezenter radiowy, wielokrotnie próbujący popełnić samobójstwo z, wydawać by się mogło, całkiem błahych powodów. Ten film jest o rodzinie, czyli – jak w pewnym momencie mówi Zdzisław – grupie ludzi, która tak, jak się lubi, tak jednocześnie się wzajemnie nienawidzi. I tak się tylko składa, że ten portret rodziny przedstawiony jest na przykładzie rodziny Beksińskich. Dzięki temu film Matuszyńskiego zyskuje uniwersalny przekaz.

„Ostatnia rodzina” jest więc spojrzeniem na międzyludzkie, rodzinne relacje, chwile przeżywane razem pod jednym dachem. To spojrzenie na skomplikowane relacje ojciec – syn, matka – syn, dziecko – rodzice, mąż – żona. Spojrzenie bardzo konkretne, wyraziste, pozbawione upiększaczy, chęci łagodzenia pewnych sytuacji, zdarzeń, wypowiedzi. Co więcej, jest to spojrzenie ewoluujące w miarę upływu lat. Tak jak bohaterowie dorastają, starzeją się, tak ich wzajemne relacje również przechodzą pewne przemiany. To wszystko wypływa ze świetnego scenariusza, który ogrom historii niezwykle sprawnie kompresuje do bardzo klarownych dwóch godzin, a swoich bohaterów wyposaża w świetnie napisane kwestie. Nic dziwnego, że jest tak dobry, tak dopieszczony, skoro praca nad nim rozpoczęła się aż osiem lat temu. Jest zabawny, jest wzruszający, mądry i poruszający.

„Ostatnia rodzina” jest również filmem brawurowo zagranym. To przepiękny koncert niezwykłych umiejętności aktorskich całej trójki. Fenomenalny jest Andrzej Seweryn w roli wiecznie pogodnego, przyjmującego wszystko ze spokojem Zdzisława Beksińskiego. Człowieka ciekawego świata, nowości, techniki, który nie lubił mówić o swojej twórczości, o swoich obrazach, gdyż jak oznajmia w jednej ze scen, to go blokowało. Fantastyczny jest także Dawid Ogrodnik, który znów całkiem zatraca się w roli, tym razem w postaci Tomasza Beksińskiego, który był całkowitym przeciwieństwem ojca, osobą wprowadzającą nieustanny chaos w spokojne życie rodziny. Ten niestabilny emocjonalnie mężczyzna miał problem z nawiązywaniem bliższych relacji międzyludzkich, ale jednocześnie był niezwykle wrażliwy na sztukę, w szczególności muzykę. I wreszcie Aleksandra Konieczna w roli żony i matki, Zofii Beksińskiej, która z anielską cierpliwością starała się ogarnąć dom, zapewnić opiekę nad matką i teściową, wspierać męża-artystę i syna, który nie dawał sobie rady z rzeczywistością. Koniecznie!



Fale | dramat | Polska | 2016
reż. scen. Grzegorz Zariczny

 (4/10)

„Fale” opowiadają historię zbliżoną do tej ukazanej w „Królewiczu Olch” Kuby Czekaja, lecz filmy te znacząco różnią się formą. Obraz Czekaja to produkcja zwariowana, przekombinowana, udziwniona na siłę. „Fale” są natomiast bardzo skromne, proste, kameralne. Kamera wchodzi w zwykłą, codzienną rzeczywistość, przez co chwilami film bardziej przypomina dokument niż fabułę. Oba te obrazy traktują jednak o tym samym – o odrzuceniu przez rodzica, o rozbitej rodzinie, o próbach czynionych przez dziecko, by odbudować relacje rodzinne, by nakłonić jedno z rodziców do powrotu do domu. W „Królewiczu Olch” głównym bohaterem był nastoletni chłopak, który tęsknił za swym ojcem, tutaj mamy dziewczynę, która tęskni za matką.

Bohaterkami filmu są Ania i Kasia. To dwie nastolatki, które przyuczają się do zawodu fryzjerki. Mieszkają na Nowej Hucie, pochodzą z trudnych rodzin. Ania żyje tylko z ojcem, matki nie widziała od blisko półtora roku, Kasia ma ojca alkoholika. Dziewczyny spędzają razem czas, włócząc się po okolicy, układając fale z włosów, przeżywając swoje dramaty. Szkoda tylko, że to spojrzenie na przyjaźń dwóch młodych kobiet jest w tym filmie tak nudne, nieciekawe, wtórne. Historia trąci banałem, schematem powielanym po wielokroć. Brakuje napięcia, brakuje zaskoczenia, czegoś, co odróżniłoby film od innych obrazów przedstawiających młodzież pochodzącą z patologicznych domów i problemy ich dojrzewania. Paradoksalnie brakuje tu również naturalności, i chyba lepiej by się stało, gdyby „Fale” były dokumentem, a nie fabułą.

19:44, milczacy_krytyk
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2016
41.FFG / Zaćma / Wszystkie nieprzespane noce

41.FFG / Zaćma / Wszystkie nieprzespane noce

Zaćma | dramat | Polska | 2016
reż. scen. Ryszard Bugajski

 (7,5/10)

Lata 60. ubiegłego wieku. Z Warszawy do zakładu dla ociemniałych w Górkach przyjeżdża pewna starsza kobieta. Jest poważna, uprzejma, dystyngowana, bardzo zadbana. Przedstawia się jako Julia Prejs i chce spotkać się z księdzem prymasem, który akurat przebywa w ośrodku. Ponieważ prymas jest bardzo zajęty, musi na niego trochę poczekać. Siostra prowadząca Bernadeta zaprasza Julię do kaplicy, by tam cierpliwie poczekała na wizytę. Tak się składa, że w kaplicy akurat modli się pewien niewidomy ksiądz. Podczas ich rozmowy wychodzi na jaw, że Julia nie jest osobą, za którą się podaje. Tak naprawdę ma na nazwisko Brystigerowa. To pułkownik Urzędu Bezpieczeństwa, stalinowska zbrodniarka. Żydówka, ateistka, która w przeszłości walczyła z kościołem w celu zlaicyzowania państwa. Nazywano ją Krwawą Luną, gdyż słynęła z ogromnego okrucieństwa zadawanego ludziom, których przesłuchiwała. Zagadką pozostaje, po co ktoś taki chce koniecznie spotkać się z prymasem Polski…?

Film Ryszarda Bugajskiego jest obrazem niezwykle kameralnym. W gruncie rzeczy mógłby zostać zrealizowany również w formie sztuki teatralnej. Cała akcja rozgrywa się w kilku miejscach, w kilku pomieszczeniach, i opiera się w gruncie rzeczy na dialogach, długich rozmowach, jakie bohaterka odbywa z ludźmi spotykanymi na swojej drodze. I właśnie te dialogi – z niewidomym księdzem, z siostrą zakonną, z ludźmi z niedalekiego baru – napędzają ten film. One stopniowo przedstawiają bohaterkę, one zaczynają ukazywać, jak złożoną jest postacią. Reżyser te długie, ale wciągające rozmowy przetyka scenami wspomnień, momentami z życia Krwawej Luny, gdy robiła to, w co kiedyś wierzyła. Na szczęście nie epatuje przy tym okrucieństwem, właściwie nie ukazuje samych scen tortur, znęcania się nad przesłuchiwanymi. Film nie usiłuje szokować obrazem. Szkoda jednak, że reżyser momentami kieruje swój film na tory metafizyki. Przedstawia zwidy i wizje, jakie miewa bohaterka: obrazy lewitującej papierośnicy, ożywającego posągu Jezusa czy ducha jednego z torturowanych mężczyzn. Te obrazy odbierają tej historii powagi, są tu właściwie niepotrzebne, za bardzo odsuwają tę opowieść od realistycznego, bardzo konkretnego gruntu.

Nie da się ukryć, że film ten stoi przede wszystkim genialną rolą Marii Mamony, która wcieliła się w postać Julii. Ona tworzy ten film. Stara się zrozumieć bohaterkę, a przez to nie portretuje jej w jednoznaczny sposób. Nie rozgrzesza, nie usprawiedliwia, ukazuje najpełniejszy obraz z możliwych. Obraz kobiety szalenie skomplikowanej, obecnie bardzo zagubionej. Z jednej strony inteligentnej, wykształconej, z drugiej strony okrutnej, nieludzkiej, przerażającej. Brystigerowa w wykonaniu Mamony to postać nieoczywista. Szukająca odkupienia, ale niewierząca w Boga. Zagubiona ateistka, która nie widzi nic złego w czynach, jakich się dopuściła w przeszłości, ale z drugiej strony nękana przez przeszłość, nie potrafiąca odnaleźć spokoju. Postać, której postępowania się nie rozumie, ale którą chce się zrozumieć. Postać budząca mnóstwo skrajnych emocji. Genialna rola, dla której warto obejrzeć ten film.



Wszystkie nieprzespane noce | dramat | Polska | 2015
reż. scen. Michał Marczak

 (4/10)

Zapraszając na wieczorny seans w Teatrze Muzycznym, reżyser Michał Marczak życzył zgromadzonym widzom, aby popłynęli z jego filmem. Aby chłonęli jego atmosferę, poddali się jego rytmowi, zawierzyli swoim emocjom. Wstępem do tej produkcji jest natomiast pojawiająca się na czarnym tle informacja mówiąca o „wzgórzu wspomnień”. Termin ten oznacza nadmiar wspomnień, który podobno wytwarza się w ludzkim umyśle w czasie dorastania, w czasie młodości. Wspomnień z tego okresu jest więcej niż z jakiegokolwiek innego fragmentu ludzkiego życia. I tym właśnie jest ten film. To obraz młodości, nastoletniego życia, wspomnienie dwudziestu lat. Przypadkowy, spontaniczny montaż wspomnień z imprez, domówek, czasu spędzonego z przyjaciółmi, odbytych randek, nieprzespanych nocy.

Problem polega jednak na tym, że w formie, w jakiej ta produkcja została podana, film Michała Marczaka jest właściwie filmem o niczym. To nudny, nie dążący absolutnie do niczego zapis scen, zapis improwizowanych sytuacji, w czasie których bohaterowie po procentach, na haju, bełkoczą o życiu, marzeniach, swoich problemach. Wygłupiają się, imprezują, tańczą, piją, gadają. Ot, wszystko to, czego pewnie każdy zaznał za młodu. Zbiór scen, który niczego nie odkrywa, niczego ważnego nie mówi, nie podchodzi do tematu od żadnej nowej, ciekawej strony. O bohaterach wie się tyle co nic, a nie znając ich, nie ma się ochoty na to, by śledzić ich losy. I co z tego, że całość jest naturalna, pomysłowo zmontowana, jeśli nijak nie obchodzi, jeśli do niczego nie dąży, nic nie wnosi? Podczas spotkania z twórcami po seansie okazało się, że scenariusz tej produkcji miał zaledwie piętnaście stron. To widać, to wiele tłumaczy. „Wszystkie nieprzespane noce” sprawiają wrażenie wielkiej improwizacji, jakby ktoś wszedł z kamerą na imprezy, domówki, i to sfilmował, a później zmontował.

Problem tego filmu polega również na tym, że ogląda się go z zewnątrz, nie uczestniczy się w nim. Jaka jest frajda z imprezy, na której się nie uczestniczy? Te nabierają sensu i znaczenia tylko wtedy, gdy jest się ich częścią, gdy bierze się w nich czynny udział. Gdy samemu robi się głupstwa, gdy z przyjaciółmi rozmawia o niczym. Te nieprzespane noce, wszystkie chwile tu ukazane nabierają wartości tylko wtedy, gdy są częścią nas. Gdy są naszą młodością. Brak uczestnictwa odbiera im jakiekolwiek znaczenie. To jak oglądanie gry komputerowej, w którą nie można zagrać. Najlepszym podsumowaniem tej produkcji staje się więc pewna kwestia wygłaszana przez jedną z postaci: miało się tyle dziać, a się nie działo.

Tagi: festiwal ffg
22:01, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 września 2016
41.FFG / Las, 4 rano / Królewicz Olch / Jestem mordercą

41.FFG / Las, 4 rano / Królewicz Olch / Jestem mordercą

Las, 4 rano | dramat | Polska | 2016
reż. Jan Jakub Kolski | scen. Jan Jakub Kolski, Krzysztof Majchrzak

 (6/10)

„Las, 4 rano” to drugi film tegorocznego festiwalu w Gdyni (po „Szczęściu świata”), w którym wprowadzenie jest całkiem zbędne. Te kilka pierwszych scen, które zostają zaprezentowane na samym początku, można by całkiem wyciąć, ponieważ późniejsze zdarzenia, właściwie cały późniejszy film, jest z zupełnie innej bajki. W „Szczęściu świata” był to wątek pewnego dziennikarza przyjeżdżającego na Śląsk, o którym twórcy błyskawicznie zapominali, tutaj tym zupełnie niepotrzebnym wstępem jest spojrzenie na dość wiekowego, ekscentrycznego szefa pewnej firmy. To facet z tatuażem na głowie, jeżdżący na motorze, traktujący swoich pracowników jak własność. Tak przedstawia go pierwszych kilka minut tego obrazu, tyle tylko, że chwilę później trafiamy do lasu i zupełnie innej opowieści.

Film ten zbudowany jest na epizodach, cichych scenkach rodzajowych, w czasie których dzieje się niewiele. Całość poprzedzielana została cytatami z Księgi Hioba, w pewnym stopniu komentującymi stan emocjonalny, w jakim znajduje się główny bohater. Od pewnego czasu mieszka w lesie, koleguje się z trójnogim psem i wiewiórkami, zastawia pułapki na zające i bobry. Pragnie ciszy, ale spokój zakłócają mu różni ludzie. Najpierw prostytutka Nata, z którą bardzo szybko się zaprzyjaźnia. Później nastoletnia dziewczynka, która uciekła z domu dziecka. I tak żyją sobie w tej naturalnej samotni, przeżywając swoje dramaty. Co ciekawe, gdybyśmy o przeszłości bohatera – o tym, skąd pochodzi, co robił, zanim trafił do lasu – wiedzieli mniej, niż reżyser nam pokazuje podczas pierwszych scen, wtedy lepiej by się tę produkcję odbierało. Niewiedza o tym, kim jest bezdomny, byłaby znacznie ciekawsza niż ta urwana opowieść pomiędzy prologiem a właściwą akcją.

Ten spokojny film Jana Jakuba Kolskiego to historia o tęsknocie, o akceptacji, o potrzebie drugiego człowieka. To historia o utraconym ojcostwie i pewnej próbie jego naprawienia. To film o radzeniu sobie ze stratą, o różnych sposobach przeżywania żałoby. Mówi o potrzebie skrycia się przed resztą świata, przed codziennością i pędem dzisiejszego życia. O potrzebie zapadnięcia się pod ziemię, by w ciszy, z dala od wszystkiego, móc uporać się z tym, co zdarzyło się kiedyś. Film aspirujący do niesienia ze sobą pewnego rodzaju właściwości terapeutycznych. Delikatny i subtelny, chwilami sprawia wrażenie trochę improwizowanego, rozgrywanego na bazie dobrej atmosfery unoszącej się pomiędzy aktorami. Dla fanów wcześniejszych produkcji Kolskiego pozycja pewnie obowiązkowa.

Królewicz Olch | dramat | Polska | 2016
reż. scen. Kuba Czekaj

 (4/10)

Trudny był to seans. Przekombinowany, pokręcony, udziwniony na siłę, obudowany dziwactwami, byleby tylko ukryć to, jak prosty, oczywisty, banalny i zwyczajny jest u podstaw. Ot, historia pewnego chłopaka, nastolatka, który źle znosi brak ojca. Historia chłopaka, który musi wreszcie dorosnąć. Jego matka próbuje wiązać koniec z końcem, pracując jako opiekunka do dzieci. On jest podobno niezwykle uzdolnionym uczniem, miłośnikiem fizyki, ale również nastolatkiem z bardzo wybujałą wyobraźnią, która projektuje wizje przeplatające się z rzeczywistością. A to podłoga rozstępuje się w szkolnej klasie, a matka wraz z nauczycielką zaczynają się całować i taplać w błocie, a to telewizyjny prorok ogłasza nadchodzący koniec świata i zaczyna śpiewać o tym piosenkę, a to nagle przenosimy się do innej rzeczywistości, w której wszystko się dobrze kończy, wszyscy są szczęśliwi. Takie klimaty.

Ciężko się ogląda ten film. Po pierwsze przez rozbuchaną formę, która na siłę próbuje zakryć prostotę tej historii; po drugie – przez tendencję reżysera do udziwniania kolejnych scen, jakby wymyślania na bieżąco co by innego, nietypowego mogli zrobić bohaterowie, co by zaskoczyło, zszokowało widza. Całość przyjmuje formę sennego marzenia, dziwnego teledysku, opowieści złożonej z kilkunastu rozdziałów odliczających dni do końca świata, poprzedzielanych płynącymi z offu fragmentami „Króla Olch” Goethego, które po niemiecku recytuje główny bohater. Temat dorastania i tęsknoty za ojcem jest udziwniony do granic możliwości. By było oryginalnie, by było inaczej, tylko czy aby na pewno lepiej? Kino eksperymentalne, a tym w jakimś stopniu jest „Królewicz Olch”, ma to do siebie, że albo się je kupuje w całości, albo szczerze się go nie cierpi. Nie ma niczego pomiędzy. Ja niestety w przypadku filmu Czekaja przychylam się ku tej drugiej opcji.



Jestem mordercą | thriller | Polska | 2016
reż. scen. Maciej Pieprzyca

 (8/10)

To ciekawe, że w podobnym czasie powstały dwa filmy zainspirowane autentycznymi postaciami seryjnych morderców, którzy nosili przydomek Wampir. „Czerwony pająk”, który jakiś czas temu trafił do powszechnej dystrybucji, a który również bierze udział w Konkursie Głównym festiwalu, mówił o Wampirze z Krakowa, ale był bardziej luźną wariacją na temat tamtego mordercy niż filmem przybliżającym prawdziwą historię. „Jestem mordercą” opowiada natomiast o Wampirze z Zagłębia i – inaczej niż „Czerwony pająk” – zamiast skupiać się na postaci mordercy, przyjmuje punkt widzenia śledczych. Podchodzi przy tym do tematu w bardzo rzetelny, dokładny, analityczny sposób. I w sumie takie podejście dziwić nie powinno, skoro reżyser Maciej Pieprzyca 18 lat temu nakręcił dokument na temat Wampira i zna tę postać bardzo dobrze. W swoim nowym filmie mierzy się z jego historią poprzez fabułę, a wychodzi mu to znakomicie.

Lata 70. ubiegłego wieku. Mieszkańcy Zagłębia żyją w narastającym strachu przed szalejącym seryjnym mordercą, który zabija kobiety samotnie wracające do domów. Ludzie boją się wychodzić po zmroku, organizują nocne patrole i dbają o to, by kobiety zawsze przebywały w towarzystwie mężczyzn. Morderca przy okazji pierwszej zbrodni, w przesłanym przez siebie liście zapowiedział, że z okazji trzydziestolecia Polski Ludowej zabije w sumie trzydzieści kobiet. Nad sprawą Wampira pracowały już dwa zespoły milicjantów, jednakże nikomu nie udało się choćby odrobinę zbliżyć do odpowiedzi na pytanie, kto tak naprawdę zabija. Do sprawy oddelegowany zostaje młody, ambitny milicjant. Dzięki kilku niestandardowym pomysłom dość szybko udaje mu się wpaść na trop osoby, która może być odpowiedzialna za wszystkie zbrodnie. Jednakże gdy podejrzany zostaje ujęty, zaczynają pojawiać się pewne wątpliwości. I z każdą kolejną chwilą śledztwa będzie ich coraz więcej.

„Jestem mordercą” jest filmem udanym, ponieważ nie jest obrazem „na temat”. Nie jest produkcją, która za cel stawia sobie opowiedzieć o morderstwach w Zagłębiu. To produkcja, która na pierwszym planie stawia bohaterów, i to poprzez nich przedstawia nam uproszczoną wersję tego, co zdarzyło się ponad czterdzieści lat temu. To obraz, który poprzez postać milicjanta mówi o poszlakowym śledztwie, o licznych wątpliwościach, o pewnej mistyfikacji i o systemie wykorzystującym jednostki do swoich celów. To produkcja świetnie napisana, która o dziwo nie epatuje okrutnymi obrazami, nawet stara się momentami odciążyć klimat wprowadzanym tu i ówdzie humorem, ale nie zapomina ani przez chwilę o tym, by całość trzymać w odpowiednim napięciu, by w jasny, konkretny i logiczny sposób dążyć do celu, do rozwiązania. Nie dziwne, że scenariusz został doceniony i wyróżniony przez PISF jako jeden z najlepszych skryptów, bo to naprawdę świetny tekst. Rozbudowany ale nie rozlazły, konkretny, skupiony na bohaterach i ich przeżyciach, w ciekawy sposób prowadzący akcję.

Pisząc o tym filmie, koniecznie trzeba wspomnieć o grających tutaj aktorach, bo właściwie wszyscy wyciągają ze swoich ról maksimum i błyszczą na ekranie. Świetny jest Mirosław Haniszewski jako milicjant, który zostaje wykorzystany przez system i który w pewnym momencie nie może się już wycofać ze śledztwa. Im dłużej ono trwa, im bliżej jest do ostatecznego wyroku, tym bohater ma więcej wątpliwości odnośnie swoich wcześniejszych przekonań, ale z uwagi na otrzymywane bonusy stara się zagłuszać swoje sumienie. Świetny jest również Arkadiusz Jakubik jako oskarżony. Gra w taki sposób, aby jego bohater wydawał się niewinny, ale jednocześnie sprawiał wrażenie osoby, która jednak mogłaby popełnić zbrodnie, które jej się przypisuje. Widz cały czas ma wątpliwości, czy to na pewno on jest mordercą. Również aktorzy pojawiający się na drugim planie – Adamczyk, Kulesza, Żurawski, Popławska – spisują się świetnie w swoich rolach. Naprawdę bardzo udany, trzymający w napięciu thriller.

Tagi: festiwal ffg
17:45, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 września 2016
41.FFG / Szczęście świata / Sługi boże

41. FFG / Szczęście świata / Sługi boże

Szczęście świata | dramat | Polska | 2016
reż. i scen. Michał Rosa

 (5/10)

Film Michała Rosy ma nietypową strukturę. Zaczyna się od ukazania pewnego mężczyzny, który otrzymuje zadanie do wykonania. Ma pojechać na Śląsk, aby tam odnaleźć nieznanego autora poczytnego baedekera (niem. przewodnik). Scenę później przyjeżdża na miejsce, do pewnej wielkiej kamienicy stojącej jakby na końcu świata, i właściwie w tym momencie jego wątek się urywa. W zamian poznajemy mieszkańców kamienicy, a są oni dość osobliwi. Najważniejszą z nich jest Róża, piękna Żydówka, codziennie biorąca kąpiele, których cudowny zapach roznosi się po mieszkaniach. Piętro wyżej mieszka pewien Ślązak – mąż i ojciec braci bliźniaków, matematyk z zamiłowania, dla którego życie jest drogą od punktu A do B. To samo piętro zajmuje też surowa Niemka wraz z dwunastoletnim chłopcem, która czeka na powrót brata. Mężczyzna, który mieszka obok Róży, to Polak pielęgnujący pewną rzadką roślinę, zakwitającą tylko raz do roku. A wszystko to dzieje się na krótko przed rozpoczęciem drugiej wojny światowej.

Dziwny to film. Z jednej strony przez czasy, w jakich rozgrywa się jego akcja, bardzo poważny i smutny. Podskórnie niepokojący i stresujący, potrafiący uchwycić rosnące napięcie między ludźmi w przededniu wojny. Z drugiej jednak strony zaskakująco spokojny, niespieszny. W pewnym stopniu „Szczęście świata” próbuje odczarować te straszne czasy ubiegłego wieku. Czyni to przy pomocy wątku mężczyzny, który pielęgnuje roślinę, pełnego ciepłych barw sposobu portretowania Róży, czy fantazyjnego spojrzenia na miejsce akcji – wielką kamienicę, która sprawia wrażenie jakby dorysowanej do krajobrazu. Kamienicę malowniczą, nierealną, jakby wyjętą z filmów Wesa Andersona, który w swoich dziełach tworzy takie nierealne pejzaże. Tylko że tu tej nierealności jest stosunkowo mało, przez co chwilami sprawia ona wrażenie niepotrzebnej, dodanej na siłę. Na szczęście jest też w filmie Rosy pewnego rodzaju epilog, rozgrywający się w latach 50., który wiąże wątki i dodaje do wymowy tego obrazu bardzo duży ciężar. To dzięki niemu po seansie jest się nad czym zastanowić. 
 


Sługi boże | thriller | Polska | 2016
reż. i scen. Mariusz Gawryś

 (6/10)

Filmy takie jak „Sługi boże”, zaliczane do kina gatunkowego, są na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni bardzo potrzebne. To odskocznia od poważnych, trudnych tematów poruszanych przez produkcje historyczne, zaangażowane, prezentujące skomplikowane problemy społeczne, dotykające bolesnej historii. To, że bardziej popularne, lżejsze kino również bierze udział w wyścigu o nagrody, nie znaczy, że jest gorsze od tych z założenia „ważnych” obrazów. Szkoda tylko, że akurat „Sługi boże” okazują się być filmem, który znacznie więcej obiecuje, niż ostatecznie dostarcza.

Współczesny Wrocław. Z wieży kościoła rzuca się kobieta, ginie na miejscu. Sekcja zwłok nie wykazuje udziału osób trzecich. Jedyne, co wydaje się podejrzane, to bardzo zaczerwienione białka oczne, wskazujące na to, że ofiara miała jaskrę. Do sprawy zostaje przydzielony komisarz Warski oraz niemiecka policjantka o polskich korzeniach, Ana Witesch. Niedługo po tym nieszczęśliwym wypadku wydarza się kolejny. Znów ofiarą jest młoda kobieta, która skoczyła z tej samej kościelnej wieży. Podejrzenia padają wpierw na dość konserwatywnego dyrektora chóru kościelnego, ale policjanci nie mają twardych dowodów. Wkrótce okazuje się, że sprawa zatacza szersze kręgi, jest znacznie bardziej zawiła, a policjanci nie mogą nikomu ufać. Nawet sobie nawzajem.

Pierwszy akt tego filmu jest naprawdę obiecujący. Ciekawa intryga, porządny główny bohater, całkiem niezłe tempo, piękne zdjęcia Wrocławia. Problem w tym, że im dalej, tym całość coraz bardziej się rozmywa. Im bardziej twórcy rozbudowują intrygę, tym tak naprawdę mniej się nią interesują. W efekcie śledztwo pod koniec właściwie rozwiązuje się samo, przez co jego efekt nie robi większego wrażenia. Mariusz Gawryś zbyt często wybiera znane ścieżki, decyduje się na utarte schematy. Ileż bowiem to już razy widzieliśmy w kinie samotnego policjanta cierpiącego po stracie najbliższych, czy mundurowego szukającego zemsty na ludziach ze swojej przeszłości?

To, co jednak boli w tym filmie najbardziej, to sposób, w jaki twórcy potraktowali postaci kobiece. Dwie z nich są ofiarami, które być może popełniły samobójstwo, ale wiele wskazuje na to, że zostały do tego zmuszone. Ana, policjantka z Niemiec, przez połowę filmu jest marginalizowana i właściwie dopiero pod koniec zaczyna faktycznie wpływać na przebieg śledztwa. Ale i tak okazuje się postacią naznaczoną przez swoje dzieciństwo, nieszczęśliwą przez wydarzenia z przeszłości, którą wybawić może Warski. Najgorsza jest jednak postać grana przez Małgorzatę Foremniak, którą twórcy traktują w okrutnie przedmiotowy, nielogiczny sposób. Jakby przez cały czas tylko kombinowali, jak jeszcze bardziej ją sponiewierać, upokorzyć.

Tagi: festiwal ffg
15:19, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 września 2016
Julieta

harlequin

JulietaJulieta (2016) Hiszpania

reżyseria i scenariusz: Pedro Almodóvar
aktorzy: Emma Suárez, Adriana Ugarte, Daniel Grao, Inma Cuesta, Michelle Jenner, Darío Grandinetti, Rossy de Palma, Susi Sánchez, Pilar Castro, Joaquín Notario, Nathalie Poza
muzyka: Alberto Iglesias
zdjęcia: Jean-Claude Larrieu
montaż: José Salcedo

na podstawie: opowiadania Alice Munro

 (5/10)

Wielki powrót Almodovara, mówili.  Film, którym hiszpański reżyser wraca do formy.  Film, na który warto było czekać.  No niestety nie do końca, bo choć "Julieta" nie jest tak nieudana jak "Przelotni kochankowie", to daleko jej do dawnych filmów reżysera.  I choć tendencja wzrostowa może cieszyć, to jednak po seansie pozostaje spory niedosyt, że Almodovar zaprezentował nam tak w sumie dość obojętny film.  Film harlequin, strasznie prosto napisany, przewidywalny, w którym choć coś się dzieje, to do niczego to dzianie się nie prowadzi.  Bo to taka na siłę łzawa opowiastka, która choć może i ładnie wygląda, to jednak budzi emocje jedynie na wierzchu, nie dotykając tego co wewnątrz.

Julieta to dojrzała kobieta, która wraz ze swoim partnerem ma zamiar wyjechać z rodzinnej Hiszpanii.  Jednakże wtedy, zupełnie przypadkiem dowiaduje się, że pewna znajoma z dawnych lat widziała jej córkę.  Córkę, która wiele lat temu, nagle, zerwała całkiem kontakt z matką i wybrała inne życie.  Julieta przez wiele lat nie mogła pogodzić się z tym odrzuceniem przez własne dziecko, dlatego bez chwili wahania decyduje się powrócić do dawnego domu, bo w ten sposób ma nadzieję odzyskać kontakt ze swym dzieckiem.  A tam, zaczyna rozpamiętywać swoje młodzieńcze lata, to jak poznała ojca swej córki, to jak wyglądało ich wspólne życie.  I, to tyle.

Największym problemem „Juliety” jest to, że jest to film, który nie potrafi się rozwinąć, nie potrafi przejść do właściwej historii.  Jego wstęp trwa bez końca i ciągle czeka się na rozpoczęcie tej głównej opowieści, na jakiś zwrot akcji, który spowoduje, że oprócz przewijających się wspomnień bohaterki, również zadzieje się coś w jej teraźniejszym życiu.  Almodovar woli jednak melodramat z przeszłości, tę bardzo prostym językiem rozegraną historię w której każdy z bohaterów coś przeżywa, z jakiegoś powodu cierpi.  Tragedia goni tragedię, teatralny dramat razi swoją sztucznością.  Uczucia, emocje są tu przesadnie rozbuchane, tak jak przesadnie jaskrawe bywają stroje w jakich paradują piękne bohaterki. 

Po tym nieustannym zaglądaniu w przeszłość bohaterki, oczekiwałoby się, że w końcu będzie ono miało jakieś przełożenie na bieżące wydarzenia.  Problem jednak w tym, że ta nudna opowieść woli rozpamiętywanie dawnych uczuć, niż prezentowanie nowych zdarzeń.  Denerwująca jest strasznie maniera, z jaką Almodovar prowadzi ten film, nie poprzez ukazywanie zdarzeń, ale przez mówienie o nich.  Bohaterki wkraczają na scenę i z przejęciem oznajmiają co się u kogo dzieje, bądź co się stało.  Jakby tych zdarzeń nie można było po prostu pokazać.  Całość kończy się na niczym.  Julieta nie przechodzi żadnej przemiany, a gdyby nie interwencja z zewnętrz, to rozpamiętywanie dawnych dziejów, do niczego by jej nie doprowadziło.  Całość urywa się w momencie w którym tak naprawdę mogłaby się dopiero rozkręcić.

Tagi: dramat
21:53, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 269