Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
mother!

never enough

mother!mother! (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Darren Aronofsky
akotrzy: Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer, Brian Gleeson, Domhnall Gleeson, Kristen Wiig
muzyka: Andrew Weisblum
zdjęcia: Matthew Libatique
montaż: Andrew Weisblum

 (6/10)

*** MOŻLIWE SPOILERY ***

Najnowszy film Darrena Aronofsky'ego jest bezkompromisowym, odważnym, rozszalałym eksperymentem.  To obraz, który zmierza w zupełnie odmiennym kierunku niż może się z początku wydawać.  To film, który usypia czujność, znieczula zmysły, by w finalnym trzecim akcie, rozpętać prawdziwe piekło, puścić wszystkie hamulce. Wykrzykując przekonania reżysera, wbić je nam do głowy mocą młota pneumatycznego.  Ta intensywność, to mówienie Capslockami widoczne jest już w samym tytule, poprzez pojawiający się na ekranie wykrzyknij tuż za słowem "mother".  Z pozoru delikatne słowo, pisane do tego z małej litery, zostaje wzmocnione, uzbrojone tym wykrzyknikiem.  Tak dzieje się również z przedstawianą tu historią, która z niewinnej, niepokojącej, przywołującej skojarzenia do "Dziecka Rosemary" i innych znanych opowieści grozy, zamienia się w absurdalne przedstawienie, które nie ma końca.  Początkowo można by sądzić, że ta produkcja będzie kolejną wariacją na temat tajemnic skrywanych w zamurowanych piwnicach, że będzie opowieścią o niebezpiecznym kulcie wykorzystującym niewinną bohaterkę, bądź będzie opowieścią o obłędzie w który wpada kobieta.  Tak się może zdawać aż do momentu, gdy z pozoru przypadkowe sytuacje, mrugnięcia okiem w kierunku widza nie zaczną układać się w pewien obraz, w nawiązanie, w znane symbole.  Wtedy okaże się, że kierunek tej opowieści jest zgoła inny.

"mother!" jest swego rodzaju remakiem.  Nowoczesnym przedstawieniem, reinterpretacją, własnym wyobrażeniem, które poprzez współczesne umiejscowienie ma unaocznić opowieści znane od tysiącleci.  Poprzez bliższe nam postaci żony, pisarza, niezapowiedzianych gości przybywających do domu gospodarzy, na nowo wyłożyć prawdy, które przyjmowane są bezkrytycznie.  Skrytykować je, pokazać w innym świetle, na świeżo zastanowić się nad ich sensem.  Opowiedzieć historię od początków do końca, ale w nowym otoczeniu przez które miałaby ona zyskać nowe znaczenie, zabłysnąć nowym blaskiem.  Aronofsky jednak zamiast tylko lekko zabarwiać swoją prostą opowieść znanymi symbolami, postaciami, znaczeniami, z każdą kolejną minutą seansu coraz bardziej skupia się nad tymi na nowo ukazywanymi symbolami, zapominając o właściwej opowieści, realnej historii.  Ożywające na ekranie metafory, a raczej METAFORY, zaczynają żyć własnym życiem, przejmują pełną kontrolę nad akcją, całkiem tracąc grunt pod stopami, zupełnie zapominając o tym, że to film powinien je prowadzić, a nie na odwrót.  Stąd druga połowa seansu ogranicza się jedynie do znajdywania kolejnych elementów układanki w pojawiających się na ekranie postaciach i wydarzeniach, na domyślaniu się jak daleko ta znana historia się potoczy.  Znika sam film, znika historia pewnej kobiety, której domostwo zostaje nawiedzone przez parę nieznajomych.  Na pierwszy plan wkracza chaos i zupełnie niepotrzebny remake.

Czego tutaj nie ma?  Jest matka Ziemia i Bóg. Są dwaj bracia i morderstwo.  Jest dzieciątko i krwawy poczęstunek.  Jest wyczekiwanie na słowo i jego wyznawcy.  Jest przedmiot zakazany, raj utracony i kreowanie nowych rzeczywistości.  Jest całe zło tego świata i w sumie chyba tylko diabła brak. Skądś to znamy? Przenośni, odniesień jest co nie miara, a im dalej tym więcej.  Tylko w sumie po co?  By swoimi słowami, pod pozorem zwykłego horroru przerobić mity i wierzenia na swoją modłę?  By tym nowym obrazem oburzyć, obudzić, pokazać w jak złym kierunku zmierza ten świat?  Bo świat Aronofskiego nie stoi na krawędzi zagłady, on właśnie przechodzi apokalipsę.  To niekontrolowany chaos, pełen zła wyrządzanego przez ludzi kompletnie oderwanych od natury i dobra.  Świat w którym Bóg to zadufany w sobie obserwator, pragnący jedynie poklasku maluczkich, wybaczający im całe zło byleby tylko go wielbili.  To Bóg okrutny, samolubny, zły.  Jedynie przyglądający się swemu stworzeniu, które w ekspresowym tempie niszczone jest przez ludzi. Ten zakończony wykrzyknikiem, proekologiczny krzyk rozpaczy reżysera, choć odważny, choć pomysłowy, niestety zawodzi. Bo stoi w rozkroku między zwykłą opowieścią, która nasączona jest dodatkowymi znaczeniami, a szaleństwem, które stoi samymi metaforami.  Bo pod koniec reżyser przestaje wierzyć swoim widzom i zaczyna udzielać dosłownych odpowiedzi w dialogach, które aż bolą gdy się je słyszy.  Pomysłowa szarża, odważna krytyka dzisiejszego pogubionego świata staje się świetnie zrealizowaną (Libatique jak zawsze niezawodny) ale okrutnie rozczarowującą pokazówką, która zamiast zachwycać, jedynie irytuje zmarnowanym potencjałem.

wtorek, 07 listopada 2017, milczacy_krytyk
Tagi: horror

Polecane wpisy