Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Valerian i Miasto Tysiąca Planet

space oddity

Valerian i Miasto Tysiąca PlanetValerian i Miasto Tysiąca Planet (2017) Francja, USA

reżyseria i scenariusz: Luc Besson
aktorzy: Dane DeHaan, Cara Delevingne, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke, Herbie Hancock
muzyka: Alexandre Desplat

zdjęcia: Thierry Arbogast
montaż: Julien Rey

 (6-/10)

"Valerian" jest podobno najdroższym francuskim filmem jaki kiedykolwiek powstał.  Z budżetem na poziomie amerykańskich blockbusterów, twórcy mogli popuścić wodze fantazji i wykreować rozbuchany, bombastyczny świat dalekiej przyszłości.  Bez żadnych ograniczeń generować kolejne miejsca, planety, gatunki obcych istot.  I co do efektów specjalnych przyczepić się tutaj nie można, bo świat wykreowany przez Bessona, choć w całości cyfrowy, jest przekonujący.  Kipi całą paletą barw, zadziwia wielkością.  Choć "Valerian" jest produkcją europejską, efekty specjalne nie odstają i radują oczy od początku do samego końca.  Dziwi tylko trochę to, że choć Besson wykreował ten gigantyczny kosmiczny świat przyszłości, w sumie tak niewiele nam z niego pokazuje.  Miasto Tysiąca Planet tak naprawdę znamy tylko z nazwy, bo widzimy z niego tylko kilka migawek.  Również obce rasy nie mają szans bardziej zabłysnąć, oprócz krótkiego montażu z prologu.  Szkoda, bo ten świat sprawia wrażenie znacznie bogatszego, niż te kilka fragmentów, które nam pokazano.

To co w filmach przyciąga uwagę widza, to co go tak naprawdę angażuje, to nie efekty specjalne, a bohaterowie.  Czyli niestety to, czego najbardziej brakuje w produkcji Bessona.  Valerian i Laureline to postaci wyprane z charakteru, nijakie, nieciekawe, nudne, płaskie.  Valerian powinien być takim współczesnym Hanem Solo, charyzmatycznym, zawadiackim kobieciarzem.  Facetem z którym poleciałoby się na koniec świata, za jego uśmiechem, pewną arogancją, przesadną pewnością siebie.  Niestety Dane DeHaan nijak nie pasuje do tej roli.  Stara się być Harrisonem Fordem ale kompletnie mu to nie wychodzi, prezentując na ekranie karykaturę swojej postaci.  Niestety wcale nie lepsza jest Cara Delevingne, która stale chodzi z jedną miną obrażonej księżniczki.  W założeniu powinni być przekomarzającą się parą, która choć z pozoru się nie lubi, w finale wyzna sobie miłość.  Kłopot tylko w tym, że między aktorami nie ma żadnej chemii, nic między nimi nie buzuje, a końcowe zapewnienia o wielkim uczuciu wypadają totalnie nieprzekonująco.  Przedziwne, że do poprowadzenia tak wielkiego widowiska zostali wybrani właśnie DeHaan i Delevingne, którzy dotychczas nie sprawdzali się w wysokobudżetowych filmach.  Słabo sprawuje się tutaj również Clive Owen (który zupełnie zapomniał jak grać), oraz Ethan Hawke (który przesadza okropnie).  Zaskoczeniem jest jedynie Rihanna, która najlepiej sprawdziła się w swojej roli, jakby tylko jej zależało na tym by dobrze wypaść, jakby tylko ona wyczuła na czym polega jej rola.

Valerian nie jest złym filmem, ale przez źle obsadzonych aktorów, staje się produkcją, która nijak nie wciąga.  To teledysk efektów specjalnych, który nie wywołuje żadnych emocji.  A szkoda, bo nie można odmówić Bessonowi pomysłowości.  I choć sporo w tym filmie scen przypomina już światy, które gdzieś kiedyś widzieliśmy (żeby tylko wymienić Gwiezdne Wojny, Piąty element, czy Avatar), to jednak jest tu kilka scen i pomysłów, które się bronią.  Jak chociażby fantastycznie zmontowany prolog do „Space Oddity” Bowiego.  Czy późniejszy jarmark na przecięciu dwóch wymiarów.  Besson jest najlepszy w momentach, gdy całkiem leci po bandzie, gdy całkiem puszcza wodze fantazji, tworząc absurdalne sytuacje i stawiając bohaterów przed najbardziej pokręconymi wyzwaniami. Jak chociażby wątek meduzy, czy obcej rasy, która próbuje zadowolić swojego króla wystawną kolacją (najbardziej rozbrajający, najlepszy fragment całego filmu).  Wielka szkoda, że Besson nie eksperymentuje tak od samego początku, nie szaleje przez cały seans.  Taka jazda bez trzymanki byłaby ciekawym doświadczeniem. 

wtorek, 15 sierpnia 2017, milczacy_krytyk

Polecane wpisy