Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Obcy: Przymierze

Covenant

Obcy: PrzymierzeObcy: Przymierze (2017) Australia, Nowa Zelandia, USA

reżyseria: Ridley Scott
scenariusz: John Logan, Dante Harper
aktorzy: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup, Danny McBride, Demián Bichir, Carmen Ejogo, Jussie Smollett, Callie Hernandez, Amy Seimetz, Nathaniel Dean, Alexander England, Benjamin Rigby, Uli Latukefu, Tess Haubrich
muzyka: Jed Kurzel
zdjęcia: Dariusz Wolski
montaż: Pietro Scalia

 (5/10)

Niech Was nie zwiedzie tytuł.  "Obcy: Przymierze" to tak naprawdę kontynuacja "Prometeusza".  "Covenant" bez tytułowego Aliena, który został tu dodany tylko i wyłącznie by przyciągnąć przed ekrany więcej widzów.  Zachęcić tytułem, zachęcić wizerunkiem potwora, który był nadmiernie eksponowany w kampanii reklamowej, dając złudną nadzieję, że po nieudanym "Prometeuszu" tym razem Ridley Scott zaprezentuje nam historię godną klasycznego Obcego, starającą się równać poziomem do dwóch pierwszych filmów z serii.  Niestety Scott na swoje stare lata błądzi okrutnie i choć nie jest zadowolony z tego w jakim kierunku pozostali reżyserzy poprowadzili historię zapoczątkowaną w jego obrazie z 1979 roku, teraz sam niszczy legendę Obcego, powołując na świat tak nieudane, nielogiczne i głupie filmy jak "Prometeusz" czy właśnie "Obcy: Przymierze".

"Covenant" to film składający się z trzech różnych części, z czego niestety każda kolejna jest coraz gorsza.  Całość zaczyna się całkiem interesująco.  Statek kolonizacyjny Covenant przemierza kosmos wraz z kilkunastoosobową załogą, androidem oraz zahibernowanymi kolonistami w liczbie dwóch tysięcy, zmierzając na planetę Origae-6, by tam założyć nowy dom.  Po drodze załoga przypadkiem natrafia na sygnał ludzkiego pochodzenia dochodzący z planety, która zdaje się być idealnym miejscem do zamieszkania.  Ponieważ oryginalny cel misji jest oddalony o kolejne siedem lat dalszej wędrówki, załoga decyduje się sprawdzić tą nową planetę.  I choć historia rozwija się w oczywistym kierunku, ten wstęp ogląda się zaskakująco dobrze.  Oczywiście na planecie odkryty zostanie pewien tajemniczy statek, oczywiście załoga zarazi się obcą formą życia (bo po co komu skafandry ochronne).  Akcja prowadzona jest jednak na tyle sprawnie, że na te nielogiczności łatwo przymknąć oko.  I wtedy rozpoczyna się druga część tego obrazu, która jest jednocześnie powrotem do "Prometeusza" ale i zerwaniem z tamtym obrazem.  To powolne bajdurzenie, które o zgrozo tłumaczy pochodzenie Obcego.  W prosty, rozczarowujący sposób obdziera legendę z tajemnicy.  A później następuje akt trzeci, będący mieszanką finałów Aliena i Aliens, zawierający z pozoru zaskakujący twist, którego można się jednak domyślić już na początku seansu.

Najgorsze w "Obcy: Przymierze" jest to, że znów członkami załogi jest banda idiotów, podejmujących głupie decyzje (prym wiedzie zastępca kapitana).  Właściwie jedynym motorem napędowym akcji są kolejne błędne decyzje bohaterów, którzy sami na własne życzenie pakują się w tarapaty. O ile jednak jeszcze takie strzelanie na oślep w początkowych scenach paniki można jakoś wytłumaczyć, tak bezwolne podążanie za czarnym charakterem tego filmu, czy narażanie życia kolonistów woła o pomstę do nieba i odbiera jakąkolwiek radość z oglądania tego widowiska.  Denerwujące jest tu również to, jak instrumentalnie zostają potraktowane kolejne hybrydy obcego (bo potwór grasujący w tym filmie to nie ten sam którego znamy z pierwszych produkcji).  Są one wcale nie tak inteligentnym narzędziem do zabijania licznej załogi.  Załoga natomiast w większości pełni tutaj rolę mięsa do rozszarpywania.  Nie zna się poszczególnych bohaterów, nic się o nich nie wie, przez co kolejne śmierci nie robią większego wrażenia, chwilami nawet się ich nie zauważa.  Głupim, ale i niewykorzystanym pomysłem jest obsadzenie w roli załogantów par lub małżeństw.  Głupim, bo oczywistym było, że osobiste zażyłości w sytuacji kryzysowej wezmą górę i cała misja się posypie. Niewykorzystanym, bo trudno połapać się w relacjach typu mąż-żona, trudno skojarzyć kto jest z kim, przez co zgony małżonków są tylko zgonami kolejnych bezimiennych osób i nie idą za nimi żadne większe emocje.

W filmie Scotta bronią się tak naprawdę tylko trzy rzeczy.  Po pierwsze genialne zdjęcia Dariusza Wolskiego, które (wraz ze scenografią) tworzą niesamowity klimat, budują całkiem gęstą atmosferę i tworzą zupełnie nowy świat.  Świetnie patrzy się na ten film, z przyjemnością odkrywa się kolejne miejsca akcji.  Wolski przeszedł sam siebie, tworząc film zdecydowanie bardziej mroczny od "Prometeusza".  Po drugie bardzo dobrze sprawuje się w tym filmie (jak i poza nim) muzyka Jeda Kurzella.  Bierze on najlepsze z Alien, Aliens, dodaje trochę nowych brzmień i tworzy zaskakująco udane, klimatyczne tło muzyczne, które świetnie buduje klimat, fantastycznie podbija atmosferę.  I po trzecie warty wychwalenia w tym filmie jest podwójny występ Michaela Fassbendera, który błyszczy tutaj w roli androida, tworząc dwie zupełnie różne, skonfliktowane ze sobą postaci.  Szkoda tylko, że ta cała dyskusja jaka rozwija się w środkowej części tej produkcji jest po pierwsze momentami niezamierzenie zabawna, po drugie wydaje się wyjęta jakby z zupełnie innego filmu.

Wszyscy Ci, którzy od najnowszego filmu Ridleya Scotta oczekiwali logicznej historii, która by w ciekawy sposób prowadziła do wydarzeń z pierwszego "Obcego", która przedstawiałaby niegłupich bohaterów i dodatkowo z poszanowaniem podchodziła do filmu z 1979 roku, niestety srogo się zawiodą, bo "Covenant" podąża śladami "Prometeusza".  Kontynuuje wątki z tamtego filmu, momentami zdaje się być ponowną opowieścią tamtej historii.  Jest nielogiczny, bzdurny, denerwujący, przesadnie przyspieszony.  Smutno patrzeć na to jak Scott, sam na własne życzenie niszczy legendę, której był współautorem.  Smutno patrzeć na to jak z premedytacją wykorzystuje postać Obcego do odcinania kuponów od kultowej serii.  Podpinając się pod znany tytuł, opowiadając bzdurną historyjkę, która nie może się zdecydować czy chce być ambitnym kinem rozprawiającym o istocie życia, kompleksie boga i potrzebie kreacji, czy krwawym horrorem rozgrywającym się w kosmosie, czy opowieścią prowadzącą do klasycznego Obcego.  Dobudowując historię, której tak naprawdę nigdy nikt nie potrzebował. 

niedziela, 21 maja 2017, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
afrodilis
2017/05/23 11:41:09
hmmm
-
aiditer
2017/05/24 10:40:57
no nie wiem czy chce to widziec