Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Kong: Wyspa Czaszki

King

Kong: Wyspa czaszkiKong: Wyspa Czaszki (2017) USA, Wietnam

reżyseria: Jordan Vogt-Roberts
scenariusz: Max Borenstein, Dan Gilroy, Derek Connolly
aktorzy: Tom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman, Corey Hawkins, John Ortiz, Tian Jing, Toby Kebbell, Jason Mitchell, Shea Whigham, Thomas Mann, Eugene Cordero, Marc Evan Jackson, Will Brittain, Miyavi, Richard Jenkins
muzyka: Henry Jackman
zdjęcia: Larry Fong
montaż: Richard Pearson

 (6/10)

Sam punkt wyjścia tego filmu jest całkiem ciekawy.  Mamy lata siedemdziesiąte, koniec wojny w Wietnamie i wyprawę naukową do tajemniczej, niezbadanej wyspy znajdującej się gdzieś na Pacyfiku.  Wyprawę, która ze względu na ewentualne niebezpieczeństwa na jakie może natrafić, musi być eskortowana przez grupę żołnierzy, którzy dopiero co wrócili z wojny i jedyne o czym marzą to powrót do domów, i do swych rodzin.  Gdy bohaterom udaje się dostać na wyspę, bardzo szybko przekonują się, że zamieszkują ją przedziwne stworzenia, gigantyczne potwory, oraz tytułowy Kong, który jest królem tej ziemi i broni jej przed obcymi.  I tak żołnierze z jednej wojny trafiają na kolejne pole walki, starcie z przeciwnikami, o których nie śnili nawet w najgorszych koszmarach.  Początkowo "Kong: Wyspa Czaszki" jest filmem będącym połączeniem opowieści o King Kongu, z kinem wojennym wyraźnie inspirowanym "Czasem Apokalipsy".  Interesujące połączenie, całkiem proste ale pasujące idealnie.  Szkoda tylko, że na tym pomyśle właściwie kończy się inwencja twórców i wszystko co później jest już tylko zwykłym, znanym schematem.  Kolejne potwory atakują bohaterów, przerzedzając grupę, oczywiście wybijając przede wszystkim postaci drugoplanowe. Mamy monster movie, potyczki wielkich bestii, rdzennych mieszkańców nieodzywających się ani słowem, oraz obowiązkową fascynację wielkiej małpy filigranową blondynką.  

Nowy Kong cierpi na przesadne przeludnienie, ale jednocześnie na brak interesujących charakterów.  To monster movie, w którym twórcy skupili się na kreacji potworów (które wyglądają momentami obłędnie, szczególnie Kong prezentuje się wyśmienicie), ale całkiem zapomnieli o tym, by prócz potworów także i ludzie byli tu ciekawi.  A niestety bez interesujących postaci nie da się stworzyć filmu, który by angażował, wzbudzał emocje, trzymał w napięciu.  Bohaterowie to znane schematy, prezentujące cechy, które można opisać  w kilku słowach, a przez to, że jest ich tutaj tak wiele (przynajmniej z piętnaście osób z których obecności zdajemy sobie sprawę), na nikogo się właściwie nie zwraca uwagi.  Jest więc ogarnięty rządzą zniszczenia generał, jest naukowiec, którego wszyscy uważali za nienormalnego, jest para głównych bohaterów która ładnie wygląda i ma pokojowe zamiary, jest dobry żołnierz tęskniący za swoim synkiem.  A także masa pozostałych, pobocznych postaci, które właściwie robią jedynie za pokarm dla kolejnych wielkich stworzeń żyjących na wyspie.  Są jak tło, coś co musi poruszać się pomiędzy odnóżami walczących stworzeń, by unaocznić jak wielkie są wszystkie potwory.  Strasznie boli w tym filmie również marginalne potraktowanie postaci kobiecych.  Są tutaj tylko dwie bohaterki, z czego jedna to postać blondynki, fotografki, która właściwie nic tutaj nie wnosi, ale twórcy dopisali ją do fabuły bo przecież jest ikoniczną postacią, która w opowieściach o Kongu pojawić się musiała.  Druga, to postać pani biolog, Chinka, która przez cały film wypowiada ze dwa zdania na krzyż i zdaje się jest tutaj tylko dlatego by zapewnić tej produkcji dostęp do rynku Państwa Środka.

To co jednak przede wszystkim zabija ten film, to przesadne efekciarstwo, i zdecydowany przesyt scen wykorzystujących slow-motion.  Jeszcze z początku takie przesadne wystylizowanie tej produkcji może się podobać i zaskakiwać, bo wizualnie naprawdę film ten prezentuje się bardzo okazale (Kong wyłaniający się z płomieni, Kong górujący nad całą wyspą, stojący na tle zachodzącego słońca).  Jednakże, gdy wkrótce okazuje się, że co druga scena w tej produkcji jest tak przesadnie dopieszczona, i do tego spowolniona, wtedy całość zaczyna męczyć, denerwować, nudzić i śmieszyć.  Ileż bowiem można nasycać się podobnymi widokami, ileż razy można spowalniać kolejne sceny?  Forma zdecydowanie zaczyna przeważać nad treścią.  Film traci płynność, kolejne sceny stają się coraz bardziej odseparowanymi od siebie, niezależnymi wydarzeniami, epizodycznymi wybuchami akcji, rozgrywającymi się w różnych częściach wyspy.  Bohaterowie przestają myśleć, zaczynają podejmować coraz głupsze decyzje,  a historia coraz bardziej traci sens.  Denerwujący i nie pasujący do całości jest tutaj również humor, wprowadzany na siłę, przez postać żołnierza (John C. Riley), który ugrzązł na wyspie i spędził na niej blisko trzydzieści lat.  Przy naprawdę poważnym, całkiem podniosłym klimacie tego filmu jego żarty niskich lotów zupełnie nie pasują do całości. Wielka szkoda zmarnowanej szansy.

czwartek, 16 marca 2017, milczacy_krytyk

Polecane wpisy