Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Rings

bored to death

RingsRings (2017) USA

reżyseria: F. Javier Gutiérrez
scenariusz: David Loucka, Jacob Estes, Akiva Goldsman
aktorzy: Matilda Anna Ingrid Lutz, Alex Roe, Johnny Galecki, Vincent D'Onofrio, Aimee Teegarden
muzyka: Matthew Margeson
zdjęcia: Sharone Meir
montaż: Jeremiah O'Driscoll, Steve Mirkovich

 (3/10)

Nie ukrywam, "The Ring" jest jednym z moich ulubionych filmów.  To horror idealny, świetnie zagrany, fantastycznie poprowadzony, niesamowicie niepokojący, trzymający w napięciu i zaskakujący.  Do tego posiadający przepiękną oprawę audiowizualną - piękne zdjęcia Bojana Bazelliego oraz fenomenalny soundtrack Hansa Zimmera.  To film, który wykorzystał intrygujący pomysł japońskiego „Ringu” i ulepszył go w każdym możliwym aspekcie, a zwykłą kasetę video przemienił w jeden z najbardziej przerażających i niepokojących przedmiotów jakie straszyły w kinie. To horror, który jak każdy udany dreszczowiec przerażał tym co niedopowiedziane, niewidoczne, tajemnicze, nieznane.  Wykorzystywał podstawowe, realistyczne lęki życia codziennego, by pod płaszczykiem opowieści o duchu wychodzącym z telewizora, mówić o strachu przed odrzuceniem, samotnością, zapomnieniem, niezauważeniem. Był dramatem, opowieścią z dreszczykiem, małym kryminałem, filmem opartym na dochodzeniu jakie prowadzili bohaterowie, które doprowadzało do zaskakującego rozwiązania, które pozostawiało po sobie nutę niepokoju, i wątpliwości odnośnie tego co zdarzy się później.  Był niepokojący, wystylizowany, hipnotyzujący.  Zapoczątkował modę na amerykańskie wersje znanych dalekowschodnich horrorów, ale żaden późniejszy remake nie mógł się z nim równać.  Tak samo jako oba sequele ("Two" oraz "Rings") nie dorównały części pierwszej.  O ile jednak "Two" coś sobą reprezentowało, miało na siebie całkiem interesujący pomysł, który niestety przez nijaką reżyserię nie został należycie wykorzystany, tak będąca właśnie na ekranach część trzecia zatytułowana "Rings" jest koszmarna, i bez trudu może pretendować do tytułu jednego z najgorszych filmów tego roku.

Problem z "Rings" polega na tym, że twórcy jednocześnie nie mieli pomysłu na ten film, oraz pomysłów na kontynuację mieli zbyt wiele.  Ponieważ jednak część druga zakończyła się dość jednoznacznie, zamiast wymyślić jakiś interesujący pomysł na wznowienie (po dwunastu latach) opowieści o dziewczynce ze studni, całkiem zignorowali wydarzenia z części drugiej.  Tak jakby się w ogóle nie wydarzyła.  A ponieważ piszących skrypt było aż trzech, to każdy dorzucił swój pomysł na ten film, z czego każdy z innej parafii, przez co w efekcie otrzymaliśmy trzy produkcje scalone w jedną, które nijak nie łączą się z poprzednią odsłoną serii.  Co więcej, twórcy nie do końca chyba zdawali sobie sprawę, że realizują trzecią część znanej serii, bo sporo w tym filmie odniesień do innych filmów z dreszczykiem.  Chociażby okropna scena otwierająca wyjęta niczym z epizodu "Oszukać przeznaczenie", albo scena w domu pewnego niewidomego mężczyzny, jakby inspirowana niedawnym "Nie oddychaj".  Punktem wyjścia tego filmu jest natomiast krótkometrażówka, również zatytułowana "Rings", która pojawiła się tuż przed premierą części drugiej.  Tam również mowa była o kulcie kasety, eksperymentowaniu z filmem, oraz dbaniu o posiadanie tzw. ogona, czyli osoby, która obejrzy kopię.  Ale to nie wszystko, bo w nowym  "Rings" otrzymujemy jeszcze dodatkowo szukanie życia po śmierci, pomysł na kasetę w kasecie, a także postać świrniętego księdza, który pojawił się w przeszłości Samary.  Sam film jest w pewnym stopniu remakiem oryginału, jego kontynuacją, oraz wariacją na temat poruszony w części drugiej (ponowne odrodzenie).  Ostatnia scena mogłaby być jedną z pierwszych, prolog mógłby się nigdy nie wydarzyć, bowiem nie ma żadnego wpływu na dalszą akcję, a całość nie ma żadnego sensu.

W czasie seansu widać, że reżyser (oraz przynajmniej jeden scenarzysta) znają pierwszy film, ale go w ogóle nie rozumieją.  Pamiętają tylko pewne sceny, charakterystyczne elementy tamtego obrazu, i na chybił trafił, bez żadnego sensu umieszczają je na nowo w tej produkcji.  Bo przecież skoro pojawiały się w "The ring" to nie wypada by nie było ich w kontynuacji, bez znaczenia, że w tej kontynuacji są całkiem bezsensu.  Jedną z największych zalet filmu Gore'a Verbinskiego była jego przemyślana konstrukcja i celowość.  Tam każdy element, każdy fragment znajdujący się na kasecie, miał swoje uzasadnienie, swój cel, każdy pojawiał się w odpowiednim momencie i coś znaczył.  Nic nie było zostawione przypadkowi.  Tutaj poszczególne obrazy znane z kasety pojawiają się w rzeczywistości wyłącznie dlatego, bo słynie z nich pierwszy film.  Dodatkowo "Rings" jest filmem, któremu brakuje konsekwencji.  Samara z początku, środka i końca tej produkcji to zupełnie inna postać, inny duch.  Co najgorsze jednak część trzecia przeczy nie tylko wydarzeniom z "Two", ale również stoi w opozycji do niektórych sytuacji zaprezentowanych w pierwszym "The ring".  Tak jakby twórcy pisali nową opowieść tylko wybiórczo korzystając z historii prezentowanej w dwóch poprzednich częściach.  To co wygodne umieszczając w swoim filmie, pozostałe elementy całkiem ignorując. Niby odkrywają nowe karty, niby poszerzają historię Samary i jej matki, ale są to informacje zupełnie bezużyteczne i nic nie znaczące, bo już pierwszy film tłumaczył cały sens tej opowieści, wyjaśniając większość niewiadomych, w tym tą najważniejszą, a więc jak pokonać klątwę kasety. 

Nie ma w tym sequelu również nikogo komu można by kibicować.  Główna bohaterka zmienia swój charakter kilka razy w czasie seansu, w zależności od tego czego akurat wymagają od niej twórcy.  Jej chłopak jest totalnie przezroczysty.  Najgorsze jest jednak to, że to nie bohaterowie prowadzą akcję tego filmu, tylko to wydarzenia prowadzą ich przed siebie.  Oni sami są bezwolni.  Wszystko dzieje się tutaj nie poprzez logiczny ciąg przyczynowo skutkowy, kolejne decyzje bohaterów, które popychają ich w nowe miejsca, ale dlatego, bo tak chcą akurat tego twórcy. Brakuje w tej części atmosfery, brakuje jakiegokolwiek napięcia.  Chociaż "Rings" reklamowane jest jako horror, jest filmem pozbawionym strachu.  Nawet najprostszych jump scenes jest tutaj niewiele, a te, które się pojawiają nie wywołują nawet odruchowego uczucia zaskoczenia.  Kaseta, która była w pierwszym filmie przedmiotem nacechowanym niezwykle złowrogo, tutaj jest tylko nieporęcznym przedmiotem z przeszłości.  Samara, która w pierwszym filmie była skrzywdzonym dzieckiem, którego nagromadzona negatywna energia ukazywała się po siedmiu dniach od obejrzenia kasety, tutaj stała się zgniłym monstrum pełzającym po podłodze niczym duch Ju-On.  Szkoda, że choć minęło już piętnaście lat od pierwszego filmu, twórcy nie korzystają z tej naturalnej możliwości unowocześnienia tej historii.  Nie korzystają z nowych lęków, nowych technologii, które pojawiły się przez ostatnie lata, oraz nowych zagrożeń i strachów jakie mogą z nich wynikać.  Smartfony, społeczność internetowa, brak anonimowości w sieci, wszechobecny spam oraz jeszcze większa samotność.  Tylko w sumie czego tu się spodziewać.  "Rings" to przecież nie kolejny odcinek "Black Mirror", tylko zwykły straszak.

niedziela, 12 lutego 2017, milczacy_krytyk
Tagi: horror

Polecane wpisy

Komentarze
kajaluck
2017/02/14 16:17:40
zawsze oryginał czy pierwsze części są najlepsze, a potem już zazwyczaj wychodzi takie wymuszane, żeby było