Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
La La Land

another day of sun

La La LandLa La Land (2016) USA

reżyseria i scenariusz: Damien Chazelle
aktorzy: Ryan Gosling, Emma Stone, John Legend, Rosemarie DeWitt, J.K. Simmons, Finn Wittrock, Tom Everett
muzyka: Justin Hurwitz
zdjęcia: Linus Sandgren
montaż: Tom Cross

 (8/10)

Filmy takie jak "La La Land" są w pewnym stopniu same dla siebie niebezpieczne.  Płynące zewsząd zachwyty, nominacje, wyróżnienia powodują, że bardzo trudno pozostać niewzruszonym i wybrać się na seans bez zbyt wygórowanych oczekiwań.  Hype jaki rozkręcił się wokół tego filmu, a który osiągnął swój szczyt po ogłoszeniu rekordowej liczby nominacji do Oscarów, może całkiem dotkliwie zaszkodzić tej produkcji.  Bardzo łatwo bowiem przez zbyt wygórowane oczekiwania, niesprawiedliwie zaniżyć ocenę tego filmu.  W końcu skoro cały świat się zachwyca to łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że obraz ten musi być genialny i wyjątkowy.  I choć w istocie "La La Land" jest bardzo udanym musicalem (który nuci się jeszcze długo po opuszczeniu sali kinowej), to wiele osób może się rozczarować oczekując od niego nie wiadomo jak wielkiego arcydzieła.  A to tylko świetnie nakręcony film, który z jednej strony patrzy z sentymentem wstecz, cytując sceny ze znanych musicali, z drugiej choć jest kolorowy, radosny i bajkowy, całkiem twardo stąpa po ziemi, dziejąc się tu i teraz.  Będąc idealną odtrutką na coraz bardziej absurdalną i szarą rzeczywistość jaka nas otacza.

Zaczyna się z przytupem od genialnie zaaranżowanej sceny tanecznej na zakorkowanej estakadzie, która sprawia wrażenie jakby została nakręcona w jednym długim ujęciu. Ta otwierająca sekwencja momentalnie poprawia nastrój, a chwytliwy motyw przewodni powoduje, że nogi same zaczynają się poruszać w rytm muzyki.  Te pierwsze kilka minut jest kluczowe - albo popłynie się z tym filmem, albo najbliższe dwie godziny będą nudną i męczącą wycieczką do krainy marzycieli.  "La La Land" jest bowiem w dużej mierze hołdem składanym na część dawnych musicali, zachwycającym się filmami jakich już nie ma, starającym się w dzisiejszej rzeczywistości odtworzyć to co tak przyciągało do filmów z dawnych lat.  Jest filmem z sentymentem patrzącym w przeszłość, który wcale nie zamierza tej przeszłości unowocześniać, wręcz przestrzega przed taką kombinacją. Co ciekawe jednak, chociaż w czasie pierwszego aktu występów typowo musicalowych jest tu całkiem sporo, później całość się uspokaja i nie przesadza z muzycznymi wstawkami.  Co więcej wszystkie są tu bardzo naturalnie wplecione w akcję, bezpośrednio z niej wynikają.  Śpiew bohaterów nie zdaje się być w związku z tym czymś nienaturalnym, niepasującym do filmowej rzeczywistości.  Poza tym już samo to kim są bohaterowie tłumaczy i usprawiedliwia musicalowe wstawki - ona jest początkującą aktorką, on jest muzykiem i ogromnym fanem jazzu. Muzyka jest integralną częścią ich życia.

Muzyka jest też integralną częścią samego filmu.  Piosenki i motywy przewodnie powstawały równolegle z pracą nad scenariuszem.  Stąd też muzyka, poszczególne piosenki, montaż, praca kamery, choreografie są tutaj nierozerwalnie ze sobą powiązane i dopracowane w najmniejszym szczególe, do absolutnej perfekcji.  Widać to w genialnej scenie otwierającej, ale i późniejsze numery muzyczne zachwycają tym jak zostały przygotowane, jak wypływają z muzyki, jak idealnie do niej pasują i jak ona idealnie nadaje im tempo.  Co ciekawe "La La Land" choć z pozoru wydaje się być kolorowym, bajkowym, romantycznym musicalem (i taki owszem jest) niesie ze sobą całkiem spore pokłady smutku, niespełnienia, gorzko słodkiego spojrzenia na życie.  I nie chodzi tutaj tylko o zakończenie, któremu daleko do lukrowanej sielanki, która pozostawiałaby wszystkich w idealnym nastroju.  Już sam temat tego filmu nie jest wcale taki radosny i prosty.  To historia o marzycielach i marzeniach.  O chęci bycia kimś wyjątkowym, dokonania w życiu tego co nosi się w sercu.  Opowieść o marzeniach, które wielokrotnie muszą odbić się od szarej, brutalnej rzeczywistości, stawić czoła świadomości, że być może nigdy się nie spełnią.  Opowieść o tym co wybrać: dążenie do marzeń czy ludzi, którzy nas otaczają.  Czy zadowolić się życiem w niespełnieniu, czy mimo wszystko dążyć do celu, ale stając przed koniecznością utraty tego co nie jest zgodne z drogą jaką się wybrało.

W pewnym sensie "La La Land" jest filmem autotematycznym. Jest efektem miłości do kina i do musicali, szczęśliwie spełnionym marzeniem reżysera na które długo musiał czekać, nikt bowiem nie wierzył, że w dzisiejszych czasach całkiem klasyczny musical spotka się z zainteresowaniem widzów.  Dopiero sukces poprzedniego filmu reżysera (genialny "Whiplash") otworzył drogę do powstania tej produkcji.  Nierealne, odległe marzenie stało się możliwe.  Chazelle miał jednak jeszcze ogromne szczęście, że w głównych rolach udało mu się obsadzić Ryana Goslinga oraz Emmę Stone.  Chemia pomiędzy nimi unosi się w każdej scenie.  Z resztą to, że stanowią niezwykle dobrze dobraną parę było widać już w "Crazy Stupid Love", tutaj się to tylko jeszcze bardziej potwierdziło.  To dzięki nim wierzy się w tę prostą historię miłosną, to dzięki nim błyskawicznie czuje się sympatię do bohaterów i chce się towarzyszyć im na każdym etapie tej całkiem długiej historii.  Choć w szczególności zachwyca tutaj Emma Stone, która jest po prostu czarująca.  Jej pozytywna energia, zadziorność i niesamowita naturalność, perfekcyjnie napędzają ten film.

piątek, 27 stycznia 2017, milczacy_krytyk
Tagi: Musical romans

Polecane wpisy