Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Star Trek: W nieznane

beyond

Star Trek: W nieznaneStar Trek: W nieznane (2016) USA

reżyseria: Justin Lin
scenariusz: Simon Pegg, Doug Jung
aktorzy: Chris Pine, Zachary Quinto, Karl Urban, Zoe Saldana, Simon Pegg, John Cho, Anton Yelchin, Idris Elba, Sofia Boutella
muzyka: Michael Giacchino
zdjęcia: Stephen F. Windon
montaż: Kelly Matsumoto, Steven Sprung, Dylan Highsmith, Greg D'Auria

 (7,5/10)

Jestem fanem "Star Treka".  Uwielbiam wszystkie stare filmy oraz seriale.  Może "The Next Generation" i "Voyager" bardziej niż "Original Series" ale i tamci bohaterowie z Kirkiem i Spockiem na czele są mi bliscy.  Uwielbiam ten idealistyczny świat przyszłości wykreowany przez Gene'a Roddenberry’ego.  W którym historia, myśl humanistyczna i ważne rozterki egzystencjonalne prawie zawsze były ważniejsze od zwykłej akcji.  Dlatego też od kilku lat serce mi się kraje gdy widzę co Hollywood wyprawia z moją ukochaną serią, zamieniając ją w idiotyczny pokaz akcji i efektów specjalnych, w których brak jakiegokolwiek sensu.  Który prócz bohaterów ma tak naprawdę niewiele wspólnego ze Star Trekiem.  Gdy kilka miesięcy temu okazało się, że reżyserem trzeciej części nowego "Star Treka" będzie Justin Lin, twórca kilku części z serii "Szybcy i Wściekli", straciłem nadzieję na to by najnowszy Trek był lepszy od dwóch poprzednich zrealizowanych przez J.J.Abramsa.  Jak się jednak okazuje niepotrzebnie.  Bo "Beyond", ku memu zaskoczeniu, to najlepszy "Star Trek" z nowej serii.

Co prawda to jeszcze nie jest to czym mógłby być współczesny Star Trek, ale jest już do tego całkiem blisko.  Bo choć zwiastuny tej produkcji zapowiadały okropny przerost akcji nad treścią, sam film stara się przemycić odrobinę poważniejszych myśli i nie czyni z akcji priorytetu.  Tak, dzieje się tu sporo, są pościgi, walki wręcz, bitwy w kosmosie, ale twórcy starają się obciążyć swoich bohaterów jakimiś rozterkami emocjonalnymi, czymś nad czym mogliby się zastanawiać.  Porzucili na szczęście całkiem wymuszony romans pomiędzy Uhurą a Spockiem, porzucili dopisanych na siłę bohaterów (doktor Marcus), i tym razem skupili się bardziej na samej załodze Enterprise.  Kirk zastanawia się kim tak naprawdę jest i co chce w życiu osiągnąć, ponieważ dotychczas jedynie próbował dorównać swojemu ojcu, a na dłuższą metę taki pościg za legendą własnego ojca jest niewystarczający.  Spock zastanawia się czy jego przynależność do Floty jest tym co tak naprawdę powinien robić.  Bohaterowie wyruszają w misję w nieznane i tylko ich ścisła współpraca w ramach załogi jest w stanie ich ocalić.

Już od pierwszych minut tego seansu czuć, że twórcy trochę zmienili podejście do tej opowieści, że trochę bardziej czują jaki powinien być prawdziwy Star Trek.  Ok, prolog jest przesadnie rozbuchany, ale późniejszy, całkiem długi wpis kapitana w dzienniku pokładowym, w którym opisuje trudy wieloletniej misji, nadaje trochę poważniejszy ton tej historii.  Samotność w kosmosie, monotonia kolejnych dni, zagubienie w otaczającej pustce, opisywane przez Kirka, okażą się z resztą głównym tematem całego filmu.  Późniejszy widok gigantycznej stacji kosmicznej Yorktown na której w zgodzie i harmonii żyją najróżniejsze rasy obcych jest tylko dodatkowym dopełnieniem, uzupełnieniem tego co chciałoby się widzieć w nowym uniwersum.  Późniejsza misja w nieznane, w odpowiedzi na sygnał alarmowy również wpisuje się w schemat świata ST.  Widać, że twórcy szanują poprzednie filmy i całe uniwersum.  Widać, że pamiętają co w tym filmie powinno być najważniejsze.  Ich szacunek do historii najbardziej objawia się w tym ile miejsca poświęcają na pożegnanie Leonarda Nimoya.  Jak delikatnie i z wyczuciem prowadzą ten wątek poświęcając mu naprawdę sporo czasu.

Można tej produkcji trochę zarzucić, że jednak momentami za bardzo bazuje na schematach z poprzednich filmów czy seriali.  Samo zniszczenie Enterprise pod koniec przypomina katastrofę jaka miała miejsce w "Star Trek: Generations", a załoga musząca radzić sobie poza swoim okrętem, na obcej planecie, to motyw wielu odcinków dawnych seriali.  Zupełnie jakby twórcy ożywiali na wielkim ekranie jeden z epizodów serialu z lat sześćdziesiątych.  Ale co ciekawe, z tą nową załogą, która w tym filmie wreszcie przypomina załogę Enterprise, a nie bandę wygłupiających się nastolatków, tę znaną historię podaną w nowych szatach ogląda się naprawdę dobrze.  Z początku rozczarowujący jest tylko trochę główny przeciwnik bohaterów.  Sprawia wrażenie casusu Apocalypse, gdy świetny aktor (tym razem Idris Elba) zostaje przykryty toną niebieskiego makijażu.  Na szczęście jego historia sięga dużo głębiej pod ten sztuczny image i jego villain ma trochę więcej do zaoferowania niż nudny mutant z X-Menów.

sobota, 30 lipca 2016, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
assiaaa91
2016/08/01 09:49:51
fajny film :)
-
nelcia91
2016/08/02 08:17:55
:)