Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Dzień Niepodległości: Odrodzenie

bigger than the last one

Dzień Niepodległości: OdrodzenieDzień Niepodległości: Odrodzenie (2016) USA

reżyseria: Roland Emmerich
scenariusz: James A. Woods, Nicolas Wright, Dean Devlin, Roland Emmerich, James Vanderbilt
aktorzy: Liam Hemsworth, Jeff Goldblum, Jessie T. Usher, Bill Pullman, Maika Monroe, Sela Ward, William Fichtner, Judd Hirsch, Brent Spiner, Patrick St. Esprit, Vivica A. Fox, Angelababy, Charlotte Gainsbourg, Deobia Oparei, Nicolas Wright, Travis Tope, Chin Han, Gbenga Akinnagbe, Robert Loggia, John Storey, Joey King
muzyka: Harald Kloser, Thomas Wanker
zdjęcia: Markus Förderer
montaż: Adam Wolfe

 (7/10)

Postawmy sobie sprawę jasno. "Dzień Niepodległości: Odrodzenie" to nie jest dobry film.  I już na długo przed premierą wiadome było, że to nie będzie udany film.  Ale to wcale nie oznacza, że nie można się na nim dobrze bawić, nie można czerpać z niego przyjemności.  Trzeba tylko podejść do niego z odpowiednim nastawieniem.  Po pierwsze trzeba bardzo lubić pierwszy "Dzień Niepodległości", który tak się składa również nie był wcale tak udanym obrazem jak się teraz o nim wspomina.  Po drugie trzeba bardzo lubić rozbuchane, idiotyczne ale na swój sposób urokliwe kino Rolanda Emmericha.  Bez żadnych zastrzeżeń przyjmować je z całym dobrodziejstwem inwentarza.  I tylko wtedy, te dwie godziny w kinie mogą okazać się całkiem przyjemne, tylko wtedy nie staną się trudną do wytrzymania męczarnią.

Pomysł na tę kontynuację był zabójczo prosty.  Obcy po dwudziestu latach (nie do wiary, że od pierwszego ID4 minęło już tyle czasu) przylatują ponownie na Ziemię.  Ludzkość co prawda jest tym razem bardziej przygotowana na atak kosmitów niż poprzednio, ponieważ zaadaptowała ich technologię na swoje potrzeby (korzysta chociażby z napędu antygrawitacyjnego).  Oni jednak również mieli czas na to by się bardziej przygotować na spotkanie z nami, w związku z czym przylatują tym razem jeszcze większym statkiem.  W tle przewija się nowy wątek dziwnego symbolu, który pod koniec okaże się kluczowy dla całej akcji.  Co ciekawe, inaczej niż w poprzednim filmie, mniej jest tutaj scen zniszczeń (ot niewiele więcej ponad to co pokazują zwiastuny), a sami obcy tym razem okazują się być odrobinę mądrzejsi niż poprzednio, trochę ciężej jest ich pokonać - nie wystarczy już tylko wirus wgrany na ich komputer pokładowy (sic!).  Co prawda rozwój wypadków, zamiary obcych, trochę nie zgrywają się z tym co robili w poprzednim filmie, ale załóżmy, że wtedy to była tylko rozgrzewka.  Poza tym niewiele rzeczy ma tu sens, więc wyjaśnianie poczynań czy to obcych czy to ludzi mija się z celem.  Liczy się widowiskowość i kolejne sceny akcji, a twórcy bezbłędnie realizują podstawową zasadę kontynuacji mówiącą o tym, że wszystko ma być większe (co ironicznie komentują bohaterowie w kilku scenach wypowiadając cudowne: „that's bigger than the last one”).

Całość jest oczywiście nielogiczna, idiotyczna, przesadzona i nieznośnie podniosła.  Wszystkim rządzi przypadek i zbyt często następujące po sobie szczęśliwe zbiegi okoliczności.  Bohaterowie zdecydowanie zbyt często znajdują się w odpowiednim miejscu i czasie, przemieszczając się między kolejnymi lokacjami tak szybko, jakby wykorzystywali do tego teleportację - innego wytłumaczenia nie ma.  Największym problemem tego filmu okazuje się być przesadne nagromadzenie postaci - oprócz niemal wszystkich bohaterów z pierwszej części twórcy przedstawiają również nowe pokolenie.  Przez co nijak nie jest się w stanie do kogokolwiek przywiązać, a o rozwoju postaci można całkiem zapomnieć.  Całość utrzymana jest w typowym, irracjonalnym klimacie filmów Emmericha i wielokrotnie odnosi się do jego poprzednich filmów ("ID4" czy "Godzili").  Miło na ekranie znów zobaczyć Jeffa Goldbluma, który ma tutaj zdecydowanie najwięcej one-linerów do wygłoszenia („they like to get the landmarks!”).  Szkoda tylko, że na dłuższą metę nie wiele z tego seansu zostaje na potem, bo choć ogląda się tę produkcję przyjemnie, zapomina się o niej w momencie opuszczenia sali kinowej.  Ot blockbuster.

niedziela, 03 lipca 2016, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
myas
2016/07/06 13:46:38
pomimo tego, że mam bardzo podobną opinie to daje 7,5/10 :)
-
kantornline
2016/07/15 10:43:05
Tak, kino przeszło w efekciarstwo, napierdzielankę... gdzie jest jakaś głębokość, filozofia... Można przecież robić dobre filmy SF, mamy przecież Aliena, Contact, Interstellar, Moon, Odyseje kosmiczną... A tutaj poszli bardziej w Żołnierzy z Kosmosu
-
zoszka91
2016/07/18 13:21:39
też nie byłam zachwycona tym filmem
-
zoszka91
2016/07/18 13:22:46
też nie byłam zachwycona tym filmem