Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

day vs night

Batman v SupermanBatman v Superman: Świt sprawiedliwości (2016) USA

reżyseria: Zack Snyder
scenariusz: Chris Terrio, David S. Goyer
aktorzy: Ben Affleck, Henry Cavill, Amy Adams, Jesse Eisenberg, Diane Lane, Laurence Fishburne, Jeremy Irons, Holly Hunter, Gal Gadot, Scoot McNairy, Callan Mulvey, Tao Okamoto
muzyka: Hans Zimmer, Junkie XL
zdjęcia: Larry Fong
montaż: David Brenner

 (4/10)

Jestem chyba jedną z nielicznych osób, której "Człowiek ze stali" Zacka Snydera autentycznie się podobał.  W pełni kupiłem tego odświeżonego, poważnego Supermana.  Podobał mi się Henry Cavil w roli syna Kryptonu, podobało mi się mroczniejsze podejście do historii Supermana za którym osobiście nigdy nie przepadałem, zachwyciła mnie muzyka Hansa Zimmera i nowy temat przewodni.  I choć oczywiście "Man of Steel" nie był idealny, do konkurencji nawet całkiem sporo mu brakowało, to był jednak naprawdę udanym widowiskiem.  Niestety nie można tego samego powiedzieć o "Batman v Superman", który w stosunku do tamtego blockbustera, jest znaczącym krokiem wstecz.  To produkcja, którą popsuło samo studio, chcąc iść na skróty, by dogonić konkurencję.  Jednym filmem budując całe uniwersum.  Jednym filmem tworząc coś, nad czym Marvel pracuje od blisko ośmiu lat i kilkunastu dotychczasowych filmów.

"Batman v Superman" nie jest filmem.  To zlepek przeróżnych scen i pomysłów.  Sklejka z momentów żywcem wyjętych z kart komiksów, kolaż fantastycznych konceptów i zupełnie nietrafionych rozwiązań.  Nielogiczny, naciągany, pełen dziur i sprzeczności.  Wielki, przesadnie rozciągnięty teledysk, którego poszczególne elementy w oderwaniu od reszty chwilami się bronią, ale nijak nie funkcjonują  jako jedna całość.  To produkcja okrutnie pocięta, w której kolejne sceny nie wynikają z poprzednich, w której wątek przyczynowo skutkowy właściwie nie istnieje.  To zlepek kolejnych sytuacji, które zostały pozlepiane tylko po to by jakoś dobrnąć do finału.  Mozolna praca, w której brakuje emocji, pasji i serca. Jakby twórcy za karę zostali zmuszeni do zmierzenia się z kolosem, wyzwaniem, które już na starcie było przegrane i nie mając pomysłu jak wyjść z tej sytuacji obronną ręką, zdecydowali się na wymieszanie wszystkiego co tylko możliwe, ubranie tego w mroczną formę i trzymanie kciuków, by te ładne obrazki jakoś wypełniły przesadnie przedłużony seans.

Produkcja Zacka Snydera to właściwie trzy filmy na raz.  I w tym tkwi jej największa słabość.  Twórcy chcąc nadrobić stracony czas, dorównać konkurencyjnemu Marvelowi, którego Uniwersum powiększa się z roku na rok, chcieli zdecydowanie zbyt wiele w jednym filmie.  I tak "Batman v Superman" jest i kontynuacją "Człowieka ze stali", rozwijającą wątki postaci, które poznaliśmy w tamtej produkcji.  Jest opowieścią o konflikcie Mrocznego Rycerza z Synem Kryptonu, jak i wprowadzeniem do Ligii Sprawiedliwości, przedstawiającym głównych członków tego zespołu (odpowiednik Avengers w świecie DC Comics).  Jest również historią o kolejnym przeciwniku Supermana, którym jest Lex Luthor... oraz Doomsday.  Co za dużo to nie zdrowo.  Problem polega bowiem na tym, że fizycznie nie da się upchnąć tego wszystkiego w prawie trzygodzinny seans.  Jest to niewykonalne, a próba zmieszczenia wszystkich tych wątków w jednym filmie musiała skończyć się potraktowaniem ich totalnie po łebkach.  

I tak niestety kontynuacja wątków z "Man Of Steel" ogranicza się jedynie do zarysowania problemu tego jak ludzie mogli przyjąć pojawienie się obcego pośród nich (fantastyczny pomysł, wychodzący wprost z poprzedniego filmu, niestety całkiem zmarnowany, porzucony właściwie już w pierwszym akcie).  Tytułowy konflikt dwóch superbohaterów nie dość, że jest średnio umotywowany, to właściwie w ogóle nie istnieje.  Wiele się o nim mówi, ale gdy przychodzi co do czego kończy się na kilkuminutowej bijatyce, która znajduje tak naiwny, uproszczony finał, że wywołuje jedynie gorzki uśmiech politowania.  Nie ma w starciu dwóch bohaterów konfliktu charakterów, starcia przekonań, czy postaw.  Nie ma faktycznej konfrontacji, potyczki racji, która zdecydowanie bardziej od zwykłej bijatyki mogłaby wywindować napięcie pod niebiosa.  Konflikt BvS to morze możliwości, starcie dwóch przeciwności, Boga i Człowieka, zwykłego chłopaka i milionera, które nijak nie zostało wykorzystane. Trzeci element tego widowiska, czyli przedstawienie postaci, które większą rolę odgrywać będą w kolejnych filmach, jest zrealizowane po najmniejszej linii oporu, w taki sposób, że lepiej by było gdyby twórcy z niego całkiem zrezygnowali.  Aquaman, Flash i inni zasługiwali na coś więcej niż tylko kilka momentów przeglądania folderów na komputerze.

Dwa pozostałe wątki są jeszcze bardziej dorzucone na siłę.  Postać Lexa Luthora pojawia się właściwie tylko po to by co chwila przypominać o różnicach pomiędzy Mrocznym Rycerzem, a Supermanem.  Grający Lexa Eisenberg jest koszmarny, irytujący od pierwszej sceny w której się pojawia na ekranie.  Jego Luthor to połączenie Jokera pozbawionego makijażu, z szalonym naukowcem i nakręconym Markiem Zuckerbergiem.  Lex ma plan, który kompletnie nie ma sensu, którego pewnie sam nie do końca rozumie, bo kolejne zagrania przeczą poprzednim.  Jego pomysły i poczynania są potrzebne tylko po to by coś się działo na ekranie i by pod koniec seansu wszyscy bohaterowie stanęli ramię w ramię z czymś potężniejszym od nich samych.  Nie ważne, że nic z tego nie ma sensu, że jedno przeczy drugiemu.  Dzieje się.  I wielki, zmutowany potwór też jest.  Bo przecież konfrontacja dwóch najważniejszych bohaterów z uniwersum DC Comics to za mało by wypełnić blockbuster, i usatysfakcjonować fanów.  Trzeba na końcu dorzucić bezemocjonalną nawalankę z komputerowym monstrum.

Na dokładkę, by jeszcze bardziej zapełnić metraż i spowolnić akcję, Snyder co jakiś czas decyduje się na dodanie do tego wszystkiego sekwencji snów, przywidzeń.  Tego typu wizje miewa Superman, ale przede wszystkim Batman.  I nie są to tylko przebłyski, kilkusekundowe wstawki mające na celu naświetlić stan psychiki bohatera.  W przypadku Mrocznego Rycerza to całe sekwencje, które trwają bez końca, stają się oddzielnymi wątkami, wielkimi scenami batalistycznymi, które może i fajnie wyglądały w zwiastunach, ale w samym filmie są kompletnie bezużyteczne.  Wszystko to razem wzięte powoduje, że "Batman v Superman" ogląda się z uczuciem totalnie zaprzepaszczonej szansy.  Zmarnowanego potencjału na pasjonujący, emocjonujący konflikt dwóch niezwykle ważnych postaci komiksu.  Zmarnowanego potencjału na udany sequel.  Zmarnowanego potencjału na udany fundament pod kolejne produkcje przedstawiające pozostałych bohaterów ze stajni DC.  Ciekawe jak ten zawód przełoży się na wyniki kolejnych filmów o superbohaterach.

czwartek, 31 marca 2016, milczacy_krytyk

Polecane wpisy