Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Zjawa

zemsta

ZjawaZjawa (2015) USA

reżyseria: Alejandro González Inárritu
scenariusz: Alejandro González Inárritu, Mark L. Smith
aktorzy: Leonardo DiCaprio, Tom Hardy, Domhnall Gleeson, Will Poulter, Forrest Goodluck, Paul Anderson, Kristoffer Joner, Joshua Burge
muzyka: Ryuichi Sakamoto, Carsten Nicolai
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
montaż: Stephen Mirrione

na podstawie: powieści "The Revenant: A Novel of Revenge" Michaela Punke

 (7/10)

Rok po tym jak Inárritu zgarnął Oscara za "Birdmana", reżyser powraca z nowym, całkiem odmiennym filmem.  Ze współczesnego Nowego Jorku, przenosi się do początków Ameryki, do zimowych lasów północy, opowiadając pewną historię obrosłą w legendę.  O człowieku, który ciężko ranny po ataku niedźwiedzia, zostaje zostawiony na pewną śmierć w lesie, i który sam, napędzany rządzą zemsty, przemierza kilometry w poszukiwaniu sprawiedliwości.  To opowieść od dawien dawna przekazywana z ust do ust, pozostawiająca dużą dozę dowolności, miejsce na własną interpretację. I choć z pozoru "Birdmana" ze "Zjawą" wiele nie łączy, na pierwszy rzut oka bowiem te dwie produkcje różnią się wszystkim, to mają one jednak jeden (oczywiście prócz twórców) element wspólny.  Jest nim przekładanie precyzji nad emocjami.  Wszystko jest tu bowiem doprowadzone do takiej perfekcji, tak dopieszczone w najmniejszym detalu, że brakuje tu miejsca na zwykłe, ludzkie emocje.  "Zjawa" jest piękna od strony technicznej, ale wewnętrznie zimna, niedostępna, przez co nieangażująca.  Taki sam był "Birdman", zasłonięty całkiem za konceptem pojedynczego ujęcia, technicznie doskonały, ale wyprany z uczuć.  A emocje są przecież tym, co w kinie najważniejsze.

I nie jest to wcale zarzut skierowany do operatora, genialnego zdjęciowca jakim jest Emmanuel Lubezki, ale bezpośrednio do reżysera.  Lubezki w każdym kolejnym projekcie pokazuje pełną klasę, prezentując zapierające dech w piersiach obrazy.  Ale o ile w filmach innych reżyserów te zdjęcia nie są jedynym co zachwyca, nie są tym co przesłania wszystko inne, tak w produkcjach Inárritu górują nad pozostałymi elementami.  Alfonso Cuaron, Terrence Malick pracując z Lubezkim osiągnęli w swoich projektach doskonałość obrazu, nie zapominając przy tym o duszy swoich filmów.  O tym by techniczna strona tych produkcji nie przykryła treści, emocji.  Stąd walka o przetrwanie w przestrzeni kosmicznej w "Grawitacji", rozważania o sensie życia w "Drzewie życia", czy obraz świata przyszłości w którym nie rodzą się już dzieci w "Children of Men", były produkcjami tak zachwycającymi, na długo pozostającymi w pamięci.  "Zjawie" tego brakuje.  Owszem film ten zachwyca przepięknymi obrazami dzikiej natury, długimi scenami akcji nakręconymi w jednym ujęciu, oraz wykorzystaniem wyłącznie światła naturalnego.  Te technikalnia budzą oczywisty podziw, szczególnie to ostatnie zasługuje na szczególną uwagę.  Całodzienne próby w plenerze, by w czasie złotej godziny nakręcić jak najwięcej materiału z wykorzystaniem naturalnego oświetlenia.  By obraz sprawiał wrażenie jak najbardziej rzeczywistego. Sęk jednak w tym, że w oderwaniu od tego genialnego konceptu, niewiele więcej się w tej produkcji kryje.  

"Zjawa" to historia zemsty, walki o przetrwanie, uporu ducha.  Opowieść o niesprawiedliwości losu, brutalności historii i okropnościach wyrządzonych przez kolonizatorów nowego lądu.  Poprowadzona niespiesznie i spokojnie jednak zmarnowana oczywistym i banalnym zakończeniem.  Rozegrana z pełnym aktorskim poświęceniem, które z pewnością przyczyni się do upragnionej statuetki Oscara dla Leonardo DiCaprio.  Tyle lat to aktorskie wyróżnienie go omijało, ale wszystko wskazuje na to, że tym razem wreszcie trafi w jego ręce, tym bardziej, że konkurencja w tym roku nie jest najsilniejsza, a dodatkowo Akademia od zawsze lubowała się w takich fizycznych rolach, jak rola Hugh Glassa.  Prawie całkiem pozbawiona dialogów, pełna grymasów, krzyków i fizycznej pracy ciałem.  Może i robiąca wrażenie na członkach Akademii, ale z pewnością wcale nie najlepsza w karierze DiCaprio.  Co ciekawe, o wiele bardziej interesująca jest w tym obrazie postać Johna Fitzgeralda, w którego wciela się fenomenalny Tom Hardy.  Fitzgerald to jeden z mężczyzn, który zostawia Hugh na pewną śmierć.  Postać bardziej wieloznaczna, pełniejsza, ciekawsza.  Mężczyzna dbający o własne interesy, brutal i ksenofob, który jednak dzięki interpretacji Hardy'ego nie staje się banalnym, zwyczajnym czarnym charakterem.

wtorek, 02 lutego 2016, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
smiech607
2016/02/04 16:44:20
Jak dla mnie słaby film.