Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Spectre

ośmiorniczka

SpectreSpectre (2015) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Sam Mendes
scenariusz: John Logan, Robert Wade, Neal Purvis, Jez Butterworth
aktorzy: Daniel Craig, Christoph Waltz, Léa Seydoux, Ralph Fiennes, Monica Bellucci, Ben Whishaw, Naomie Harris, Dave Bautista, Andrew Scott, Rory Kinnear, Jesper Christensen, Alessandro Cremona, Stephanie Sigman
muzyka: Thomas Newman
zdjęcia: Hoyte Van Hoytema
montaż: Lee Smith

 (7/10)

Każda kolejna część Bonda to wydarzenie dla miłośników kina. Filmowe święto na które czeka się jak na gwiazdkę, prezent który co kilka lat pojawia się w kinach.  Prezent, który pomimo upływu czasu cieszy tak samo za każdym razem.  To niezwykłe, że ta opowieść o Agencie Jej Królewskiej Mości, doczekała się aż dwudziestu czterech odcinków i jest obecna na ekranach kin od ponad pięćdziesięciu lat.  To marka, której utrzymanie nie jest łatwe, której podtrzymanie życia, utrzymanie zainteresowania wiąże się z pewnymi trudnościami.  Jak chociażby to jak realizować kolejne części zachowując ich wyraz, jednak tak by nie były do siebie bliźniaczo podobne?  Jak realizować kolejne części by jednocześnie zadowolić fanów, przyciągnąć nowych widzów i za każdym razem prezentować lepszą jakość?  Takim ratunkiem dla serii o 007 okazało się "Casino Royale", które zredefiniowało Bonda.  Jednak od tamtego filmu minęło już prawie dziesięć lat, i znów pojawia się pytanie w jakim kierunku pójść z Bondem, tym bardziej po fantastycznym "Skyfall".  Sam Mendes drugi raz reżyserując film o 007 porwał się na nie lada wyzwanie.  Wiadomo przecież, że dwa raz do tej samej rzeki nie powinno się wchodzić.

"Spectre" jest filmem gorszym od "Skyfall". Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.  To właściwie było przesądzone już na starcie.  "Skyfall" było odcinkiem idealnym, w którym wszystko zagrało jak należy.  Powtórzyć tak udany film, wzbić się znów na taki poziom było rzeczą niewykonalną.  I choć Mendes nie ma zamiaru kopiować tamtego obrazu, bo podąża w trochę odmiennym kierunku, to porównań nie uniknie.  "Spectre" jest filmem, który stara się połączyć poprzednie produkcje z Craigiem, podsumować je, zaczynając od "Casino Royale" i śmierci Vesper, przez pustynne "Quantum of Solace", po rzucające odrobinę światła na przeszłość Bonda "Skyfall".  Odkrywa tajemnice bohatera i łączy poprzednie epizody starając się nadać im dodatkowy sens.  Jednak bawiąc się w takie podsumowanie zapomina o tym, by zaopatrzyć tę produkcję we właściwą, rozbudowaną i interesującą intrygę.  Ta okazuje się być wyjątkowo prosta, przeciętna i przewidywalna.  Otrzymujemy ot kolejną złowieszczą tajną organizację, ot kolejny czarny charakter z kompleksami, ot kolejny system obserwacji obywateli ingerujący w ich wolność, demokrację.  Tego kto jest kim i jakie ma zamiary można domyślić się zdecydowanie za szybko.  Brak właściwej intrygi, grzebanie w przeszłości nie pomaga w budowaniu napięcia, napędzaniu akcji.  "Spectre" jest bowiem zaskakująco spokojnym filmem o Bondzie.  Posiada wiele dłużyzn, momentów, które niepotrzebnie przedłużają akcję.  Oczywiście lepiej, że najnowszy 007 nie jest teledyskiem akcji, jednak w takim "Skyfall" przez ten sam czas działo się znacznie więcej i tamten seans mijał błyskawicznie, podczas gdy ten momentami się ciągnie.  

Mendes stanął trochę w rozkroku realizując ten film. Z jednej strony wpisuje się w atmosferę nowego, szorstkiego Bonda, bardziej stonowanego i realistycznego.  Z drugiej jednak strony wyraźnie czuć, że ciągnie go do poprzednich filmów o 007.  Stąd w "Spectre" więcej schematu, odhaczania obowiązkowych elementów z jakich słynęły poprzednie filmy o agencie z licencją na zabijanie, od których odeszły dwa pierwsze filmy z Craigiem.  Czyli tego, co prawie zabiło serię po czterech odcinkach z Brosnanem w roli głównej.  Wyliczać można długo.  Są piękne dziewczyny i szybkie samochody, są drinki i egzotyczne lokacje porozrzucane po całym świecie.  Są piękne garnitury i pojawiające się znikąd suknie.  Jest przesadnie silny przeciwnik do zabicia, jest i czarny charakter oraz jego wymyślna maszyna tortur.  Są wreszcie przydatne gadżety, idealnie dopasowane do sytuacji w jakich znajdzie się Bond.  I tak można by jeszcze wymienić kilka stałych punktów programu o których niestety niepotrzebnie przypomnieli sobie scenarzyści.  To ponowne zwrócenie się ku przeszłości Bonda powoduje niepotrzebny rozdźwięk pomiędzy tym czym stał się nowy 007, a tym kim był za czasów Brosnana.  Do surowej, realistycznej historii dodana zostaje bajkowość, umowność poprzednich epizodów.  W takim "Skyfall" te przebłyski schematu były dawkowane bardzo zgrabnie, tutaj niestety pojawiają się już po całości.  

Ze "Spectre" jest trochę tak jak z tytułową piosenką Sama Smitha.  W założeniu jest to piosenka do Bonda, napisana specjalnie na potrzeby filmu, posiadająca charakterystyczny klimat, który przywołuje na myśl produkcje o agencie 007.  Tylko czy jest dobra?  Ma przebłyski świetności, jak chociażby aranżacja muzyczna, która jest naprawdę przecudowna, stanowi przepiękny motyw przewodni, który później przewija się w samym filmie, ale jednak nie sposób nie pozbyć się wrażenia, że czegoś jej jednak brakuje.  Jest nijaka, przeciągnięta, bez ikry.  Stanowi pewne rozczarowanie, pozostawia po sobie pewien niedosyt.  I niestety takie też jest "Spectre".  Niby dobry film o Bondzie, ale jednak pozostawia po sobie uczucie niedosytu.  Jest jednocześnie zachwycające i rozczarowujące.  Zachwyca chociażby cudownymi zdjęciami Hoyte Van Hoytemy, który choć nie jest Richardem Deakinsem, naprawdę stanął na wysokości zadania i przepięknie sportretował ten film - sekwencja rozpoczynająca seans, nakręcona w jednym ujęciu jest nieziemska.  Zachwyca również obecnością Craiga, który z odcinka na odcinek jest coraz lepszym Bondem, świetnie czuje się w tej roli, idealnie łącząc cięty humor, siłę i klasę, podstawowe cechy, którymi można opisać Bonda.  „Spectre” pozostawia jednak niedosyt przez wszystko to co wymienione powyżej oraz niezbyt udane postaci kobiece, jak Madelaine w którą wciela się Léa Seydoux.  Z początku portretowana jako silna kobieta, jednak na końcu pozostaje tylko ładnym dodatkiem do głównego bohatera.  "Spectre" nie jest złym filmem.  Tylko niestety bliżej mu do Bondów z Piercem Brosnanem, niż świetnego "Skyfall".

niedziela, 08 listopada 2015, milczacy_krytyk
Tagi: sensacyjny

Polecane wpisy

Komentarze
tomasz659
2015/11/10 08:20:12
Dobry film, warto iść do kina :)
-
Gość: Khaosth, *.dynamic.chello.pl
2015/12/04 22:18:43
Co tam postaci kobiece - najgorszy jest czarny charakter. Scenarzyści kreują go na największe zagrożenie Bonda, wszechwładnego człowieka trzymającego w garści cały świat, ale gdy Waltz już się ujawnia widzimy infantylnego śmieszka z najbardziej infantylnym wytłumaczeniem dla swojej działalności spośród ostatnich czterech odsłon (a może nawet i w całej serii). Rozczarowanie tym boleśniejsze, że w trakcie seansu niezbyt dyskretnie przewijają się wspomnienia Le Chiffre'a, Vesper i Silvy, na których tle Waltz wypada mizernie (mogliby też przypomnieć pana Greena, ale Waltzowi by to również nie pomogło).

Podobało mi się, że w końcu film z serii o Bondzie faktycznie był nim nie tylko z nazwy. Problem tylko w tym, że Mendes i jego nieco melancholijne i klasyczne spojrzenie na film pozbawiają "Spectre" życia. Jest estetycznie, klimatycznie, ale też brakuje tu emocji.

Dla mnie Opus magnum serii o Bondzie są "Jutro nie umiera nigdy" i "GoldenEye". "Casino Royale" to lepszy od nich, rewelacyjny film sensacyjny, ale jest niemal pozbawiony tego uroku, tej odrobiny magii serii.