Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Everest

ain't no mountain high enough

EverestEverest (2015) Islandia, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Baltasar Kormákur
scenariusz: Simon Beaufoy, William Nicholson
aktorzy: Jason Clarke, Josh Brolin, Jake Gyllenhaal, John Hawkes, Robin Wright, Emily Watson, Keira Knightley, Sam Worthington, Michael Kelly, Elizabeth Debicki, Martin Henderson, Ingvar Eggert Sigursson, Naoko Mori, Thomas M. Wright
muzyka: Dario Marianelli
zdjęcia: Salvatore Totino
montaż: Mick Audsley

 (7/10)

Historia kilku komercyjnych wypraw na Everest jakie miały miejsce w maju 1996 roku, ponad czterdzieści lat od czasu pierwszego zdobycia tego szczytu.  Opowieść o śmiałkach, zapaleńcach, którzy za grube pieniądze, zdecydowali się zdobyć najwyższy szczyt Ziemi.  Wystawiając swoje ciała na wielką próbę, dokonując prawie niemożliwego.  Mając bardzo niewiele czasu na to by wspiąć się na szczyt i z niego bezpiecznie zejść, gdyż ich ciała w drodze ku górze dosłownie zaczynały umierać.  Rozrzedzone powietrze, zbyt znaczna wysokość, mróz i wiatr, to tylko kilka podstawowych przeciwności, którym musieli stawić czoła.  Jak nie trudno się domyślić, skoro powstał ten film, to wyprawy o których opowiada musiały się czymś wyróżniać na tle pozostałych.  Niestety ale dla kilku członków skończyły się tragicznie.

Jedną z większych trudności, z jaką borykać musieli się członkowie wypraw w roku 96., był zbyt duży tłok.  Tamtego lata na szczyt wspinało się kilka dużych ekip, co więcej wszyscy wybrali ten sam dzień na zdobycie szczytu.  W drodze na górę powstały więc korki, spiętrzenia utrudniające wejście. Również i w tym filmie jest zdecydowanie zbyt tłoczno. Pokazuje on i członków kilku wypraw, i tych, którzy zostali na dole w obozie, a także rodziny najważniejszych bohaterów, czekające z niepokojem na wieści o swoich bliskich.  W sumie przez ekran przewija się kilkanaście postaci.  Obraz lawiruje więc między kolejnymi osobami, przeskakując nieustannie z postaci na postać, z miejsca na miejsce.  A to nie ułatwia budowania napięcia, kreowania historii, która prezentowałaby wznoszące napięcie.  Akcja przez dłuższy czas się rwie, przeskakuje między różnymi spojrzeniami, im bliżej końca, tym bardziej.  O dziwo jednak mimo tylu bohaterów na planie, udaje się stworzyć więź z kilkoma ważniejszymi osobami, przez co końcówka jest zaskakująco wzruszająca.  Pomimo iż wpada w schemat, pomimo iż wydaje się przesadnie oczywista.  

Nie da się ukryć, że idąc na "Everest" oczekuje się jednak przede wszystkim widoków.  Historia, bohaterowie, czy aktorzy schodzą na dalszy plan, nie są aż tak ważni, jak widoki.  A te są, trzeba przyznać, całkiem imponujące.  Co prawda chwilami kamera wybiera zbyt bliskie plany, prezentując przede wszystkim sylwetki bohaterów.  A chciałoby się zobaczyć coś więcej, spojrzeć przede wszystkim na otoczenie, na wysokogórskie krajobrazy.  Ale gdy twórcy ukazują już tylko samo miejsce akcji, robi ono spore wrażenie.  Olśniewające piękno gór.  Nie dziwne, że niektórzy są w stanie oddać życie, byleby tylko, choćby na chwilę, znaleźć się na ich szczycie.  Cud widoki.

wtorek, 03 listopada 2015, milczacy_krytyk

Polecane wpisy