Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Terminator: Genisys

old but not obsolete

Terminator: GenisysTerminator: Genisys (2015) USA

reżyseria: Alan Taylor
scenariusz: Laeta Kalogridis, Patrick Lussier
aktorzy: Arnold Schwarzenegger, Jason Clarke, Emilia Clarke, Jai Courtney, J.K. Simmons, Dayo Okeniyi, Matt Smith, Courtney B. Vance, Byung-hun Lee, Michael Gladis, Sandrine Holt, Wayne Bastrup, Gregory Alan Williams, Otto Sanchez, Matty Ferraro Agent, Griff Furst
muzyka: Lorne Balfe
zdjęcia: Kramer Morgenthau
montaż: Roger Barton

 (7-/10)

W czasach gdy właściwie każda znana seria filmów otrzymuje po latach swoje ponowne rozpoczęcie, taki los musiał również spotkać "Terminatora".  Swego rodzaju nowe życie, w pewnym stopniu zrywające z przeszłością, by bez przesadnie dużego bagażu doświadczeń, móc na nowo opowiadać dalszą część historii.  Restart zaliczyły ostatnio chociażby "Star Trek", "Jurassic Park", czy "Planeta małp".  Teraz czas przyszedł na Elektronicznego Zabójcę.  Od momentu gdy serią przestał dowodzić James Cameron, kolejne filmy prezentowały coraz słabszy poziom.  Wpierw swoją premierę miał zbyt zabawny i rozrywkowy "Bunt Maszyn", później w kinach pojawiło się "Ocalenie" - przez wielu uznawane za najgorszą część ze wszystkich.  Wydawało się, że po tak nieciekawych kontynuacjach seria jest już całkiem spalona.  Producenci mimo poprzednich niepowodzeń jeszcze raz spróbowali wrócić do tej opowieści.  "Genisys" jest niejako odrodzeniem "Terminatora", ignorującym dwie poprzednie części, rozpoczynającym historię na nowo.  To z jednej strony kontynuacja, bo zdarzenia rozgrywają się w dalekiej przyszłości, ale jednocześnie reboot, bo film ten nadpisuje historię, opowiada ją jeszcze raz, na swój własny sposób.  

Podobnie jak "Star Trek" J.J.Abramsa tworzył alternatywną rzeczywistość, która nie zaprzeczała ogromnemu uniwersum dotychczasowych filmów i seriali, tak i "Genisys" tworzy równoległą nitkę czasu, która jest podobna do tej znanej z poprzednich części, jednakże się od nich różni.  I muszę przyznać, że pomysł na ten film się twórcom naprawdę udał.  Pozwolił na stworzenie nowej przyszłości i jednoczesną zabawę z przeszłością, opowiedzenie całkiem nowej historii przy jednoczesnym odwoływaniu się do dwóch pierwszych epizodów, które były zdecydowanie najlepsze.  I tak całość rozpoczyna się w świecie rządzonym przez maszyny, z którego wysłany do lat osiemdziesiątych zostaje Terminator, by zabić Sarę Connor, kobietę, której dorosły syn jest w przyszłości liderem oporu wobec maszyn.  I tak trafiamy do roku 1984, by na nowo przeżyć momenty znane z pierwszego filmu, które "Genisys" cytuje momentami całkiem dosłownie.  W ślad za maszyną wysłany zostaje Kyle Reese, mężczyzna z najbliższego otoczenia Johna Connora, który ma chronić kobietę.  Zanim ją jednak spotka, wyśledzi go pewien policjant, zamieniający się w płynny metal.  I tak oto znajdujemy się równocześnie w czasach "Dnia Sądu", uciekając przed nowym modelem Terminatora T-1000.  I tu robi się ciekawie, bo ścieżki poprzednich filmów zaczynają się rozchodzić.  Przeszłość do której trafił Kyle różni się od tej, którą znamy z poprzednich produkcji.  Sarah nie jest bezbronną kelnerką.  Jest świadomą, pewną siebie, silną kobietą, o której wychowanie i przygotowanie do roli zadbał inny Terminator, który ochronił ją gdy miała zaledwie 9 lat i od tamtego momentu nie odstępuje jej na chwilę (ale już kto go wysłał w daleką przeszłość, kiedy i dlaczego, niestety się nie dowiadujemy).  Przeszłość uległa więc zmianie, misja bohaterów również.  I w ten oto sposób reboot stał się sequelem, a sequel stał się rebootem.  Zaskakująco niezłym.

Prawdę powiedziawszy nie wierzyłem, że ten film może się udać.  I choć zdecydowanie nie przystaje do dwóch pierwszych części, jest najciekawszą i najlepszą kontynuacją z trzech kolejnych jakie powstały.  W ciekawy sposób opowiada całkiem nową historię, pamiętając o poprzednich produkcjach (pierwszy kwadrans to niejako hołd dla filmu z 1984 roku), jednocześnie dając możliwość dalszego, swobodnego rozwijania uniwersum.  Oczywiście brakuje w nim mroku filmów Camerona, tego poczucia nieustającego, narastającego zagrożenia.  To bardziej rozrywkowy film akcji niż trzymający w napięciu thriller.  Brakuje w nim również świeżości i spektakularności, bo właściwie wszystko co się w nim dzieje już gdzieś kiedyś było i w tym wykonaniu nie robi już takiego wrażenia (a T-1000 prezentuje się wręcz gorzej niż w filmie z 1991 roku).  Ale mimo wszystko tę układankę z poprzednich wątków ogląda się zaskakująco dobrze i bezboleśnie.  Jest osadzona w obecnej rzeczywistości - parciu do bycia zawsze online i zawsze updated.  Posiada kilka ciekawych zwrotów akcji, które robiłyby większe wrażenie gdyby nie zostały wyjawione przez okropną kampanię marketingową.  I w sumie najbardziej w tym filmie kuleje casting.  Jason Clark jest za mało wyrazisty jak na Johna, Jai Courtney ze swoim drewnianym podejściem do gry bardziej nadaje się na terminatora, a Emilia Clarke nijak nie przystaje do Sarah w wykonaniu Lindy Hamilton.  I to jest właściwie największą bolączką tego filmu - jako oddzielna produkcja broni się całkiem nieźle, jednak w porównaniu z filmami Camerona wypada blado.  Choć i tak jest lepszy niż można by przypuszczać.

sobota, 11 lipca 2015, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Simon, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2015/07/11 22:10:42
Bardzo wysoka ocena.

Nie zgodzę się, że pomysł z równoległą linią czasu się twórcom udał. Dla mnie to strasznie przekombinowana sprawa, ostatnio panuje jakaś moda na przekreślanie budowanej w poprzednich odsłonach fabuły, żeby wspomnieć chociażby X-Menów. Ileż można?
-
milczacy_krytyk
2015/07/18 15:48:18
Aż się widzom/twórcom to znudzi ;)
A X-menom taki restart przekreślający ostatnie części się akurat bardzo przydał. Dzięki niemu możemy spokojnie zapomnieć o beznadziejnej trójce.