Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Avengers: Czas Ultrona

a new age begins

Avengers: Czas UltronaAvengers: Czas Ultrona (2015) USA

reżyseria i scenariusz: Joss Whedon
aktorzy: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Jeremy Renner, James Spader, Samuel L. Jackson, Don Cheadle, Aaron Taylor-Johnson, Elizabeth Olsen, Paul Bettany, Cobie Smulders, Anthony Mackie, Hayley Atwell, Idris Elba, Stellan Skarsgard, Claudia Kim, Thomas Kretschmann, Andy Serkis, Julie Delpy, Stan Lee
muzyka: Brian Tyler, Danny Elfman
zdjęcia: Ben Davis
montaż: Lisa Lassek, Jeffrey Ford

 (6/10)

Jak dotąd nie podzielałem coraz głośniejszych głosów krytyki zarzucających kolejnym filmom Marvel, że coraz bardziej zamieniają się w wielki, kinowy serial.  Opowieść w odcinkach, która przerasta poszczególne filmy, będące jedynie niewielką częścią gigantycznej układanki, rozplanowanej na kilka następnych lat.  Nie miałem takiego odczucia podczas oglądania produkcji z Pierwszej Fazy, przedstawiających origins kolejnych bohaterów: Kapitana Amerykę, Thora, Iron Mana, które doprowadziły do Avengers, w którym wszystkie te postaci się wreszcie spotkały.  Nie miałem również takiego wrażenia podczas oglądania filmów Drugiej Fazy.  Aż do teraz.  "Thor 2", "Zimowy żołnierz", „Iron Man 3” zdawały się być bowiem osobnymi produkcjami.  Oczywiście osadzonymi w Uniwersum, pamiętającymi o poprzednich odsłonach cyklu, ale jednak opowiadającymi swoje własne historie, rozwijające losy poszczególnych bohaterów.  Co więcej potrafiły one nawet zmieniać reguły gry, jak w kontynuacji "Kapitana Ameryki", która sporo namieszała, zaoferowała kilka znaczących zwrotów akcji.  "Czas Ultrona" zdaje się być w porównaniu do tamtych obrazów filmem niepotrzebnym.  Zapchaj dziurą, łączącą Fazę Drugą, z rozpoczynającą się niedługo Fazą Trzecią.  Filmem, który nijak nie broni się jako osobna produkcja.  Filmem, który został przytłoczony przez zamysł gigantycznej opowieści całego Uniwersum.

Nie da się kontynuacji "Avengers" obejrzeć w oderwaniu od poprzednich filmów.  I choć można się dziwić, po co ktoś miałby  oglądać tylko ten film, nie znając wszystkich poprzednich (przecież to tak jakby chciało się obejrzeć Harry'ego Pottera zaczynając od "Księcia Półkrwi"), to jednak poprzednim filmom Marvela udawało się zachować pewną autonomię.  Tu każdy z bohaterów niesie ze sobą pewien bagaż doświadczeń o którym trzeba wiedzieć, pamiętając wszystkie poprzednie produkcje.  Gdy Stark mówi o tunelu czasoprzestrzennym trzeba pamiętać finał "Avengers", gdy Kapitan Ameryka wspomina o pewnym uciekinierze, należy pamiętać o wydarzeniach z "Zimowego żołnierza", gdy Thor wspomina o Jane, nasze myśli powinny powędrować od razu do "Mrocznego świata".  Lecz jeszcze samo to, taka przesadna zależność tej produkcji od poprzednich, nie jest tak denerwujące i rozczarowujące, jak to, że "Czas Ultrona" jest filmem potwornie wtórnym.  Ot kolejna opowieść o sztucznej inteligencji, która wyrywa się spod kontroli i którą trzeba powstrzymać, inaczej zniszczy cały świat.  Jakbyśmy tego już wielokrotnie wcześniej nie widzieli.  Film ten niewiele wnosi do świata Marvela, a już tym bardziej do świata filmu.  Ot kolejny blockbuster pełen zużytych schematów, który może i cieszy oko w czasie seansu, ale o którym zapomina się tuż po wyjściu z sali kinowej.  I choć może jest on wstępem do "Civil War", kontynuacji "Kapitana Ameryki", to budowany w nim konflikt jest sztuczny i nieprzekonujący.

Co więcej "Czas Ultrona" sprawia wrażenie strasznie zmarnowanej szansy, totalnie niewykorzystanego potencjału.  Wraz z Ultronem Marvel miał wreszcie czarny charakter, który się liczył, który miał charyzmę, który stanowił realne zagrożenie.  To właśnie brak silnego przeciwnika był największą bolączką poprzednich filmów studia.  Tyle, że i tu ten Zły nie zostaje należycie wykorzystany.  Zbyt często staje się comic reliefem, źródłem żartów, zabawnych powiedzonek.  Z przerażającego, śmiertelnie niebezpiecznego przeciwnika staje się groteskowym, przesadnie zabawnym dodatkiem.  Również jego możliwości nie zostają odpowiednio wykorzystane.  Ultron podłącza się do Internetu, ale prócz tego, że czerpie z niego informację o ludziach, nic więcej z tym nie robi.  Choć mówi, że chce zniszczyć Avengers, nie korzysta z tego idealnego narzędzia - ależ to mógł być komentarz na falę plotek zalewających sieć każdego dnia i wpływ tych oszczerstw na rzeczywistość, reakcje społeczeństwa.  Niewykorzystany jest również finał tej opowieści, tak jakby Whedon sam przestraszył się swego pomysłu i w połowie drogi z niego zrezygnował - bohaterowie stają bowiem przed sytuacją bez wyjścia, w której muszą wybrać mniejsze zło, ale oczywiście magiczne rozwiązanie znajduje się w porę.  Nic co by zaskoczyło, wbiło w fotel, wywołało jakieś prawdziwe emocje.  Ponadto od początku czuć, że ten film był w oryginale dłuższy, ale został przesadnie skrócony na stole montażowym, byleby tylko trwał nie więcej niż dwie i pół godziny.  Stąd przesadne skróty, jak chociażby ten najbardziej widoczny, mający miejsce pomiędzy narodzinami Ultrona, a tym jak zaczyna on wdrażać w życie swój plan zniszczenia. 

Jednocześnie przy tym niedosycie jaki pozostaje po tym filmie, sporo w tej produkcji przesady.  Jak chociażby humoru, który w pierwszych "Avengers" był miłym dodatkiem, pojawiającym się w co jakiś czas w umiarkowanych ilościach, przez co faktycznie bawił.  Tu jest go zbyt wiele, bohaterowie rzucają one-linerami na lewo i prawo, przez co giną one w zalewie średniego humoru.  Na kilka autentycznie zabawnych odzywek przypada kilkanaście średniawych, które w ogóle nie powinny się tu znaleźć.  Tym razem Whedonomi nie udało się również zapanować nad całą grupą bohaterów.  Fajnie, że na pierwszy plan wysuwają się postaci dotąd będące w cieniu jak Hawkeye i Black Widow, ale reżyser szczególnie w scenach akcji za często traci z oczu swoich bohaterów, przez co wielokrotnie zadajemy sobie pytanie, a gdzie teraz jest Thor, co robi Kapitan Ameryka, gdzie się podział Hulk?  Znikają i pojawiają się do woli.  Zupełnie niepotrzebnie wciśnięty do tej historii został również wątek romansowy między Czarną Wdową a Hulkiem.  Na papierze może wyglądał dobrze, ale na ekranie w ogóle się nie sprawdza, ponieważ między bohaterami brakuje chemii.  I tak całość dąży do obowiązkowego szczęśliwego zakończenia, które tak naprawdę jest tylko wstępem do kolejnej części (o zgrozo!) podzielonej na dwa osobne filmy, które poprzedzi jeszcze kontynuacja "Kapitana Ameryki" i kilka innych obrazów mówiących o kolejnych superbohaterach.  Od początku było wiadomo, że wysoki poziom produkcji Marvela nie będzie trwać wiecznie, że nie wszystkie filmy studia będą równie udane.  Szkoda tylko, że pierwszym mocnym wyłomem w dobrej formie są właśnie nowi "Avengers" Jossa Whedona.  Oby nadchodzący "Ant-Man" przywrócił lepszy poziom.

wtorek, 12 maja 2015, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Marr, *.adsl.inetia.pl
2015/05/17 13:50:27
Jak dla mnie oba Thory są bardzo słabe, nie mówiąc już o pierwszym Kapitanie, więc dla mnie nie ma tu żadnego spadku. I Ant-Man nie zapowiada lepszej rozrywki niż AOU. Tutaj było za dużo wątków, wybuchów i żartów, które bardziej sprawdziłyby się w formie serialowej - nie kinowej.