Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Transformers: Wiek zagłady

junk

Transformers: Wiek zagładyTransformers: Wiek Zagłady (2014) USA

reżyseria: Michael Bay
scenariusz: Ehren Kruger
aktorzy: Mark Wahlberg, Stanley Tucci, Kelsey Grammer, Nicola Peltz, Jack Reynor, Titus Welliver, Sophia Myles, Bingbing Li, T.J. Miller, James Bachman, Thomas Lennon
muzyka: Steve Jablonsky
zdjęcia: Amir M. Mokri
montaż: Paul Rubell, William Goldenberg, Roger Barton

 (4/10)

Nie wiem co mnie podkusiło by wybrać się jednak do kina na czwartą część "Transformers".  Jedynie część pierwsza, do której scenariusz pisali Roberto Orci i Alex Kurtzman była znośna i przypominała jeszcze w jakimś sensie normalne widowisko, rozrywkowy blockbuster na którym można się dobrze bawić.  Od części drugiej, gdy za scenariusz zaczął odpowiadać Ehren Kruger, seria Transformers zaliczyła gigantyczny spadek jakości.  Od tamtego czasu ciężko uwierzyć, że ktokolwiek przygotowuje do tych blockbusterów jakikolwiek skrypt. Od koszmarnej "Zemsty upadłych" filmy o autobotach zamieniły się w makabrycznie wydłużone, absolutnie nie mające jakiegokolwiek sensu pokazy fajerwerków, podlane kloacznym, żenującym humorem, które ogląda się jak niemiłosiernie wydłużone bloki reklamowe, tyle w tych produkcjach nachalnego product placementu.  Do tego dochodzi wylewający się z ekranu seksizm, portretujący wszystkie bohaterki z perspektywy wyłącznie ich wyglądu, koniecznie jak najmocniej podchodzącego pod lalkę Barbie.  Głód kina, w którym nie byłem już od jakiegoś czasu (będzie z półtora tygodnia) był jednak silniejszy i z braku innej alternatywy padło na kolejną sieczkę od Michaela Baya.  I choć "Wiek zagłady" nie jest tak koszmarny jak najgorsza z całego cyklu "Zemsta upadłych", nie jest również filmem  znacząco lepszym od pozostałych.  

Czwarta część wygrywa z poprzednimi przede wszystkim pod względem długości swego metrażu.  Okrutnie wydłużone dwie godziny i czterdzieści pięć minut, które ciągną się w nieskończoność.  Już poprzednie filmy o Transformersach były przesadnie rozciągnięte w czasie, ten jednak uderza w totalne ekstremum.  Akcja wlecze się niemiłosiernie, ekspozycja trwa w nieskończoność, a każda potyczka między robotami musi zostać poprzedzona przedłużającymi się zwolnieniami na jadące po pustych drogach samochody.  Patrząc na rozgrywające się na ekranie wydarzenia, ma się w pewnym momencie wrażenie, że powoli zbliżamy się do końca, jednak nie jest to jeszcze nawet połowa filmu, a przed nami dwa gigantyczne wątki, z tym rozgrywającym się w Chinach na czele, który zajmuje cały, przedłużony trzeci akt tej produkcji.  Nic tu nie ma sensu, poszczególne wątki nie łączą się ze sobą (dinozaury, dusze, stwórcy, transformujące się metale, wszystko wrzucone do jednego wora), skutek nie wynika z przyczyny, a o czymś takim jak choćby lekko zarysowana fabuła logicznie osadzona w wykreowanym świecie, można całkiem zapomnieć.  Co gorsze jednak, nawet sceny akcji nie mają w tej części najmniejszego sensu, nie są ani trochę spójne, bo wielokrotnie miejsce ich dziania zmienia się w niekontrolowany, dowolny sposób, byleby tylko bohaterowie znaleźli się w otoczeniu, które ciekawie będzie można wysadzić.  Fajerwerki, fajerwerki!  Stąd z zapadłej wioski w pół sekundy przenosimy się na przykład na wielopoziomowe autostrady, lub w sam środek gigantycznej metropolii.

Całość sprawia wrażenie jednej wielkiej reklamówki kolejnych marek.  Product placement jest tu wszechobecny.  Tak było w poprzednich częściach, tym razem Bay przeszedł jednak samego siebie.  Co innego jest bowiem ukazywanie gigantycznych billboardów Victoria’s Secret, Toma Forda czy Gucci wiszących gdzieś w tle.  Czym innym jest jednak gdy o markach mówi się wprost i bezpośrednio z nich korzysta.  Red Bull, piwo Bud Light, oraz... Chiny, dla których poświęcone jest ostatnie 45 minut tego obrazu.  Największym, niemiłym zaskoczeniem w tej części jest za to jakoś efektów specjalnych.  To niesamowite, że w filmie, który przede wszystkim opiera się na efektach, które są jego najważniejszym składnikiem, mogą być tak niedopracowane.  Green screen momentami wali na odległość tak bardzo (wspinaczka po linach między budynkami), że aż ciężko uwierzyć, że w filmie na który poszły miliony może przytrafić się taka niedoróbka.  Ogólnie rzecz biorąc całość wielokrotnie sprawia wrażenie nakręconej w pośpiechu, niedbale, jakby całkiem od niechcenia.  Jakby Bay otrzymał kolejne zlecenie, na które nie miał już absolutnie żadnej ochoty, ale je odbębnił byleby tylko zarobić.  Bo do tego, że coś takiego jak scenariusz w "Transformersach" nie istnieje, można się było przyzwyczaić już po poprzednich częściach.  Ale, że efekty są tak nieudane, to całkowita nowość, wyjątkowo niemiła, szokująca niespodzianka.

niedziela, 13 lipca 2014, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Xoder, *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl
2014/07/13 18:32:52
Ludzie po co chodzicie na takie filmy? :P Nie karmcie Michaela Baya!!
-
Gość: Pan Szyszek, *.toya.net.pl
2014/07/13 20:06:00
Nigdy nie przepadałem za tego typu filmami, ale czasem na coś rzuciłem okiem. Tu jednak brzmi to jak jakaś bzdura do kwadratu, albo szalona narkotyczna wizja :D