Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Snowpiercer: Arka przyszłości

eternal engine

Snowpiercer. Arka przyszłościSnowpiercer. Arka przyszłości (2013) Czechy, Francja, USA, Korea Południowa

reżyseria: Joon-ho Bong
scenariusz: Joon-ho Bong, Kelly Masterson
aktorzy: Chris Evans, Kang-ho Song, Tilda Swinton, Jamie Bell, Octavia Spencer, Ewen Bremner, John Hurt, Ed Harris, Alison Pill, Ah-sung Ko, Luke Pasqualino, Tómas Lemarquis, Vlad Ivanov, Adnan Hasković, Steve Park, Clark Middleton
muzyka: Marco Beltrami
zdjęcia: Kyung-Pyo Hong
montaż: Steve M. Choe

na podstawie: komiksu Benjamina Legranda, Jacques Lob

 (8/10)

Na chwilę obecną największe pozytywne zaskoczenie tego roku.  Właściwie gdyby nie moja tendencja do oglądania prawie wszystkiego co ma swoją premierę na wielkim ekranie, ominąłbym ten film szerokim łukiem.  Jedynym co mnie do niego ewentualnie zachęcało, była osoba twórcy, koreański reżyser Joon-ho Bong, który wcześniej nakręcił przedziwny "Host" oraz bardzo ciekawy dramat "Matka".  Wszystko inne mówiło mi jednoznacznie: nie idź na to do kina, nie ma sensu, na pewno się rozczarujesz.  Nawet doborowa obsada nie przekonywała.  Ile to bowiem już razy okazywało się, że nawet najlepsze nazwiska nie są żadnym gwarantem jakości tego co zobaczy się na wielkim ekranie.  To co mnie najbardziej odpychało od tej produkcji to fabuła.  Totalnie idiotyczny pomysł wyjściowy na ten obraz.  Otóż.  W bardzo niedalekiej przyszłości, w wyniku kataklizmu całą Ziemię pokrywa wieczny lód.  Przeważająca większość populacji zamarzła.  Ci, którym udało się ujść z życiem przebywają teraz w pociągu, który jest w ciągłym ruchu, pędząc przed siebie, przez rok okrążając cały świat.  Każdy wagon ma swój cel, całością rządzi ściśle określona hierarchia.  Najubożsi przebywają na tyle, pierwsza klasa jedzie z przodu.  Po siedemnastu latach takiej wędrówki ostatnie wagony decydują się na bunt.  Celem jest lokomotywa i zatrzymanie całego składu.

I właśnie ten pomysł, ten pędzący przed siebie pociąg, którego pasażerowie posegregowani są według ściśle określonego systemu klasowemu, jest tym co gryzie się tu najbardziej.  Nie sposób bowiem, przynajmniej przez pierwszy kwadrans, nie zadawać sobie pytania, po kiego oni w ogóle jadą, po kiego ta cała podróż?  Na logikę nie ma to najmniejszego sensu.  Jednakże to miejsce akcji, ten punkt wyjścia trzeba zaakceptować na dzień dobry, bo inaczej nie przebrnie się przez kolejne dwie godziny seansu.  Od momentu gdy przestanie się krzywo patrzeć na samą ideę podróżującego pociągu, seans nabiera wartości.  Coraz bardziej wciąga, ciekawi, i ekscytuje, bo jak się okazuje "Snowpiercer" to intrygujące kino sci-fi, które miejsce akcji wykorzystuje jako metaforę współczesnego społeczeństwa, a cały film jest historią buntu, rewolucji i sensu takich zrywów.  Może to porównanie jest stworzone na siłę, może punkt wyjścia mógł być bardziej subtelny.  Najważniejsze jednak, że w rękach Koreańczyka ten film gra.  I to jeszcze jak.  To fantastycznie nakręcone, momentami mocno klaustrofobiczne kino, które świetnie przeplata ze sobą szybkie, pomysłowo rozegrane i przepełnione sporym napięciem sceny akcji, z wolniejszymi momentami zbliżającymi się do postaci.  To ciekawie rozpisana historia, której nie brak zaskoczeń i naprawdę niespodziewanych zwrotów akcji.  To, że kolejne elementy układanki tak dobrze do siebie pasują, łącząc się w odpowiednich chwilach, w dużej mierze wynika z faktu, że opowieść ta została oparta na komiksie.  Jednak posiadać świetny materiał źródłowy to jedno, a umieć go dobrze wykorzystać, to coś zupełnie innego.  Bongowi się to udało, dlatego też "Snowpiercer" ogląda się z niemalejącym zaciekawieniem.

"Snowpiercer" jest w wielu miejscach obrazem składającym się z przeciwieństw, skrajności, odmiennych podejść, które zderzają się na ekranie, tworząc intrygującą mieszankę.  Amerykański rozmach i podskórnie wyczuwalny azjatycki klimat, choć większość obsady nie jest skośnooka.  Film wielki, efektowny ale nie efekciarski.  Blockbuster z sercem, który nie jest jedynie bezduszną maszynką do zarabiania wielkich pieniędzy, a przynajmniej tego po nim nie czuć.  Opowieść, której przyświeca większy sens, dokładnie przemyślana, oferująca masę przemyśleń na temat teraźniejszości, które zawarte zostały w kolejnych metaforach towarzyszących kolejnym przedziałom jakie znajdują się w pociągu.  Zwroty akcji, których w hollywoodzkim kinie raczej się nie uświadczy.  Ciekawe przemieszanie aktorów europejskich, amerykańskich i koreańskich, którzy zagrali w pierwszym filmie Bonga.  Z których najlepiej, najbardziej wyraziście w pamięci zapisuje się Tilda Swinton grająca tu Masona.  Tuba rządzącego pociągiem Wilforda, fascynująca mieszanka klauna, sfiksowanej staruszki i liderów totalitarnych państw, mająca w sobie od groma azjatyckości w zachowaniu.  Pierwszorzędna rola w filmie, który ma się ochotę obejrzeć jeszcze raz od razu po zakończeniu pierwszego seansu.  A czy może być lepsza rekomendacja dla filmu jak właśnie nie taka?  

wtorek, 06 maja 2014, milczacy_krytyk

Polecane wpisy