Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Ona

socially acceptable insanity

OnaOna (2013) USA

reżyseria i scenariusz: Spike Jonze
aktorzy: Joaquin Phoenix, Scarlett Johansson, Amy Adams, Rooney Mara, Chris Pratt, Olivia Wilde, Matt Letscher, Portia Doubleday, Laura Kai Chen, Kristen Wiig, Spike Jonze, Brian Cox, Bill Hader
muzyka: Will Butler, Owen Pallett
zdjęcia: Hoyte Van Hoytema
montaż: Eric Zumbrunnen, Jeff Buchanan

 (8,5/10)

Akcja najnowszego filmu Spike'a Jonze rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, oddalonej od naszych czasów dosłownie o kilka lat.  Świat wygląda podobnie do naszego.  Zmieniła się trochę moda, zmieniła się trochę technologia - urządzenia jeszcze bardziej się zmniejszyły, zniknęły klawiatury.  Na rynku pojawia się za to nowy produkt - posiadający świadomość system operacyjny OS1.  W tej bardzo prawdopodobnej wizji przyszłych dni żyje dobiegający do czterdziestki Theodore Twombly.  Zamknięty w sobie, nieśmiały mężczyzna, który ponad roku temu rozstał się ze swoją żoną, z którą przeżył prawie dekadę.  Na co dzień pracuje w firmie, która zajmuje się pisaniem listów na życzenie przez profesjonalistów, którzy w imieniu nadawców, w pięknych słowach opisują ich myśli i uczucia.  Theo czuje się samotny.  Z tego też powodu, któregoś dnia decyduje się na zakup OS1.  Nie obejrzy się, a zacznie coś czuć do tej sztucznej inteligencji.  Ze wzajemnością.  I tak rozpoczyna się niezwykle ciekawy film będący przenikliwą obserwacją związków międzyludzkich.  Przyjaźni, i przede wszystkim miłości, kolejnych jej etapów i faz.  Od pierwszego zauroczenia, przez fascynację, które z czasem są zastępowane przez przyzwyczajenie, niekiedy późniejsze znudzenie i zazdrość.  Miłość, ta społecznie akceptowalna forma obłędu, jak nazywa ją bohaterka grana przez Amy Adams, w filmie Jonze'go jest uczuciem niesamowicie niepewnym, niemal wirtualnym, które pojawia się i przemija.  Tak kapryśnym, tak niezbędnym, tak niezwykłym.

Co więcej, "Ona" jest bardzo głęboką analizą świata w którym już żyjemy.  Tego, jak zmienia się on na naszych oczach, jaką transformację przeszedł przez ostatnie lata i do jakiego stanu dąży.  To przewidujące spojrzenie na rzeczywistość jaka nadchodzi, na przyszłość, która właściwie się już rozpoczęła.  Bez żadnych konkretnych znaków ostrzegawczych, bez wyraźnych momentów rozpoczęcia.  To obraz świata w którym wirtual zastępuje real, w którym coraz mniej ludzi się bezpośrednio ze sobą komunikuje, w którym wybierane są środki zastępcze, pośrednicy, w którym zanika umiejętność żywej, ludzkiej, normalnej interakcji.  Który paradoksalnie, choć jest coraz bardziej społecznościowy, w którym choć kontakt z drugim człowiekiem nie jest żadnym problemem, bo nie występują w nim ograniczenia ani miejsca ani czasu, odgradza ludzi od siebie.  Zamyka we własnych rzeczywistościach, którymi można się dzielić, nie współprzeżywać.  Świat, który wypełnia samotność, odosobnienie, choć przeżywana w grupie, obok milionów jednostek, podobnie odizolowanych, samotnych, pragnących bliskości, uczucia, drugiego człowieka.  Żaden z tegorocznych filmów nominowanych do Oscara bardziej nie zasługuje na statuetkę za najlepszy scenariusz oryginalny, jak właśnie „Ona”.  Skrypt Jonze'go to jedna z najbardziej pomysłowych, przenikliwych historii jakie pojawiły się w kinach na przestrzeni ostatnich kilku lat.  Perfekcyjna, przemyślana i zasmucająca obserwacja.  Tym bardziej przerażająca, gdy tuż po seansie, chcąc zrobić szybkie notatki z obejrzanego filmu, uświadamia się sobie, że nawet własny smartfon, którego się nigdy o to nie podejrzewało, posiada już funkcje głosowe, będące zapowiedzią tego co przed chwilą obejrzało się na wielkim ekranie.

Świat przyszłości portretowany jest w tym filmie poprzez nowoczesną architekturę, wszechotaczające szkło, rozświetlające noce wysokościowce, oraz pełne kolorów ubrania, które noszą bohaterowie.  Feeria soczystych barw, które swoją mocą aż chwilami szokują.  Jednak mimo tego kolorowego ciepła bijącego z ekranu, obraz ten jest zaskakująco chłodny, zimny i smutny (decyzja dystrybutora by przeznaczyć tę produkcję na weekend walentynkowy, była zdecydowanie chybiona).  Być może ten chłód wynika z melancholijnych zdjęć Hoyte van Hoytema, być może z niezwykle delikatnie zagranych ról, bez jakichkolwiek upiększeń, na czysto - cudowna Amy Adams bez makijażu, świetny Joaquin Phoenix.  Ten chłód wypływa również z zadumy w której przebywają bohaterowie, w której utrzymuje się też ta opowieść.  Przenikliwa atmosfera, pozostająca na długo po seansie, w której wyczuwalna jest świadomość upływającego czasu, tego, że wszystko się zmienia, wszystko się kiedyś kończy, a już w szczególności to co dobre.  Bo najlepsze momenty, radosne zdarzenia, są tylko krótkimi westchnieniami, chwilami, które pojawiają się na moment i za chwilę przemijają bezpowrotnie.  Ta świadomość czyni ten film dziwnie błogim, ale jednocześnie niepokojąco smutnym, z jednej strony odrętwiająco spokojnym, z drugiej całkiem przygnębiającym. 

sobota, 01 marca 2014, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
krzysztoffinanse
2014/03/20 16:12:30
Świetny film. Niby science-fiction, ale całkiem niedługo może to być już prawdziwe życie. Ups... "prawdziwe" raczej.