Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Buntownik bez powodu

Buntownik bez powodu

Buntownik bez powodu | dramat | USA | 1955
reż. Nicholas Ray | scen. Stewart Stern

 (6/10)

Ze wszystkich filmów pokazywanych w trakcie przeglądu "Arcydzieła Amerykańskiego Kina. 90 lat Warner Bros" ten zestarzał się chyba najbardziej, choć wcale nie jest najstarszym obrazem z siedmiu prezentowanych.  "Buntownik bez powodu" jest jednak filmem najbardziej zatopionym w czasach w których powstał, najbardziej osadzony w rzeczywistości wtedy panującej.  Połowa lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, Stany Zjednoczone Ameryki.  Od tamtego czasu, a minęło już ponad pół wieku, świat się jednak bardzo zmienił, granice zachowań, dotąd wydawałoby się nieprzekraczalne, zostały dawno przekroczone.  To co kiedyś wydawało się nie do pomyślenia, teraz jest czymś najzwyczajniejszym, co ani nie szokuje, ani nie bulwersuje.  I choć ogólne problemy młodości jakie są tematem tego filmu: zagubienie, samotność, niezrozumienie przez dorosłych, bunt przeciwko obowiązującym zasadom, narzucanym regułom, istnieją nadal i istnieć będą pewnie zawsze, to obok nich pozmieniały się pewne szczegóły, i to one najbardziej rzutują na gorszy odbiór tego filmu po latach.

Bo czy można przejąć się, uwierzyć w bunt nastolatki, który swój najmocniejszy wyraz przyjmuje w sytuacji w której jej ojciec sprzeciwia się temu by go całowała, i zachowywała się jak mała dziewczynka?  No nie za bardzo.  Dziwnie się również ogląda większość aktorów, będących dawno po dwudziestce, którzy wcielają się w role nastolatków, licealistów.  Mało przekonujące bywa również zachowanie bohaterów, szczególnie w czasie ostatniego aktu, gdy nagle zaczynają działać pod żądanie scenarzysty, który stara się doprowadzić tę opowieść do tragicznego finału.  Uciekając przed rodzicami, przed policją, niedługo po tragicznej śmierci jednego z licealistów, zamykają się w opuszczonej posiadłości, jakby zupełnie nic, wyznają sobie miłość, spędzając beztrosko kolejne chwile.  Szczytem jest końcowe zachowanie najmłodszej z postaci, absolutnie nieumotywowane szaleństwo, które oczywiście musi się skończyć tragicznie i taki też ma finał.  Byleby tylko stworzyć obraz opuszczonego, niezrozumiałego nastolatka, który nie dał sobie rady z otaczającą go rzeczywistością, ale którego los, oczywiście, pomógł w poprawieniu relacji panujących w domu głównego bohatera.

Przyznam się szczerze, że byłem ciekawy tego filmu przede wszystkim z powodu występującego w nim Jamesa Deana, jednego z najsławniejszych amerykańskich aktorów, który zginął w bardzo młodym wieku (24 lata) mając zaledwie kilka większych ról na swoim koncie.  Być może jedna rola to za mało by zrozumieć na czym polegała jego wyjątkowość.  Ten film niestety jednak nie pomógł mi w zrozumieniu dlaczego Dean tak mocno zapisał się na kartach historii kina.  Jego występ mnie nie poruszył, podobnie z resztą jak i sam film.  Zaskakująco udany od strony technicznej (w życiu bym się nie spodziewał tak panoramicznego obrazu w tak starej produkcji), ale rozczarowujący opowiadaną tu historią.  Oczywiście w latach pięćdziesiątych "Buntownik bez powodu" musiał być filmem przełomowym, ze względu na tak otwarcie poruszane w nim tematy, dotąd bardzo mocno wyciszane przez cenzurę, przez stawianie młodych i ich prawdziwe problemy, tak wyraźnie na pierwszym planie.  Jednak po upływie tylu lat, gdy mało który temat jest jeszcze niewygodny, obraz ten nie ma już tej siły rażenia co wtedy.  Z nóg, jak niektóre inne klasyki, niestety więc nie zwala.

Arcydzieła Amerykańskiego Kina

sobota, 29 marca 2014, milczacy_krytyk

Polecane wpisy