Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
7.AAFF / Ida / Sztuka znikania

 7.AAFF / Ida / Sztuka znikania

Ida

Ida | dramat | Dania, Polska, Wielka Brytania | 2013
reż. Paweł Pawlikowski

 (8/10)

Przy pękającej w szwach sali gdańskiego Multikina rozpoczął się w czwartkowy wieczór jeden z najbardziej oczekiwanych seansów siódmej edycji festiwalu All About Freedom - "Ida" w reżyserii Pawła Pawlikowskiego.  Film nagrodzony wcześniej na festiwalach filmowych w Gdyni, Warszawie i Toronto.  Film prawdziwie niezwykły, hipnotyzujący, wyróżniający się na tle innych produkcji, nie tylko polskich.  Bo wśród tych rodzimych to prawdziwa ekstraklasa.  Choć jego wyjątkowość nie polega na samej historii w nim opowiadanej.  Fabuła to w zasadzie najsłabszy element tego obrazu, co jednak wcale nie oznacza, że jest mało satysfakcjonująca.  Po prostu w porównaniu z pozostałymi elementami tej produkcji, które prezentują niebywale wysoki poziom, ona wypada odrobinę blado.  "Ida" to historia młodej zakonnicy, która przed złożeniem ślubów czystości musi zawiadomić o tej nadchodzącej uroczystości najbliższe sobie osoby.  Dziewczyna jest jednak sierotą, całe swoje życie spędziła w klasztorze.  Jedyną znaną osobą, która jest z nią spokrewniona jest jej ciotka, której jednak jak dotąd na oczy nigdy nie widziała.  Dziewczyna opuszcza więc klasztor i jedzie do ciotki, by spędzić u niej kilka dni, i poznać ją bliżej.  

Jeśliby rozłożyć ten obraz na czynniki pierwsze, bez trudu można by się rozpisać nad wszystkim jego elementami.  Po pierwsze, to co zachwyca już od pierwszych chwil, to przepiękna forma.  "Ida" to obraz czarno-biały, zrealizowany w formacie 4:3, filmowany w statycznych ujęciach.  Każdy kadr to perełka mimo, że niektóre zdają się być niby przypadkowe, nie zgodne ze sztuką, podstawowymi prawidłami rzemiosła.  Małe głowy u dołu ekranu, niepotrzebna pustka ponad.  Ta pewna "niepoprawność" utrzymuje się tu jednak przez cały czas trwania seansu.  To pewnego rodzaju kompromis pomiędzy nieruchomo ustawioną kamerą, która w ustalonym położeniu musi uchwycić to co najważniejsze, a poprawnie skomponowanymi zdjęciami, w których takie nierówności by się nie zdarzały.  I choć z początku te poszczególne ujęcia zastanawiają i odrobinę nawet irytują, z czasem przestaje się zwracać na nie uwagę.  Tak po prostu wygląda ten film, taki jest jego urok.  Co niezwykłe, choć czarno-biały, pełen odcieni, a przez to jakby pełen życia i barw.

Drugim co wyróżnia tę produkcję są kreacje aktorskie, a właściwie jedna kreacja, słusznie nagrodzonej w Gdyni Agaty Kuleszy, która wciela się tu w rolę ciotki, do której przyjeżdża Ida.  Jej bohaterka to kobieta hedonistycznie nastawiona do życia, pełna logicznego sarkazmu, zadziorności, życia i pewności siebie.  Sędzia, która teraz niewiele już znaczy, ale za to kiedyś była świetnym prokuratorem.  To dzięki niej, dzięki jej uporowi i parciu przed siebie Ida ma szansę poznać zatajone losy swej rodziny.  Kulesza prostymi ale zdecydowanymi środkami, nie mając przy tym wcale za wiele dialogów do wykorzystania, kreśli portret zdecydowanej kobiety.  Portret, który przyciąga błyskawicznie uwagę, kradnie dla siebie każdą scenę i w pamięci zostaje na długo.  Na drugim biegunie jest debiutująca na wielkim ekranie Agata Trzebuchowska czyli główna bohaterka tego filmu.  Dziewczyna skromna, cicha, nieświadoma życia, dla której podróż wraz z ciotką będzie wyjściem na świat.  Rola dużo mniej wyrazista, ale nie przytłoczona przez konkretny charakter postaci w którą wciela się Kulesza.

Pawlikowski poprzez niezwykle skromną, cichą i prostą historię dwóch kobiet, które spotykają się przypadkiem i spędzają ze sobą kilka dni, jednocześnie kreśli dojmujący obraz Polski lat sześćdziesiątych.  Polski cierpiącej jeszcze po wojnie, wystraszonej, pomału odbudowywanej, pełnej towarzyszy i towarzyszek.  Pełnej strachu, biedy, uprzedzeń i tajonej nienawiści.  W której ludzie szukają wolności, własnej tożsamości, próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości pod wschodnim, spoglądającym okiem.  To wreszcie rozprawa z antysemityzmem, gdzieś głęboko ukrywanym, wyrzekniętym, ale jednak wszechobecnym.  To film więc jakby historyczny, ale niezwykle delikatnie o tej historii mówiący, poruszający ją jakby zupełnie przy okazji.  W centrum stawiający przede wszystkim bohaterki.  I to za ich pośrednictwem, spoglądający na historyczne tło.  Nie na odwrót.  

Sztuka znikania

Sztuka znikania | dokument | Polska | 2013
reż. Bartek Konopka, Piotr Rosołowski

 (4/10)

Na zamknięcie filmowej części tegorocznego festiwalu All About Freedom zaprezentowany został bardzo krótki, niespełna godzinny, polski dokument - "Sztuka znikania".  Film, który w założeniu miał w pewien dowcipny sposób portretować rzeczywistość PRLu, która obserwowana była od środka, ale nie przez Polaków, a przez osobę z zewnątrz, która tak się złożyło, spędziła kilka lat w tamtych czasach i przestrzeni.  To historia haitańskiego kapłana voodoo, który na początku lat 80'przyjechał do Polski i spędził w niej kilka następnych lat.  Dokument ten jest jakby wspomnieniem tego co wtedy ujrzał w naszym kraju.  Wspomnieniem człowieka, który odszedł już z tego świata.  I choć ta produkcja trwa bardzo krótko, ciągnie się jednak niemiłosiernie, stale tracąc rytm i sprawiając wrażenie filmu znacznie dłuższego, przesadnie rozwleczonego.  

To co wypada tu najlepiej (choć marny to komplement dla filmu, który w założeniu jest dokumentem) to muzyka.  Świetnie uwypukla ona kolejne sceny, stara się nadać im inne znaczenie, ciekawi i przyciąga, nawet wtedy gdy wszystko inne zawodzi.  Prócz niej obraz ten jest nieciekawym zlepkiem archiwalnych obrazów, zdjęć z tamtych lat.  Jego zasadniczy problem polega na tym, że jest on w pełni wymyślony.  Dlatego też nie ma prawa nazywać się dokumentem i prezentowanie go jako nieznanej, odnalezionej historii, jest co najmniej lekkim nadużyciem.  Bo choć to, że ktoś taki jak kapłan Amon istniał naprawdę i spędził jakiś czas w Polsce, jest faktem i zdarzyło się naprawdę, tak już cały "jego" komentarz, na którym opiera się ten film, jest jednym wielkim wymysłem, bujdą, stworzoną na potrzeby tej produkcji.  Wydawaniem się scenarzystów, którzy podszywając się pod nieżyjącego już człowieka, postanowili wypowiedzieć się w jego imieniu.  Z tego też powodu "Sztuka znikania" okazała się być ogromnym zawodem i jednocześnie najsłabszym filmem festiwalu.  Wielka szkoda.

7.AAFF

piątek, 01 listopada 2013, milczacy_krytyk
Tagi: aaff

Polecane wpisy