Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Kongres

lousy choices

KongresKongres (2013) Belgia, Francja, Luksemburg, Niemcy, Polska, Izrael

reżyseria i scenariusz: Ari Folman
aktorzy: Robin Wright, Harvey Keitel, Jon Hamm, Paul Giamatti, Kodi Smit-McPhee, Danny Huston, Sami Gayle
muzyka: Max Richter
zdjęcia: Michał Englert
montaż: Nili Feller

na podstawie: "Kongres futurologiczny" Stanisława Lema 

 (6/10)

"Kongres" rozpoczyna się niezwykle interesująco.  Robin Wright gra tutaj właściwie samą siebie.  Jest dojrzałą aktorką, która swoją karierę zaczynała dawno temu, właściwie jeszcze jako dziewczynka.  Miała przed sobą świetlaną przyszłość, ale przez niewłaściwe wybory nie wybiła się tak bardzo jak jej to wieszczono.  Zmarnowała trochę szans, z części nie skorzystała, przez co nie jest tak popularna jakby być mogła.  A zegar nieubłaganie tyka.  Wtedy pojawia się niesamowity pomysł, znak nadchodzących czasów i wielkiej rewolucji filmowej - skanowanie.  Studio zmęczone pracą z prawdziwymi aktorami, zmęczone upływem czasu, który powoduje, że niegdyś piękni i młodzi muszą ustępować miejsca nowym, decyduje się na niezwykłe rozwiązanie.  Odtąd będzie kopiować największe gwiazdy, brać od nich cały wizerunek: emocje, ciało, charakter i zapisywać w formie cyfrowej, tworzyć komputerowe kopie i to je obsadzać w produkcjach.  Eliminując czynnik ludzki, korzystając z samego talentu i twarzy uwielbianych gwiazd.  Ci, którzy zdecydują się na takie skopiowanie nie będą mogli już nigdy więcej w niczym grać, ani dawać nawet najmniejszych występów.  Ich życie aktorskie odtąd się skończy, bo zastąpi ich perfekcyjny klon.

W tym niezwykle pomysłowym i interesującym wstępie jest mnóstwo komentarzy do filmów i tego jak obecnie wygląda przemysł filmowy.  Spojrzenie na zachłannych producentów widzących w filmach jedynie produkty przynoszące zyski, kapryśne gwiazdy, którymi jak dziećmi opiekują się dostępni na każde zawołanie agenci.  Spojrzenie mocno krytyczne, mocno ironiczne, również w stosunku do aktorki grającej tu główną rolę.  Pełne uszczypliwości kierowanych w stronę panującej rzeczywistości, obowiązujących zasad, gatunków filmowych itp.  Niezwykle ciekawe, i pomysłowe, choć jego pomysłowość przede wszystkim docenią Ci, którzy najbardziej interesują się kinem.  Wyłapią wszystkie nawiązania i mrugnięcia okiem, jakie reżyser tu czyni.  Po tym świetnym wstępie przenosimy się jednak o dwadzieścia lat wprzód, gdy kontrakt Wright dobiega końca, a ta udaje się na kongres futurystyczny, by tam ustalić jak dalej będzie wyglądała jej współpraca ze studiem.  I tu zaczynają się schody.  Dalsza część tego filmu jest bowiem animacją.  Rozwiązanie dość oczywiste, biorąc pod uwagę nieograniczone możliwości kreacji jaką ona daje.  Forma jest tu płynna, a całość przeistacza się w jedną, wielką halucynację.  I właśnie to jest największym problemem tej produkcji.  Wolność formy totalnie obdziera ten obraz z treści.  Wszystko co następuje po przekroczeniu strefy animacji toczy się totalnie bezsensu, nie wiedząc właściwie dokąd i po co.  Jest kongres, są dalsze losy kina, które przeradza się w chemiczne doświadczanie, są zamieszki i pragnienia przeistaczające się w rzeczywistość.  Wszystko to skąpane w tysiącu żywych kolorów, ładne ale zupełnie nieistotne, nieciekawe i okrutnie nudne.  

I tak jak pierwsza część tego obrazu jest fantastycznym komentarzem na temat dzisiejszego rynku kinowego, tak cała reszta jest właściwie nie wiadomo czym.  Ani nie jest to osobista droga bohaterki w rozwoju jej kariery, ani nie jest to poszukiwanie porzuconego kiedyś syna, ani nawet nie jest to sam tytułowy kongres, bo ten choć się wydarza, wydaje się być tu doklejony totalnie na siłę.  Część animowana to taki wielki zwid, halucynacja, którą oferuje reżyser, niby nowy rodzaj kina, to nadchodzące doświadczenie o którym się tu mówi, ale jest ono całkiem nijakie i nijak nie angażujące.  Cały początek o kinie gdzieś się rozmywa, zostaje zapomniany na rzeczy kolorowych, kiczowatych obrazków.  Wielka szkoda, bo początki były niezwykle obiecujące.  Na plus trzeba wspomnieć koniecznie o formie, ale nie tej animowanej.  Pięknych zdjęciach Michała Englerta i cudnej choć niby niesłyszalnej muzyce Maxa Richtera.  Błyszczy tu również Robin Wright jako aktorka, która widzi nadchodzący wielkimi krokami koniec swojej kariery i choć początkowo nie chce, decyduje się jednak na ratunek cyfrowej nieśmiertelności.  Tym większa szkoda, że tę świetną aktorkę od połowy seansu zaczyna zasłaniać jej marna animowana imitacja.  I choć ogólnie "Kongres" jest filmem rozczarowującym, posiada jeden niezaprzeczalny plus - po jego obejrzeniu ma się niesamowitą ochotę sięgnąć po opowiadanie Lema, by sprawdzić jak wiele z niego przedostało się do tej produkcji i o czym tak naprawdę ono było.

wtorek, 24 września 2013, milczacy_krytyk

Polecane wpisy