Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Człowiek ze stali

here to help

Człowiek ze staliCzłowiek ze stali (2013) USA

reżyseria: Zack Snyder
scenariusz: David S. Goyer
aktorzy: Henry Cavill, Amy Adams, Michael Shannon, Diane Lane, Russell Crowe, Antje Traue, Harry Lennix, Richard Schiff, Christopher Meloni, Kevin Costner, Ayelet Zurer, Laurence Fishburne, Dylan Sprayberry, Cooper Timberline
muzyka: Hans Zimmer
zdjęcia: Amir M. Mokri
montaż: David Brenner

 (8+/10)

Nigdy nie byłem fanem Supermana.  Nigdy nie ekscytowałem się historią przybysza z obcej planety, który będąc jeszcze niemowlęciem, spadł kiedyś z nieba w niewielkim statku kosmicznym, niedaleko pewnej farmy w Kansas, gdzie zaopiekowało się nim bezdzietne małżeństwo Kentów.  Nigdy nie ekscytowałem się historią chłopaka, który dorastał w cieniu, ukrywając przed światem swoje niezwykłe zdolności.  Nadludzką siłę, umiejętność latania, laserowy wzrok, które czyniły go właściwie niezwyciężonym.  Chłopaka, który już jako dorosły mężczyzna ukrywał swoją prawdziwą tożsamość za okularami w grubych oprawkach (które jak wiadomo całkowicie zmieniają twarz człowieka tak, że nie sposób poznać kto się za nimi kryje).  Mężczyzny, który zakładał czerwone majtki na swoim niebieskim kostiumie, z gigantyczną czerwoną peleryną u pleców.  I choć Superman to największy z superbohaterów, nigdy nie ciekawiły mnie jego przygody.  Jego niezniszczalność powodowała, że zdawał mi się być nieciekawy.  Nie widziałem wcześniejszych filmów, nie oglądałem również seriali.  Najnowszą produkcję pewnie też bym odpuścił, gdyby nie kilka wielkich nazwisk, które były odpowiedzialne za ten projekt.  Kilka osób, którym warto było zawierzyć. 

Po pierwsze Zack Snyder.  Reżyser nietypowy, bo choć tworzący filmy okrutnie efekciarskie, to starający się mimo cyfrowego przepychu dosięgnąć jakieś głębi.  Co czasem mu się udaje, co udowodnił chociażby w świetnych Strażnikach, będących najbardziej ambitną ekranizacją komiksu jaka dotychczas powstała.  Po drugie Christopher Nolan, twórca nieprzeciętny, o którego niezwykłych dokonaniach można by długo pisać, ale którego największą zasługą przy okazji tej produkcji było wskrzeszenie kilka lat temu innego komiksowego bohatera, który po kiczowatej śmierci jaką zgotowały mu poprzednie odsłony dawnego cyklu, powrócił do świetności.  Nolan stworzył nie tylko porządną, stojącą na wysokim poziomie trylogię, ale co ważniejsze, filmy wyznaczające drogę jaką podążyły późniejsze ekranizacje kolejnych powieści graficznych.  Dobrze dla seansu wróżyła świetna obsada (pierwszo jak i drugoplanowa) i chyba tylko osoba scenarzysty, którym był dość nierówny w swoich osiągnięciach (David S.Goyer) zasiewała największe wątpliwości.  Czy więc warto było uwierzyć w możliwości tej ekipy?  Jak najbardziej tak. 

"Człowiek ze stali" - imienia Superman na ogół tu się nie wypowiada - jest resetem historii, na jaką postać Kal-Ela vel Clarka Kenta zasługiwała już od dawna.  To nowe otwarcie, które jeszcze raz opowiada historię dopiero co narodzonego chłopca, który trafił z Kryptonu na Ziemię.  Otwarcie, które umożliwia rozwój tej historii w przeróżnych kierunkach i co najważniejsze oddaje tej postaci sprawiedliwość, portretując ją w sposób na jaki w pełni zasługiwała.  Człowiek ze stali nie jest wreszcie zahukanym dziennikarzem, nijakim superbohaterem, który do tego dziwnie się ubiera.  To postać pomnik, która na naszych oczach dochodzi do wielkości, która przechodzi przemianę, rozwija się.  Od chłopca bojącego się swoich umiejętności, który pełen wątpliwości nie wie kim się stanie ani skąd pochodzi.  Który choć otoczony miłością rodziców nie może znaleźć sobie miejsca na świecie, a który poprzez drogę od odkrywającego siebie nastolatka, przez błąkającego się po świecie mężczyznę, aż po człowieka, który musi stanąć naprzeciw jednemu ze swej rasy, staje się prawdziwym bohaterem.  Staje się łącznikiem między ludźmi, a światem z którego pochodził.  Staje się postacią na którą można patrzeć z dumą, podziwem i nadzieją.   

Twórcy znaleźli bardzo zgrabną furtkę na to by opowiedzieć tę tak w sumie dobrze znaną historię jeszcze raz, ale w taki sposób aby nie wydała się nudna czy oczywista.  Aby potrafiła zaskoczyć, zaciekawić.  Zaczęli od wydarzeń na rodzinnej planecie Kal-Ela, które są przyczyną dla której trafił na Ziemię, następnie przenieśli się od razu do współczesności, przeplatając bieżącą akcję, dorosłe ale nadal ukryte życie bohatera ze wspomnieniami z dzieciństwa, które stają mu przed oczami w najtrudniejszych chwilach.  Teraz i kiedyś, które ukształtowało chłopaka, przeplatają się gładko i płynnie, tworząc przemyślaną konstrukcję, która wciąga, interesuje i trzyma w napięciu.  I tak, jest to historia potwornie podniosła.  Patos wylewa się chwilami z ekranu w przeogromnych ilościach, chociażby przez słowa jakie padają z ust postaci (szczególnie obu ojców głównego bohatera), ale jest to patos tak naturalny, tak pasujący do tej produkcji, że ani przez chwilę nie drażni, nie denerwuje.  Z resztą jakby mogło go nie być, skoro mówimy o narodzinach legendy?  Flagi musiały powiewać, ale robią to na tyle zgrabnie, że patrzy się na nie z zapartym tchem. 

Cudowna jest forma tego filmu.  Zack zawsze był reżyserem niezwykle efektownym, dbającym o wygląd swoich produkcji, ale tym razem przeszedł samego siebie.  "Człowiek ze stali" jest bowiem filmem pięknym.  To obraz, który zachwyca swoim wyglądem.  Na którego patrzenie sprawia wręcz fizyczną przyjemność.  Przepiękne zdjęcia utrzymane w dziwnie chłodnej, jakby szarej, jakby mocno skontrastowanej kolorystyce, tworzą niezwykłe widoki.  Przepiękne kadry, którymi nie sposób się w pełni nacieszyć.  Cudowne jest tu również wyczulenie na detale, na szczegóły, przez które ta opowieść staje się bliska, osobista, przez które ma się wrażenie, że nie ogląda się gigantycznej, rozpędzonej produkcji, ale w sumie skromny dramat, w którym uczucia są ważniejsze od pędzącej na złamanie karku akcji.  Choć tej jest tu w bród.  Bo "Człowiek ze stali" to jeden  z najbardziej efektownych i efekciarskich (ale w dobrym znaczeniu tego słowa) filmów, jakie przez ostatnie lata przewinęły się przez ekrany.  Nie przypominam sobie, który z ostatnich blockbusterów był tak przepakowany widowiskowymi scenami, który zadziwiałby tak swym ogromem.  Końcowa rozwałka (bo inaczej nie da się tego nazwać) jest tak gigantyczna, że można by nią obdzielić kilka innych filmów. 

Czuć tu każdy cent jaki został przeznaczony na efekty specjalne, widać każdy dolar, jaki został wydany na kostiumy, dekoracje, na tę wielgachną produkcję.  Jednocześnie, co niezwykłe, przy całym swym ogromie obraz ten nie jest przytłaczający.  To film wielki jak na blockbuster przystało, ale wyczulony na postaci, który opowiada bliską historię, która i rozbawić i wzruszyć potrafi.   A to wszystko dzięki fantastycznej obsadzie, która choć może nie ma przesadnie wiele do zagrania (scenariuszowi do bycia wybitnym jednak sporo brakuje), to jednak wyciągają ze swoich postaci ile tylko się da.  Świetny jest Russel Crowe jako ojciec Kal-Ela, a później wspomnienie po nim, który wierzy w swojego potomka, w to, że jest on w stanie zmienić świat.  Świetny jest również Kevin Costner jako przybrany ojciec Clarka Kenta, który choć chce dla syna jak najlepiej, przytłacza go strachem przed ujawnieniem jego prawdziwej natury.  Wierząc, że ma to nastąpić dużo później niż w jego wieku młodzieńczym, że świat nie jest jeszcze na to gotowy, przez co tłamsi charakter chłopaka, odciąga od roli jaką i tak ten będzie musiał kiedyś pełnić. 

Bardzo dobrze spisują się tu również panie.  Diane Lane jako troskliwa matka oraz Amy Adams jako przyszła miłość Clarka, teraz dziennikarka Louis Lane, która wpada na trop tajemniczego człowieka, który przez swoje dotychczasowe życie pomagał w niezwykły sposób obcym sobie ludziom, zawsze pozostając w cieniu.  Choć Adams nie ma wiele do grania, przez swoją wyrazistą osobowość nie staje się jedynie dziewczyną głównego bohatera.  Jej więź z Clarkiem jest wyczuwalna, ale delikatna.  Znajomość, przyjaźń, zauroczenie.  I wreszcie dwóch najważniejszych.  Michael Shannon jako generał Zod, który choć nie zawładnął dla siebie całym ekranem (o mały włos nie zrobiłaby tego partnerująca mu Antje Traue jako oddana, gotowa na wszystko Faora), był godnym przeciwnikiem bohatera.  Co więcej przeciwnikiem, który nie był tylko zły z założenia, jak to się często zdarza.  To człowiek z konkretnym celem, którego sytuacja popchnęła do takich a nie innych czynów.  Którego motywacje, dążenia można zrozumieć, które nie są błahe, ani nie ograniczają się do zwykłej przerobionej już przez wszystkie przypadki zemsty.  I wreszcie, ten najważniejszy.  Noszący na piersi symbol nadziei Kal-El i wcielający się w niego Henry Cavill, który jest idealnym Supermanem, który prezentuje się w tej roli perfekcyjnie.  Strój, peleryna, pewna postawa.  Nie ptak, nie samolot, szybszy niż pociąg, piękny symbol, największy bohater ze wszystkich. 

Jedyne, co ewentualnie może w tym filmie razić, jedyne co tu odrobinę przeszkadza, czego jest za dużo, przez co obraz ten chwilami za bardzo zbliża się do monotonnej pokazówki, są sceny potwornie przesadzonych pojedynków, gigantycznych bijatyk.  Gdy bohaterowie rzucają sobą nie tylko o ściany, ale o budynki, przebijając je na wylot, jakby były z papieru.  Tak, są silniejsi, szybsi od zwykłych ludzi, a takie rozbijanie się po całym mieście jest czymś niesamowicie efektownym, ale po którejś takiej akcji, kolejne stają się zwykłe i nie cieszą już tak oczu.  Dobrze choć, że nie wypełniają całego filmu.  Cały seans wypełnia za to coś innego.  Genialny, podniosły ale jednocześnie pełen uczucia i głębi soundtrack Hansa Zimmera, który napisał jedną ze swoich najlepszych kompozycji.  Przepiękne dźwięki, kilka rewelacyjnych motywów, które idealnie pasują do obrazu, które świetnie budują atmosferę tej produkcji, które tworzą jej świat.  To poważny kandydat do tytułu najlepszej ścieżki dźwiękowej roku.  Podniosła, porywająca, jednocześnie bliska i skromna.  Muzyka, która idealnie pasuje do obrazu, która świetnie podkręca napięcie, przyspiesza sceny akcji i wzmacnia kameralne chwile rozgrywające się tylko między bohaterami.  Soundtrack, który błyskawicznie wkręca się w pamięć, który zaczyna nucić się od pierwszego przesłuchania.  Kompozycja, która w pełni oddaje ducha postaci, przy której to co natychmiast chce się zrobić, to biec do szafy, znaleźć kawałek czerwonego materiału, wykonać z niego pelerynę i biegać w niej niczym mały Clark Kent po ogródku.  Koniecznie!

*
Za możliwość obejrzenia "Człowieka ze stali" na specjalnym pokazie przedpremierowym, serdecznie dziękuję dystrybutorowi filmu - Warner Bros. Polska.

środa, 19 czerwca 2013, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Precious, *.srem.net
2013/06/23 23:34:41
Bardzo ciekawa recenzja. Ja wybieram się w sobotę do kina i nie ukrywam, że wiążę z tą produkcją spore nadzieje. Byłeś na seansie 3D czy 2D?
-
milczacy_krytyk
2013/06/24 21:31:32
Opinie o tym filmie są różne, od skrajnie negatywnych do bardzo optymistycznych i właściwie nie wiem czemu aż tak bardzo się różnią. Ja jestem mocno na tak, mam nawet ochotę na drugi seans, ale radzę się nie nastawiać za bardzo, bo może być różnie.

Byłem na 3D w Cinema-City, ale nie jestem w stanie powiedzieć czy warto dopłacić te kilka złotych do trójwymiaru, bo choć go specjalnie nie zauważyłem (nic to tu nie wyskakuje przed oczy), to film mnie tak wciągnął, że może przez to nie wyłapałem dodatkowych efektów głębi.
-
Gość: MerryJ, *.adsl.inetia.pl
2013/08/23 10:28:24
fakt faktem człowiek ze stali ma klasę, bohater ten jest na ogół mało lubiany, bo nie jest w pełni ludzki, a jego moce są zbyt wielkie, problem teraz w tym tylko, że nie ma kryptonitu, tylko jego słabej strony, ciekawe jak to rozwiążą