Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Intruz

one strange world

Intruz

Intruz (2013) USA

reżyseria i scenariusz: Andrew Niccol
aktorzy: Saoirse Ronan, Jake Abel, Max Irons, William Hurt, Chandler Canterbury, Boyd Holbrook, Diane Kruger, Frances Fisher, Stephen Rider, Scott Lawrence, David House, Jaylen Moore, Marcus Lyle Brown, Phil Austin, Mustafa Harris, Shawn Carter Peterson
muzyka: Antonio Pinto
zdjęcia: Roberto Schaefer
montaż: Thomas J. Nordberg

na podstawie: powieści Stephenie Meyer "Intruz"

 (7=/10)

Młodzieżowy romans, film zrealizowany na podstawie powieści Stephenie Meyer, autorki cyklu "Zmierzch".  Film, który teoretycznie nie miał prawa mnie zainteresować (bo też i czym), a na który wybrałem się z chęcią (choć również i pewnymi obawami) i to już na pokaz przedpremierowy.  Czemu?  Skłoniła mnie do tego jedna osoba - Andrew Niccol - reżyser jak i scenarzysta tej produkcji.  Twórca genialnego "Truman Show", świetnej "Gattaca", oraz całkiem przyzwoitego "Wyścigu z czasem" z zeszłego roku.  Pomyślałem, że skoro zdecydował się poświęcić swój czas na film na podstawie młodzieżowego romansu, to musiał zobaczyć w nim coś ciekawego, musiało istnieć w tej opowieści coś, co go do niej przyciągnęło.  I faktycznie, choć "Intruz" na pierwszy rzut oka (oj zwiastuny) wydaje się być kolejnym klonem "Zmierzchu", ma w sobie coś interesującego, powiedziałbym nawet, że szlachetnego.

To nie jest zwykły romans.  A przynajmniej nie bezpośrednio taki jak można by sądzić.  Tak, jest tutaj wielka miłość, ona i on idealnie dopasowani, a wkrótce i ten trzeci, który również się zakocha, ale tym razem akcent rozłożony jest inaczej.  Miłosna historia trójkąta jest tłem do (i owszem) naiwnej, chwilami naciąganej, ale jednocześnie opowiedzianej niezwykle sprawnie i zgrabnie, historii sci-fi, którą ogląda się nawet z przyjemnością.  To opowiastka o świecie w którym nie ma już wojen ani głodu, w którym panuje pokój.  Świecie istniejącym na Ziemi, ale nie należącym już do ludzi.  Nieokreślony czas temu pewna obca rasa przybyła na naszą planetę i przejęła ludzkie ciała, spychając świadomości (jak i uczucia) swoich gospodarzy w głąb umysłu, przejmując nad nimi całkowitą kontrolę.  Oczywiście nie cała ludzkość została opanowana, niektórym udało się uciec i teraz ukrywają się przed najeźdźcami.  Ci dostosowali się do ziemskich warunków, przejęli ludzkie życia, zamiast niszczyć zastaną rzeczywistość udoskonalili ją i rozwinęli.  Tych, którzy jeszcze nie zasymilowali szukają, ale nie jest to ich priorytetem.  Główną bohaterką tego filmu jest dziewczyna, która chroniąc swoich bliskich, stała się jedną z obcych, jednak której świadomość nie zniknęła całkowicie.  Pozostała gdzieś z tyłu i teraz próbuje wybić się na powierzchnię, odzyskać władzę nad własnym ciałem.

 

Andrew Niccol prowadzi swoją opowieść spokojnie ale z przekonaniem.  Mówi o sile ludzkich wspomnień, niemożliwej do złamania woli przetrwania, wartości ludzkich emocji oraz tak, miłości, jako najsilniejszego uczucia jakie istnieje.  Tej romantycznej, ale również tej do bliskich nam osób.  Uczucia, które pozwala przenosić góry, robić rzeczy do których zwykle nie byłoby się zdolnym.  Przy okazji bawi się romansowym schematem: ona i dwóch walczących o nią mężczyzn, który w jego wykonaniu, w tak zaprezentowanej sytuacji, w której właściwie istnieją dwie wybranki w jednej, nawet się całkiem broni i prezentuje zdecydowanie lepiej niż w pozostałych tego typu historyjkach.  Bawi się również samą historią budując ją ze wspomnień, przypominek, które w miarę rozwoju akcji pojawiają się to tu, to tam.  Właśnie dzięki temu na pierwszy plan wysuwają się tu dwa konflikty: między ocalałymi, ukrywającymi się ludźmi oraz odnalezioną ale zainfekowaną bohaterką, którą każdy traktuje z początku jako wroga, oraz wewnętrzną walkę bohaterki z zamieszkałą w niej duszą.  I z pewnością nie udałoby się tak zgrabnie opowiedzieć tego filmu gdyby nie odnajdujący się w klimacie tego obrazu aktorzy: Saoirse Ronan, grająca tu właściwie dwie role oraz brzmiący i wyglądający jak Jeff Bridges, John Hurt.

To co jednak najbardziej służy temu w sumie całkiem zgrabnemu filmowi, to co go ożywia niezwykle, powoduje, że ogląda się go z zainteresowaniem i ciekawością, to muzyka.  Fantastyczny soundtrack napisany przez nieznanego mi dotąd kompozytora - Antonia Pinto.  Cudowne dźwięki, które towarzyszą praktycznie każdej scenie, idealnie do nich pasując (na szczęście nie ma tu żadnych piosenek, prócz obecnej wyłącznie przy napisach końcowych „Radioactive”, zespołu Imagine Dragons, znanej już ze zwiastuna).  Muzyka, która tworzy niezwykły, spokojny, marzycielski klimat, która otula ten obraz niesamowicie przyjemną, gładką atmosferą.  Klasyczne, spokojne dźwięki łączą się tu z odrobiną elektroniki, chill outu, przywołując na myśl dokonania takich kompozytorów jak chociażby Craig Armstrong czy Cliff Martinez.  Piękny soundtrack, wydobywający z kolejnych scen spore dawki emocji, dzięki któremu bywa tu chwilami nawet całkiem wzruszająco i magicznie.  To przez ten spokojny klimat "Intruz" jest filmem zaskakująco bezbolesnym, choć oczywiście nie można zapominać, że jest nadal tylko i wyłącznie bajka.  Nic ponad to. 

PS. Bardzo zadziwiło mnie, że "Intruz" nie spodobał się ani krytykom (zaledwie 11% na RT), ani widzom (patrząc na pierwsze doniesienia z box-office). Ciekawe.  Choć może to i w pewnym sensie nawet dobrze - przez to nie powstanie wymuszona kontynuacja, a ta z pewnością byłaby już tylko gorsza.

wtorek, 02 kwietnia 2013, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Kaczy, *.dynamic.chello.pl
2013/04/13 23:37:12
Hmm, ciekawe jest co piszesz. Mnie to jednak nie kupiło - zbyt patetyczne i pseudo-głębokie, do tego rozwleczone, a brak bezpośredniego zagrożenia (a jak jest to sobie radzą z nim raz-dwa) sprawia, że i nudnawe. Brak dystansu do postrzeganego problemu sprawia zaś, że człowiek parska śmiechem na fabularne rozwiązania (Opcja poznaję, że to Ty, bo w trakcie pocałunku zdzielasz mnie w twarz, jest super dziwna. (Dziwię Ci się. Całuję faceta, którego kochasz, wściekasz się. Caluję faceta, którego nie kochasz, wściekasz się. Dafuq, Melanie?! idealnie oddaje stan niezrozumienia ze strony samego widza)). Także jak dla mnie - pomysł niezły, wykonanie średnie, niestety.

Muzyka niby niezła, też mi się podobała, ale de facto taka na jedno kopyto strasznie - ten jeden motyw przewija sie przez caly film i niby to fajne, dobrze brzmi, ale jednak czegoś mi zdecydowanie brakowało. (No, ale to już ustaliliśmy, że być może ja jestem muzycznym ignorantem muzyki instrumentalnej - zwracam uwagę dopiero jak prawdziwie przykuwa uwagę i porywa mnie w pełni).

Dobrze, że napisałeś o tym Truman Show (świetny, swoją drogą), bo Niccol zaczynał mi sie jawić jako twórca jednego dobrego filmu (Gattaca właśnie - serio super. Wyscig z czasem - w ogole mnie nie kupil. znow - lezy dramaturgia). Ale teraz zerknąłem też w jego filmografię i przyuważyłem kolejny świetny - "Pan Życia i Śmieci". Naprawdę dobry, warto! Obejrzyj! (bo widzę, że nie widziałeś - www.filmweb.pl/Pan.Zycia.I.Smierci))

Co do PS'a to książka była jedna, więc chyba można być spokojnym o brak sequela. ;)

PS. Świetna uwaga o "Jeffie Brydgisie" - zdecydowanie coś w tym jest, nie mogłem tego sprecyzować w trakcie seansu, ale jest dokładnie tak, jak mówisz. ;)

PS2. Sorry za nieskładnię, jeśli występuje, ale noc w kinie, więc brak snu - sam rozumiesz. ;)
-
milczacy_krytyk
2013/04/14 13:06:13
Wiesz, kobiety nigdy nie zrozumiesz :p
A tak bardziej serio, to mnie ten fragment również wydał się co najmniej dziwny, ale przymknąłem na niego trochę oko. Tam w sumie niby chodziło to, że skoro Melanie jest nadal obecna w ciele dziewczyny, to nie pozwoli na to by jej jedyny tru-love całował przybysza z kosmosu i dlatego zdzieli go w twarz. Czy coś w ten deseń :D

Haha, muzyka jest spokojna, nawet bardzo, może dlatego nie zrobiła wielkiego wrażenia. Ja uwielbiam takie rozmarzone soundtracki, więc ten bardzo przypadł mi do gustu. Szczególnie, że i poza obrazem brzmi naprawdę dobrze, a z tym różnie przecież bywa.

Nie, nie widziałem "Pana życia i śmierci", jakoś nie zaciekawił mnie temat na ten film, a i słyszałem wiele sprzecznych opinii o nim, więc jeszcze go nie oglądałem. Ale jeśli mówisz, że warto, to gdy będę mieć okazję, to się z nim zapoznam. :]

Co do odpowiedzi na PSa :D - to podobno Meyer ma pisać drugą część "Intruza", więc o brak sequela nie byłbym taki pewny ;) Ale skoro w sumie film okazał się w Stanach klapą, to nawet jeśli jej się napisze kontynuację, to racze nikt się ni weźmie za jej realizację.

Ad. PS2, wiem wiem, widziałem, że ktoś tu się na jakieś nocne maratony wybiera ;)
-
Gość: Kaczy, *.dynamic.chello.pl
2013/04/15 01:42:16
Hahaha, no też prawda! ;) :P
No - niby tak, ALE to nadal strasznie toporne! ;)

Hmm - to ja jednak potrzebuje czegoś z przytupem, wyrazistego. ;)

Warto! Oglądałem jak był w kinie, więc jak byłem sporo młodszy, ale już wtedy bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i myślę, że wytrwał próbę czasu i teraz oceniłbym go równie pozytywnie. :) A jak widziałeś (ja w sumie też) prawie całą filmografie Niccola, to można zahaczyć o całą, nie?! ;)

PS. Tak?! A, to mnie ominął ten news. Ale... to o czym ona tam może pisać?! O sielance z końcówki?! Czy nagle będzie jakieś prawdziwe zagrożenie? :P

PS2. ;)
-
milczacy_krytyk
2013/04/15 23:41:59
Można, można, to prawda, tym bardziej, że do obejrzenia wszystkich jego filmów już niewiele brakuje.

Nie mam zielonego pojęcia. Ale patrząc na to jak bardzo rozciągnęła prościutką historyjkę w Zmierzchu, wcale bym się nie zdziwił, gdyby i tu rozpisała się do trylogii, a nawet i dalej ;)