Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Wiecznie żywy

hungry heart

Wiecznie żywy

Wiecznie żywy (2012) USA

reżyseria i scenariusz: Jonathan Levine
aktorzy: Nicholas Hoult, Teresa Palmer, Analeigh Tipton, Rob Corddry, Dave Franco, John Malkovich, Cory Hardrict, Daniel Rindress-Kay, Vincent Leclerc
muzyka: Marco Beltrami, Buck Sanders
zdjęcia: Javier Aguirresarobe
montaż: Nancy Richardson

na podstawie: powieści Isaaca Mariona

 (7,5/10)

"Wiecznie żywy" może się poszczycić jedną z najciekawszych i najbardziej zachęcających kampanii reklamowych do filmów, jakie przez ostatnie miesiące przewinęły się przez ekrany naszych kin.  Ciekawy, lekki i pomysłowy zwiastun, który zapowiadał zwariowany ale nie głupiutki romans, szybko zapadał w pamięć.  Obiecywał przedziwną komedię romantyczną z zombie w roli głównej - pomysł odjechany, choć nie aż tak bardzo, jeśli przypomnieć sobie, że jeszcze kilka miesięcy temu tysiące nastolatek na całym świecie elektryzowała historia miłości zwykłej dziewczyny i wampira - a więc również istoty już martwej.  Po zwiastunie przyszedł czas na wysyp plakatów z cudownymi hasłami reklamowymi, takimi jak: "Love is in the R", "He was dead inside untill he met her", polskie " Nie umrze z miłości nawet gdyby chciał", czy moje ulubione "There's nothing hotter than a girl with brains".  A jaki jest sam film?  Ciekawy, zabawny, poprawiający humor, choć nie aż tak ożywczy, jak wydawało się, że będzie.  Co nie odbiera mu wcale tego, że to bardzo sprawna rozrywka.

"Warm bodies" rozpoczyna się od przedstawienia pewnego zombie, który nie pamięta swojego imienia (jak również swego poprzedniego życia), ale wydaje mu się, że zaczynało się ono na literę r.  R czuje się pusty w środku, ma wrażenie, że jego obecna egzystencja nie ma sensu.  Całe dnie spędza na włóczeniu się po lotnisku z innymi takimi jak on.  W tym czasie prowadzi wewnętrzne, dowcipne monologi z których dowiadujemy się o tym jak wygląda świat po zombie apokalipsie.  R nie jest z niego zadowolony, co więcej jest wewnętrznie skonfliktowany odnośnie swojej sytuacji i tego kim się stał.  Nie chce zabijać nielicznie ocalałych ludzi, ale by przeżyć nie ma innego wyboru.  Ludzkie mózgi pozwalają mu wydłużyć swoją egzystencję, ale są również tym, co pozwala mu na chwilę stać się bardziej ludzkim, poczuć się tak jakby na nowo marzył, bądź też śnił.  Pewnego dnia podczas ataku na grupkę ocalałych jaką przeprowadza ze swoimi 'kolegami', zauważa Julie i... zakochuje się w niej.  Relacja jaka ich połączy zacznie go wkrótce zmieniać.  A jak się niedługo okaże, nie tylko jego.

W czasach gdy w młodzieżowym box-office królowała (jak dobrze to napisać w czasie przeszłym) opowieść o drewnianej Belli i kamiennym Edwardzie, gdy filmy młodzieżowe nie grzeszą inteligencją, a komedie romantyczne zjadają własny ogon, cudownie jest zobaczyć film, który ze znanych i przeżutych wielokrotnie schematów stara się sklecić coś co oglądałoby się niemal jak dzieło świeże i oryginalne.  Film, który w lekki, zabawny i zaskakująco zgrabny sposób opowiada historie rodzącego się  uczucia, tego jak potrafi ono wyrwać z samotności, ożywić z szarości i nudy codzienności, jak ociepla serce, napaja je życiem i nadaje sens kolejnym dniom.  Bo właściwie o tym jest ten film i dlatego też wszelkie uproszczenia w mitologii zombie tu nie rażą i nie denerwują, bo służą przekazaniu odrobinę głębszej myśli.  Martwe ciała są tu jedynie pewną figurą mającą na celu przedstawienie dobrze znanej opowieści, ale w sposób trochę inny niż zwykle.  I również właśnie przez to wszelkie uproszczenia tak charakterystyczne dla rom-komów, które i tu są obecne, nie są ani trochę denerwujące.

Spora dawkę humoru, pozytywnej atmosfery i energii dodaje w tej produkcji bardzo dobrze i różnorodnie dobrany soundtrack.  Piosenki stare i nowe, dobrze znane ale i mniej popularne, które bardzo zgrabnie służą za tło do kolejnych scen, niejednokrotnie będąc dla nich zabawnym komentarzem.  Obok mających już swoje lata kawałków Bruce Springsteena usłyszeć tu można chociażby znane już chyba wszystkim "Midnight City" grupy M83, ale i znalazło się tu miejsce dla wiecznego "Oh, Pretty Woman" - chyba najśmieszniejszy komentarz muzyczny ze wszystkich.  Historyjki tej nie oglądałoby się też tak dobrze gdyby nie aktorzy, którzy wcielili się  swoje postaci na tyle gładko, że nie sposób ich od razu nie polubić.  Spisał się Nicholas Hoult czyli R, ze swoją rolą poradziła sobie również podobna do Kristen Stewart, ale zdecydowanie lepiej od niej grająca Teresa Palmer.  I szkoda tylko trochę, że tej radości z seansu nie ma odrobinę więcej, bo chcąc nie chcąc zabrał ją przyciągający ale zbyt dokładny zwiastun, zdradzający jednak trochę zbyt wiele.  Warto o nim zapomnieć przed wejściem na salę kinową, a seans z całą pewnością będzie udany.

wtorek, 05 marca 2013, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Klapserka, *.devs.futuro.pl
2013/03/06 15:23:40
Jestem bardzo zaskoczona pozytywnymi recenzjami tego filmu. Znaczy - to cieszy, bo i mnie zwiastun zachęcił, ale byłam przekonana, że to będzie kolejny niedopałek nurtu wampiry i s-ka. Aż obejrzę, bo nawet mam ochotę na coś lekkiego i niezbyt angażującego i ambitnego:)
-
milczacy_krytyk
2013/03/10 01:09:12
I wiedziałem, że tak będzie, zamiast odpisać od razu, pomyślałem sobie, a zrobię to za chwilę... i tak minęły trzy dni...
Ja od początku miałem nadzieję i jakieś takie dziwne przeczucie, że ten film się uda. Może podpowiadali mi to aktorzy - wszak ani Malkovich ani też Hoult w złych filmach nie grają, może reżyser, który niedawno zrobił 50/50 - samego filmu nie widziałem (jeszcze), ale zewsząd słyszałem, że to bardzo dobra produkcja. Tak czy owak, moim zdaniem warto poświęcić czas na "Warm Bodies" bo to naprawdę przyjemna, dowcipna i pomysłowa komedia.

Pozdrawiam