Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Sześć stóp pod ziemią - sezon V

everything. everyone. everywhere. ends.

Sześć stóp pod ziemią - sezon V

Sześć stóp pod ziemią - sezon V (2005)

reżyseria: Rodrigo García, Dan Attias, Jeremy Podeswa, Alan Poul, Dan Minahan, Mary Harron, Joshua Marston, Matt Shakman, Adam Davidson, Michael Cuesta, Alan Ball
scenariusz: Kate Robin, Scott Buck, Nancy Oliver, Craig Wright, Rick Cleveland, Jill Soloway, Bruce Eric Kaplan, Alan Ball
aktorzy: Peter Krause, Michael C. Hall, Frances Conroy, Lauren Ambrose, Freddy Rodriguez, Mathew St. Patrick, Rachel Griffiths, Richard Jenkins, Jeremy Sisto, Justina Machado, Joanna Cassidy, Ed Begley, Jr., Illeana Douglas, Patricia Clarkson, Lili Taylor, James Cromwell, Kathy Bates, Peter Macdissi, Ben Foster, Tim Maculan, Sprague Grayden, Peter Facinelli, Tina Holmes, Chris Messina, Kendre Berry, C. J. Sanders
muzyka: Richard Marvin
zdjęcia: Jim Denault, Rob Sweeney
montaż: Michael Ruscio, Tanya M. Swerling, Ron Rosen, Christopher Nelson

 (10+/10)

Pam!  Gwałtowne uderzenie w klawisze fortepianu.  Pam!  Prosty dźwięk przyciągający całą uwagę, natychmiast wciągający w świat filmu.  Jeszcze nie melodia, dopiero zwykły, surowy, nawet trochę nieprzyjemny odgłos.  Tak prosty, ale jak wieloznaczny.  Symbolizujący początek i koniec, narodziny i śmierć.  Jedno uderzenie, które towarzyszy przez wszystkie odcinki tej produkcji.  Pierwszy dźwięk, a z nim ukazujący się obraz.  Błękitne, ale jakby odrobinę wyblakłe niebo, łagodnie opadające wzgórze, a na nim pojedyncze drzewo.  I wnet ukazujące się dłonie dwóch osób.  Pam!  Dłonie rozrywające się na zawsze z mocnego uścisku.  To dopiero kilka pierwszych sekund, jeszcze nie właściwy serial, jeszcze nawet nie pełna rozbiegówka, a ilość myśli, znaczeń i uczuć jaka zawarta jest w tych obrazach poraża za każdym razem.  Perfekcja tak wielka, że nie sposób się nią zachwycić, choć oglądana wielokrotnie, za każdym rozpoczęciem kolejnego epizodu.  Dzieło sztuki będące przepięknym wstępem do najlepszego serialu dramatycznego ze wszystkich jakie powstały na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.  Obraz zadziwiająco spokojny, prosty, kameralny, ale przepełniony tyloma spostrzeżeniami, myślami na temat życia, ludzi i świata w którym przychodzi nam funkcjonować, że nie sposób objąć tego za jednym razem.  Obserwacja istnienia poprzez pozornie banalne chwile, zwyczajne sytuacje, codzienne zdarzenia.

"Sześć stóp pod ziemią" jest jednak czymś znacznie więcej niż tylko perfekcyjnym serialem, genialną produkcją.  To prawdziwa lekcja życia, niezwykłe, niepowtarzalne doświadczenie, które zmienia, dopełnia spojrzenie na ludzki los.  To historia, która jak żadna inna dotyka jego istoty, pokazując życie dokładnie takim jakie ono jest.  Rozczarowujące, pokręcone, pełne bólu i zawodu, ale jednocześnie tak cudownie niezwykłe w tych wszystkich drobnych momentach, chwilach ulotnego szczęścia, które czynią je tak pięknym i szczególnym.  Jedyny, niepowtarzalny cud zakończony największą tajemnicą ze wszystkich, jaką jest śmierć.  A przy tym wszystkim produkcja ta ani przez chwilę nie staje się rodzajem wykładu, zbiornicą prostych myśli na temat, na siłę starających się sformułować gładkie wnioski, myśli warte zapamiętania, uparcie wtłaczane widzom do głowy.  Ta lekcja życia pojawia się gdzieś obok, zupełnie przy okazji.  Nie wynika bezpośrednio z wygłaszanych wielkich słów, czy emocji iskrzących się z ekranu, tylko z obserwacji losów bohaterów.  Nienachalnej, niezwykle skromnej, wyciszonej ale wielokrotnie prowokacyjnej, w sposób trudny do opisania.  Bo właściwie każdy odcinek spokojnie da się streścić w jednym czy dwóch zdaniach.  Akcji jako takiej i słów jest tu niewiele.  To co najważniejsze i to z czego wypływa nauka to to wszystko co dzieje się obok, między wierszami.  To przenoszenie zwykłych sytuacji z życia bohaterów do własnego istnienia, to osobiste wyciąganie wniosków w oparciu o obserwacje losów rodziny Fisherów i wszystkich, których spotykają na swojej drodze.  To przykładanie tych losów do siebie samego, współodczuwanie, które rozjaśnia i wskazuje właściwą drogę.

Ostatni sezon serialu stworzonego przez Alana Balla niejako zatacza koło, wspominając o najbardziej znaczących postaciach, które przewinęły się przez życie głównych bohaterów na przestrzeni poprzednich pięciu lat.  Powraca do nich na chwilę, czasem na trochę dłużej, by zaznaczyć jaki był ich wpływ.  Piąty sezon to dostarczyciel wielu prawdziwych, żywych wzruszeń, nie tylko ekranowych, ale i tych pozostających na dłużej, bo na samą myśl o pewnych wydarzeniach z tej serii, powraca szczególne uczucie melancholii, zamyślenia, tęsknego smutku.  Podobnie jak i poprzednie serie tak i ta pełna jest niezwykle oszczędnych ale celnych rozmów, podszytych niespełnionymi oczekiwaniami, myślami, nadziejami, wszechobecną dwuznacznością.  Nie zabrakło tu również stale tu obecnych snów i przywidzeń ukazujących prawdziwe myśli bohaterów, ich obawy, pragnienia, marzenia i głęboko skrywane zmartwienia.  Przenikające rzeczywistość tak silnie, że granica między tym co realne a senne wielokrotnie się tu zaciera.  Całość dąży do pięknego, pomysłowego, choć pozostawiającego po sobie pewien niedosyt finału.  Ale to niespełnienie było nieuniknione.  Ostatni odcinek, jakkolwiek perfekcyjny by nie był, i tak nie uwolniłby się od tego uczucia. Smutku po stracie, żalu za bohaterami, których się już nigdy nie zobaczy.  Tęsknocie po Davidzie, Natcie, Frederico, Keithcie i moich ulubionych Claire, Brendzie i Ruth.  Aż chciałoby się zatrzymać tę ostatnią chwilę spędzoną z nimi, jakoś ją uwiecznić, wstrzymać czas.  Jednak wszystko ma swój koniec.  Wszystko, wszyscy, wszędzie, kończy się...

sobota, 02 lutego 2013, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Tom Braider, 217.111.75.*
2013/02/04 07:12:15
Jak zapewne wiesz, Six Feet Under, to ścisła czołówka moich ulubionych seriali ever (filmstock.pl/?p=478). Dziesiątka w tym przypadku zupełnie nie jest na wyrost, bo to po prostu tak genialna produkcja. Nie rozumiem trochę o jakim niedosycie mówisz, osobiście nic bym tu więcej nie dodał, temat wyczerpali w idealnym momencie, w genialny sposób.
-
milczacy_krytyk
2013/02/06 01:40:23
Wiem, pamiętam Twoje zestawienie i bardzo wysoką pozycję tego serialu.
Zgadzam się, że temat wyczerpano w idealnym momencie i finał przyszedł dokładnie wtedy gdy przyjść powinien. Co więcej, ostatni odcinek jest jednym z moich ulubionych, ilość wartych zapamiętania spostrzeżeń na temat życia jest tu tak duża, że spokojnie można by nimi obdzielić kilka kolejnych epizodów. A już ostatni dialog, gdy Claire decyduje się pod wpływem chwili zrobić zdjęcie rodzinie, a Nate zza ramienia mówi jej, że nie może uwiecznić tego momentu bo on już dawno minął, to perfekcja w najczystszym wydaniu i spostrzeżenie tak celne, tak prawdziwe, że z pewnością go nigdy nie zapomnę.

Co do niedosytu o którym pisałem to pojawia się on już po tej scenie, gdy Claire wsiada do samochodu. Pomysł na tą ostatnią sekwencję, te ponad 6 minut z piosenką w tle był genialny i przy kolejnym obejrzeniu spodobał mi się bardziej niż za pierwszy razem. Jest wzruszający, pasuje do schematu tej produkcji i idealnie zamyka, ostatecznie kończy wszystkie wątki. Jedyny problem to jego szybkość. Przez te kilka minut dzieje się tak wiele, że nie sposób wszystkiego odczuć, nie sposób wszystkiego zarejestrować. Przy powolnym tempie poprzednich odcinków to jest taki ekspres, że wydaje mi się w jakimś stopniu zbyt powierzchowny, za bardzo hm efekciarski może nawet. Ale nie widzę innego, lepszego sposobu na zakończenie tej produkcji, nawet przy tym pośpiechu, taka końcówka jest najlepsza. Dlatego z jednej strony zachwycam się ponad wszystko, z drugiej odczuwam pewne niespełnienie.

Pozdrawiam!