Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Lot

who are you?

Lot

Lot (2012) USA

reżyseria: Robert Zemeckis
scenariusz: John Gatins
aktorzy: Denzel Washington, Don Cheadle, Kelly Reilly, John Goodman, Bruce Greenwood, Melissa Leo, Brian Geraghty, Tamara Tunie, Nadine Velazquez, Peter Gerety, Garcelle Beauvais 
muzyka: Alan Silvestri
zdjęcia: Don Burgess
montaż: Jeremiah O'Driscoll

 (7,5/10)

"Lot" to pierwszy aktorski film Roberta Zemeckisa od ponad dziesięciu lat.  Reżyser wraca po tak długiej przerwie, którą wypełniało mu realizowanie filmów motion capture, a więc animacji, których ruchy postaci były przejmowane od poruszających się aktorów.  I bardzo dobrze, że wreszcie wraca do tradycyjnych filmów, bo jest on interesującym, zdyscyplinowanym i doświadczonym twórcą, który potrafi zdecydowanie opowiadać ciekawe historie i szkoda by marnował się wyłącznie na animowane eksperymenty.  Na swój powrót wybrał historię pilota któremu udało się w czasie jednego z lotów wykonać manewr niemal niemożliwy.  Cudem odwrócił spadającą maszynę na grzbiet i dzięki temu zdołał wylądować na ziemi.  I choć w katastrofie zginęło sześć ze stu sześciu osób (w tym dwie stewardessy), gdyby nie jego ryzykowny manewr najpewniej nie przeżyłby nikt.  Kapitan błyskawicznie zostaje okrzyknięty bohaterem, jest tylko jeden mały problem - w czasie lotu był pijany.  A co więcej poprzednie trzy dni, w czasie których również siedział za sterami, spędził będąc pod wpływem - nie tylko alkoholu ale i narkotyków. 

"Lot" to spokojne i wywarzone spojrzenie na człowieka uzależnionego, spojrzenie na mężczyznę, który choć wie, że nie powinien, nadal tkwi w niebezpiecznym nałogu.  Jak próbuje to sam przed sobą i przed innymi wytłumaczyć, taki jest jego wybór, tego właśnie chce.  To spojrzenie na jego dochodzenie do siebie po katastrofie, na to jak radzi sobie ze świadomością tego jak niewiele brakowało by cały lot zakończył się fatalnie, jak wiele ryzykował decydując się pilotować maszynę w oględnie powiedziawszy nie najlepszym stanie.  Katastrofa samolotu wybija go z codzienności i kieruje na drogę uleczenia, nie od razu, ale wszystko do tego dąży.  W kolejnych dniach i miesiącach towarzyszy mu kilka bliższych osób, ale również i nieznajomi, dopiero co poznani, jak chociażby spotkana w szpitalu kobieta uzależniona od narkotyków, która bezskutecznie stara się wyrwać z nałogu.  Równolegle do dramatu bohatera toczy się śledztwo w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy.  Mające ustalić czy wina leży po stronie samej maszyny, linii lotniczych, a może człowieka, a więc pilota. I choć za tym ostatnim na korzyść przemawia to, że w przeprowadzonych później testach żadnemu innemu pilotowi nie udało się dokonać tego co zrobił główny bohater, to i tak problemem pozostaje jego nałóg.  I tu szkoda trochę, że twórcy nie pokusili się o wyraźniejsze zadanie dość przewrotnego pytania.  A co by było gdyby akurat tego dnia kapitan był trzeźwy?  Czy przypadkiem właśnie nie to, że był pod wpływem, uratowało większości pasażerów?  Czy właśnie nie to pozwoliło podjąć mu tak ryzykowną i odważną decyzję?  Zwiększona pewność siebie, wyciszony strach, poczucie możliwości dokonania niewykonalnego.  Raz pada co prawda taka sugestia, ale szkoda, że jej nie rozwinięto.

Jednak mimo tego, że obraz ten jest dość jednostronny, a kierunek jego rozwoju jest oczywisty (bo mówimy o uzależnieniu, a w całość mieszany jest jeszcze Bóg i jego wielkie plany w stosunku do bohaterów), "Lot" ogląda się nadspodziewanie dobrze.  Chwilami nawet świetnie.  Perfekcyjnie nakręcony został tu cały wstęp, rozpoczynający się w zaspanym pokoju hotelowym, prowadzący do wejścia na pokład samolotu, a później ukazujący sam rejs, w czasie którego w napięciu czekamy na to co niedługo się zdarzy (wszak widzieliśmy zwiastuny i wiemy, że będzie niebezpiecznie) aż do dramatycznych i podnoszących ciśnienie ostatnich chwil lotu, gdy liczy się każda sekunda, a każda decyzja może zaważyć o życiu lub śmierci pasażerów.  Niesamowicie intensywne i świetnie nakręcone sceny, choć ich techniczna perfekcja nie powinna wcale dziwić, wszak oglądamy produkcję amerykańską.  Zadziwiająco dobrze wypada tu również zakończenie.  Rozpoczynające się już od nocy poprzedzającej najważniejsze przesłuchanie, obejmujące wystąpienie przed komisją, jak również i to co dzieje się już po jej zakończeniu.  Bo choć ten finał uderza w podniosłe tony, choć nie brak w nim napuszonych, oświeconych monologów, jest ono zadziwiająco naturalny, szczery i poruszający.

Ta lekkość zakończenia, ale i samego filmu, który scenariuszowo za często uderza w moralizatorskie tony, prawiąc kazania i wygłaszając lekcje na temat, w dużej mierze wynika z genialnej gry Denzela Washingtona, który z niezwykłym wyczuciem, zrozumieniem i dokładnością wcielił się w swojego bohatera.  Człowieka, który nie może uwolnić się od nałogu, który tego nie chce, który jest w nim zatopiony od tak długiego czasu, że czuje się z nim nawet dobrze.  Mężczyznę, który jest pewny swoich perfekcyjnych umiejętności, który polega na wieloletnim doświadczeniu, który jest przekonany, że nikt inny nie posadziłby spadającej maszyny tak dobrze jak on, ale który jednocześnie coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że to co mu wtedy pewnie pomogło, może równie dobrze kiedyś go zabić.  Świetna rola, oczywiście, że warta nominacji do Oscara (o ile nawet nie samej statuetki).  Ciekawie w tej produkcji prezentują się również aktorzy drugoplanowi.  Cudowny jest John Goodman jako znajomy kapitana, który dostarcza mu odpowiednie środki, kiedy ten ich najbardziej potrzebuje.  Taki podstarzały, wyluzowany rastafarianin, który swoje zadanie traktuje niemal jak misję, który wali prosto z mostu, mówiąc wszystko to co myśli.  Dobrze prezentuje się tu również Kelly Reilly czyli zagubiona dziewczyna uzależniona od prochów, a swoje świetne pięć minut ma również Melissa Leo, która pojawia się tuż pod sam koniec w roli prowadzącej przesłuchanie Ellen Block.  To dzięki nim tę w większości dobrą ale nie wybitną historię tak ciekawie się ogląda.  To dzięki nim wydaje się ona również warta zapamiętania.

środa, 27 lutego 2013, milczacy_krytyk
Tagi: dramat

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Klapserka, *.internetdsl.tpnet.pl
2013/02/28 20:37:31
A wiesz, że nie zadałam sobie takiego pytania? Ale to słuszne pytanie jest i dobrze, że o tym piszesz. Tyle że z punktu widzenia fabuły nie byłoby w tym nic ciekawego, niestety.

Mnie "Lot" wgniótł w fotel i choć całość jest trochę jednowymiarowa i osadzona w konwencji, to gra aktorska - szczególnie Denzela, oczywiście - rekompensuje każdy, najmniejszy nawet brak. Bardzo dobry film.
-
milczacy_krytyk
2013/03/01 00:51:06
Dodałoby to trochę inny punkt widzenia do tej całej opowieści. A tak otrzymujemy historię z góry określoną: picie jest złe, tragedie się zdarzają, ale Bóg ma plan. Całe szczęście dzięki aktorom dobrze się to ogląda, ale jednak przydałoby się jakoś szerzej spojrzeć na tą całą sytuację. Nie mówię, że mamy rozgrzeszać bohatera i mówić, że co z tego, że pił i latał w takim stanie, skoro uratował tyle istnień, ale jednocześnie nie możemy też zapominać, że po części właśnie przez swój stan tak się stało.

Przy okazji tego filmu polubiłem jeszcze trochę bardziej scenarzystę - Johna Gatinsa. Niby jego skrypt niczym szczególnym się nie wyróżnia, niby wpada w znane schematy, ale jednak nie zdaje się być nudną powtórką z rozrywki. Podobnie z resztą było w przypadku jego poprzedniego tekstu do "Gigantów ze stali" - również, niby nic odkrywczego, ale jednak tamta historyjka coś w sobie też miała.

Pozdrawiam!