Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Lincoln

trzynasta poprawka

Lincoln

Lincoln (2012) USA

reżyseria: Steven Spielberg
scenariusz: Tony Kushner
aktorzy: Daniel Day-Lewis, Sally Field, David Strathairn, Joseph Gordon-Levitt, James Spader, Hal Holbrook, Tommy Lee Jones, John Hawkes, Jackie Earle Haley, Bruce McGill, Tim Blake Nelson, Joseph Cross, Jared Harris, Lee Pace, Peter McRobbie, Gulliver McGrath, Gloria Reuben, Walton Goggins, David Warshofsky
muzyka: John Williams
zdjęcia: Janusz Kamiński
montaż: Michael Kahn

na podstawie: książki "Team of Rivals: The Political Genius of Abraham Lincoln" Doris Kearns Goodwin

 (7/10)

Mam słabość do filmów Spielberga.  Choć krytyczne oko wyłapuje wszystkie ich mniej przekonujące elementy, które powinienem powytykać, przez które powinienem trochę ponarzekać na jego najnowsze dokonania, i tak ich oglądanie sprawia mi radość.  Lubię ten charakterystyczny klimat jakie posiadają jego obrazy, to poczucie silnej ręki doświadczonego twórcy, ten jednoczesny spokój jaki wypływa z jego filmów ale i zdecydowanie, takie lekkie podejście, które nie jest jednocześnie niepoważne.  Przekonuje mnie nawet familijność jego kolejnych produkcji, pewien klimat, nowoczesny ale jakby nadal, w pewnym stopniu, zanurzony w latach już dawno minionych, w czasach gdy dopiero rozpoczynał swoją karierę.  Każdy kolejny film Spielberga wchodzący na ekrany naszych kin, to jednocześnie obowiązek ale i przyjemność.  Przyjemność z obcowania z produkcją technicznie perfekcyjną, dopieszczoną w każdym, nawet najmniejszym ujęciu i koncertowo zagraną przez całą obsadę.  Produkcję, którą chce się oglądać, nawet jeśli tak jak "Lincoln" trwa ponad dwie i pół godziny i opowiada historię nie aż tak bliską.  W niczym to jednak nie przeszkadza, bo poprowadzona jest w tak pewnym kierunku, że choć może ani razu nie zapiera tchu i nie emocjonuje przesadnie, nie posiada jednak słabszych chwil przez które chciałoby się jak najszybciej przeskoczyć.  Jest równomierna, opowiedziana tak sprawnie, że nie traci się nią zainteresowania aż do samego końca.

"Lincoln" jest spojrzeniem na ostatnie kilka miesięcy z życia szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych.  Na okres niedługo po ponownie wygranych wyborach prezydenckich, rozpoczynającej się drugiej kadencji, której jednym z największych problemów do rozwiązania była trwająca od czterech lat wojna secesyjna między Północą a Południem, a jednym z największych wyzwań, próba przepchnięcia w Kongresie Trzynastej Poprawki do konstytucji, zakazującej niewolnictwa.  To kameralne spojrzenie na zakulisowe działania mające na celu przekonanie dwóch trzecich zasiadających w Kongresie do poparcia projektu, a w sumie sprowadzające się do kupczenia głosami, proponowania jeszcze niezdecydowanym kuszących stanowisk, które mogliby piastować w zamian za przychylenie się do (wtedy) kontrowersyjnego projektu. Krótki wycinek z życia prezydenta, i bardzo dobrze, że jest to właśnie tylko wycinek, a nie szersze na nie spojrzenie.  Paradoksalnie właśnie dzięki temu ograniczeniu treści film Spielberga jest pełniejszy, bardziej dokładny, bo zamiast przelatywać przez życie Lincolna, jedynie powierzchownie portretować dokonania prezydenta, ma okazję przez te kilka ostatnich miesięcy, mocniej zbliżyć się do jego postaci.  Dzięki takiemu spojrzeniu nie jest również aż tak nieznośnie podniosły i pomnikowy jak mógłby być.  Oczywiście i tak sporo tu patosu, wielkich przemów i podniosłych chwil, ale nie są one aż tak bolesne jak można by się tego obawiać.  Z resztą, jak mogłoby ich tu nie być, skoro to film Spielberga, opowiadający o jednym z najważniejszych Amerykanów w dziejach Stanów Zjednoczonych.

Przesadną pompatyczność tego obrazu udaje się ograniczyć dzięki niewielkim, ale skutecznym zabiegom.  Rozbuchane tony obniżają zimne i bliskie zdjęcia Janusza Kamińskiego, oraz muzyka Johna Williamsa, której na szczęście nie ma za wiele i która najczęściej robi wyłącznie za nieśmiałe tło, nic poza tym.  Cudowne jest tu również wyczulenie na miarowe odgłosy dnia codziennego, dźwięki otoczenia, które zmniejszają każdą scenę do czterech ścian.  Tykające zegary, krople deszczu uderzające o szyby, jednocześnie uspokajające całą tę opowieść, ale i nadające jej odpowiedni rytm, odmierzające czas spokojnie ale nieubłaganie.  I wreszcie przed zbytnim uwzniośleniem tej historii skutecznie zapobiegają aktorzy (prócz niestety przesadnie szarżującej Sally Field), znajdując odpowiedni sposób na wygłoszenie podniosłych zdań, tak by nie wydawały się one sztuczne, czy nieznośnie papierowe.  Oczywiście Daniel Day-Lewis w roli Lincolna jest perfekcyjny, choć jego doskonałość jest niestety dość oczywista, przez co nie sprawia aż tak niebywałego wrażenia.  Być może ten brak większej wyrazistości jego roli wynika z samej postaci jaką gra - człowieka owszem zdecydowanego, potrafiącego uderzyć pięścią w stół, ale jednak na ogół, spokojnego, ułożonego, działającego z opanowaniem, który przy nadarzających się okazjach niespiesznie opowiada kolejne dowcipne anegdoty.  Zdecydowanie konkretniejszą postacią okazuje się być tu kongresman grany przez Tommy Lee Jonesa, i to właśnie on a nie Day-Lewis jest większym objawieniem tego filmu.

czwartek, 14 lutego 2013, milczacy_krytyk

Polecane wpisy