Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

Suzy i Sam

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom (2012) USA

reżyseria: Wes Anderson
scenariusz: Wes Anderson, Roman Coppola
aktorzy: Bruce Willis, Edward Norton, Bill Murray, Frances McDormand, Tilda Swinton, Jared Gilman, Kara Hayward, Jason Schwartzman, Bob Balaban, Lucas Hedges, Charlie Kilgore, Andreas Sheikh, Chandler Frantz
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Robert D. Yeoman
montaż: Andrew Weisblum

 (8,5/10)

Niezwykły to film.  Niesamowicie bajkowy, nierealny, fantazyjny, ale jednocześnie nieoderwany od życia, normalnej rzeczywistości.  Film magiczny, niby zwykła, lekka opowiastka, wydawać by się mogło tak błaha, że prawie o niczym, ale jednak tak znacząca, tak pełna treści, myśli wszelakich i uczuć przeróżnych, które choć na pierwszy rzut oka nie narzucają się wcale, nie są za bardzo wyczuwalne, to jednak aż kipią pod przecudowną formą.  Bo "Moonrise Kingdom" to zupełnie inna filmowa rzeczywistość, całkowicie odmienna bajka, tak nieprawdopodobnie wyrazista, wyróżniająca się, tak samo piękna w formie jak i w treści.  To obraz do przeżycia, do wczucia się w klimat, w niebywałą atmosferę.  Bo niesamowite jest tu wszystko.  Od bohaterów: nietypowych, jakby odrobinę świrniętych, ale nie przerysowanych, przez czas i miejsce rozgrywającej się akcji: niewielka wyspa gdzieś w latach sześćdziesiątych, po sposób prezentacji tej przeuroczej historii.  Szerokie, wyraźne zdjęcia wyłapujące każdy szczegół, kamera nieruchoma spoglądająca z jednego miejsca na bohaterów i rozwój akcji, ale jednocześnie tak ruchliwa, dokładnie śledząca wszystkie ruchy postaci, odwracająca wzrok za każdym ich krokiem, spoglądająca na boki, odwracająca wzrok, wielokrotnie płynnie podążająca za tym co najważniejsze wdłuż prezentowanego obrazu.  To wszystko tworzy tak nieprawdopodobnie urzekający klimat, że nie sposób się w niego, od samego początku, nie zanurzyć.  Obraz niczym film animowany, a może bardziej ilustracje do książki dla dzieci, urokliwej, prostej ale niegłupiej bajki.

Niezwykły to film, ale jakżeby mogło być inaczej jeśli wyreżyserował go Wes Anderson.  Twórca tak charakterystyczny, tak niesamowity, tak wyróżniający się na tle wszystkich pozostałych, że nie sposób pomylić go z nikim innym.  Posiadający swój własny, niepowtarzalny, niepodrabialny styl, który czaruje każdym kolejnym swoim dziełem, niby w formie tak podobnym do poprzedniego, ale jednak tak odmiennym.  Przecudowne ujęcia, obrazy tak nieprawdopodobne, tak przesycone kolorami, że nie sposób oderwać od nich oczu.  I choć jego styl jest tak wyraźny, choć tak widoczny w poprzednich jego dokonaniach, i znów powtarzany w tym najnowszym, to w "Moonrise Kingdom" jest jednak coś, czego brakowało w jego poprzednich filmach.  To genialna muzyka Alexandre Desplata.  Błyskawicznie wpadający w ucho motyw przewodni, który rozwija się z biegiem filmu, nabiera mocy i wielkości, im bliżej końca.  Rewelacyjnie wzmacnia kolejne sceny, perfekcyjnie nadaje rytm tej produkcji.  To przez kompozycję Desplata ten obraz ma tak pierwszorzędne tempo, dzięki niej ogląda sie ją jednym tchem.  Z jednej strony jest niby tak spokojny, niespieszny, z drugiej z niezwykłym przekonaniem i szybkością biegnie przed siebie, przez co zaledwie półtoragodzinny seans mija błyskawicznie, zdecydowanie szybciej niż można by się tego spodziewać.  Choć sporo tu wolniejszych scen, choć nic nie jest tu pokazane na chybcika, choć na wszystko jest czas.  W tym roku, chyba żaden inny film nie zleciał mi tak błyskawicznie.

Niezwykły to film.  Opowieść o miłości, pierwszej czystej, niedoświadczonej, niewinnej.  Widziana oczami dziecka, pełnych ciekawości, zadziorności, radości życia, pełnych optymizmu i chęci doświadczania.  Radośnie naiwna, niezwykle szczera.  I co ciekawe, choć w obsadzie znalazło się wiele bardzo znanych i cenionych nazwisk (że tylko wspomnieć o Nortonie, Murray'u, Swinton, McDormand, czy nawet Willisie, który w takim repertuarze udowadnia, że również jest dobrym aktorem), oparta prawie w całości na dwójce młodych, niedoświadczonych aktorów, dla których wszystkie sławy są jedynie dodatkiem, tłem, które pojawiać się musi, ale które nie jest tu ani trochę najważniejsze.  Ryzykowne posunięcie, by całą opowieść powierzyć dopiero co początkującym aktorom, ale jakże udane!  Bo nie dość, że ani przez chwilę nie zostają oni przytłoczeni przez talent dużo bardziej doświadczonych kolegów, to jeszcze patrzy się na nich ze sporo większym zainteresowaniem, niż na wszystkich pozostałych.  Choć i tamci są ciekawi - błyskawicznie nakreślone postaci, niby takie proste, niby pewne znane typy, ale ani przez chwilę nie sprawiające wrażenia pustych, zwykłych, stereotypowych.  Choć niektórzy widoczni tylko przez chwilę, choć niektórzy już w swoich 'imionach' posiadający informację o swej funkcji w fabule, jak chociażby Opieka Społeczna w którą wciela się jak zwykle perfekcyjna Tilda Swinton.  Zgrabne, pomysłowe, rozbrajające.  Ani przez chwilę nie wymuszone, czy silące się na przesadną oryginalność.  Świetny film, naprawdę świetny.

środa, 19 grudnia 2012, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Klapserka, *.dynamic.chello.pl
2012/12/29 14:12:54
Nic dodać, nic ująć. Podpisuję się pod każdym słowem:)