Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Mroczne cienie

wszystko i nic

Mroczne cienie

Mroczne cienie (2012) USA

reżyseria: Tim Burton
scenariusz: Seth Grahame-Smith
aktorzy: Johnny Depp, Michelle Pfeiffer, Helena Bonham Carter, Eva Green, Jackie Earle Haley, Jonny Lee Miller, Bella Heathcote, Chloë Grace Moretz, Gulliver McGrath, Ray Shirley, Christopher Lee, Alice Cooper, Ivan Kaye, Susanna Cappellaro
muzyka: Danny Elfman
zdjęcia: Bruno Delbonnel
montaż: Chris Lebenzon

na podstawie: serialu Dana Curtisa

 (5/10)

Oj nie udał się ten film Burtonowi.  Zwariowana, specyficzna i mocno rozbuchana forma, którą charakteryzują się jego produkcje, tym razem przykryła jakąkolwiek treść, zdusiła ją w zarodku, zostawiając nam do oglądania wyłącznie ekspresyjne obrazki, bez jakiegokolwiek wypełnienia.  Bo "Mroczne cienie" to właściwie film o niczym.  Rozbity na pomniejsze epizody, przerzucający co chwila swoje zainteresowanie z kolejnych postaci na następne, nie mogący się zdecydować w jakim jednym, głównym kierunku chciałby zmierzać, przez co rwący się nieustannie, przystający co chwila, wlekący się niemiłosiernie.  Ani nie jest to historia o miłości, dwóch jej obliczach: drapieżnym i spokojnym, między którymi trudno wybrać, bo choć wiele się o nich mówi, to ani trochę się ich tutaj nie czuje.  Nie jest to również opowieść o rodzinie, jej wartości i sile jaka w niej tkwi, bo choć reżyser przedstawia nam jej członków, jak to w jego zwyczaju mocno specyficznych, to jakoś nie czuć, żeby faktycznie tworzyli oni tak bliską grupę społeczną.  Każdy żyje tu dla siebie i wykazuje raczej niewielkie przywiązanie do reszty domowników.  Obraz ten to taki zlepek najróżniejszych pomysłów, poszczególnych postaci, które osobno nawet ciekawe, razem nie potrafią się ze sobą dograć, stworzyć interesującej i wciągającej całości.  "Mroczne cienie" to niesamowicie nudny, piekielnie przegadany i jakby na siłę odegrany, sztuczny obrazek, który mam wrażenie, ze względu na swoją objętość, zdecydowanie lepiej sprawdziłby się jako serial niż film kinowy, zamknięty w zaledwie dwóch godzinach seansu.  I co ciekawe w takiej formie był już obecny, bo produkcja ta została zrealizowana właśnie na podstawie produkcji telewizyjnej z lat sześćdziesiątych i mały ekran był chyba dla niej odpowiedniejszym miejscem.  Bo oferował zdecydowanie więcej czasu na rozwinięcie poszczególnych historii, dokładniejsze przedstawienie kolejnych postaci, na co twórcy filmu po prostu nie mieli czasu.

I tylko dwa elementy tego obrazu ratują go przed totalną porażką uniemożliwiającą jego bezbolesne oglądanie. Pierwszym z nich jest niezwykły klimat, a dokładniej rzecz biorąc zderzenie dwóch niby nijak do siebie niepasujących atmosfer: gotyckiej wielkości i mroczności oraz kolorowego i radosnego klimatu lat siedemdziesiątych, tu odtworzonego przez świetne kostiumy i scenografię, oraz przede wszystkim przecudownie dobrane piosenki z tamtych lat, które momentalnie przenoszą nas o te czterdzieści lat wstecz.  Fascynujące połączenie, które szczególnie na początku sprawdza się naprawdę znakomicie.  Już jedna z pierwszych scen, rozgrywająca się po mrocznym prologu, otwierająca bliższą teraźniejszości część tej opowieści, w której z lotu ptaka obserwujemy podróż pociągiem jednej z bohaterek, gdy w tle przygrywa "Nights in White Satin", jest obrazem tak magicznym, niezwykłym i przepełnionym emocjami, że chciałoby się aby trwał wiecznie.  I gdyby ten zachwycający klimat z pierwszych minut seansu, to zaskakujące zderzenie dwóch nieprzystających do siebie klimatów zostało utrzymane aż do samego końca, to "Mroczne cienie" byłyby nieprawdopodobnie satysfakcjonującą ucztą dla ducha.  Niestety później z tych obrazów przechodzimy do scen w których teoretycznie zaczyna się coś dziać, w których z ust bohaterów zaczynają wydobywać się pierwsze słowa, i właśnie wtedy wszystko zaczyna się sypać.  Bo nie czuje się już wtedy tego niezwykłego połączenia, bo brakuje nietypowych, zaskakujących dźwięków znanych piosenek, a zastępują je piekielnie nieciekawe dialogi i rozmowy, które ani trochę nie są interesujące.

Drugim elementem, dzięki któremu raczej bez bólu i przesadnego znużenia można przetrwać tę produkcję, jest obsada.  Jak zwykle gwiazdorska, jak zwykle pełna niespodzianek i występów, które same w sobie tak cieszą oko, że choć osadzone zostały w nieudanym otoczeniu, dają chwile radości.  I o dziwo wcale nie Johnny Depp gra tu pierwsze skrzypce, bo choć jego rola jest największa, to nie zagarniająca całego filmu dla siebie.  Depp całe szczęście nie wpada tu również w manierę swoich wcześniejszych dokonań i nie kojarzy się od razu z Jackiem Sparrowem, co przy niektórych poprzednich jego rolach było wyczuwalne.  Zdecydowanie bardziej wyraziści i zaskakujący są pozostali aktorzy.  Chociażby Helena Bonham Carter, niestety pojawiająca się tu na bardzo krótko, jako trochę skacowana doktor psychiatra, czy Eva Green jako demoniczna wiedźma, za wszelką cenę starająca się rozkochać w sobie  głównego bohatera.  I choć chwilami mocno szarżuje, to w tej niepoważnej i przerysowanej otoczce spisuje się wyśmienicie, swoim występem, mocno przypominając dokonania Meryl Streep i Goldie Hawn w "Ze śmiercią jej do twarzy" - z resztą cała końcówka tej produkcji mocno zalatuje tamtym genialnym filmem.  Poza tym wiele ciekawego w tym obrazie nie ma, ot kilka zabawniejszych momentów, jak chociażby ten z nieco odmiennym odczytaniem litery M w nazwie pewnej sieci fast foodów i uwag głównego bohatera, który obudzony w latach 70' dwudziestego wieku, dwieście lat od swego poprzedniego życia, nie do końca potrafi się odnaleźć w tej zupełnie innej rzeczywistości.  Tyle.

sobota, 02 czerwca 2012, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: ktrya, *.dynamic.chello.pl
2012/06/03 11:24:39
Piszesz o małym ekranie, a ja wiem, że na gdyby leciał w telewizji kompletnie nie zwróciłabym na ten film uwagi i raczej znudziłabym się. Na szczęście obejrzałam go na dużym ekranie, dzięki temu nie bawiłam się tak najgorzej. Natomiast po "Mrocznych cieniach" coraz bardziej przekonuję się do Johnny'ego Deepa.
-
Gość: Agniecha, *.play-internet.pl
2012/06/03 12:29:22
zgadzam się, oj zgadzam. uwielbiam filmy Burtona, ale tutaj to wszystko było takie... jakieś nijakie. Faktycznie obsada i oprawa genialna! Depp, no mnie po prostu rozbroił, jak zwykle zresztą. Ale zgodzić się muszę, że choć wiele tu różnych wątków, to autentycznie ten film jest o niczym. A szkoda. Zapowiadało się całkiem niesamowite kino z tym kontrastem. Ja dałam o oczko niżej, pewnie dlatego że większość niedostatków zrekompensował mi klimat.

Pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2012/06/03 23:58:29
@ktrya
Ja pewnie również nie zwróciłbym na tę produkcję uwagi, gdyby leciała w telewizji, ale dla samej historii mam wrażenie, że właśnie lepiej by było, gdyby umieszczona została na małym ekranie. Bo dzięki temu można by ją lepiej rozwinąć, mocniej skupić się na postaciach, a i rwana historia na wiele wątków podzielona, tak by nie raziła jak w filmie.
A co do Deppa i przekonywania się do niego, to ciekawe, że dopiero po tym filmie ono następuje. ;)

Pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2012/06/04 00:00:50
@Agniecha
Chyba raczej o oczko wyżej jak patrzę na filmweb :D
Nijaki - to chyba najlepsze określenie na ten film. Wielka szkoda, bo potencjał był naprawdę wielki i miałem nadzieję, że po średnio udanej "Alicji" ten obraz będzie powrotem do dobrej formy. Gdyby tylko scenariusz był lepszy...
Pozdrawiam!
-
Gość: Majkelns, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/12/08 06:23:53
nie udał się nie udał zapraszam na krótką notkę do siebie. Masz tu całą encyklopedią filmową jestem pod wrażeniem dodaje twój blog do zakładki czytam na mojej stronie .