Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Cosmopolis

long to live

Cosmopolis

Cosmopolis (2012) Francja, Kanada, Portugalia, Włochy

reżyseria i scenariusz: David Cronenberg
aktorzy: Robert Pattinson, Juliette Binoche, Paul Giamatti, Samantha Morton, Sarah Gadon, Kevin Durand, Mathieu Amalric, Jay Baruchel, Emily Hampshire, Philip Nozuka, K'Naan, Abdul Ayoola, Milton Barnes, Gouchy Boy
muzyka: Howard Shore
zdjęcia: Peter Suschitzky
montaż: Ronald Sanders

na podstawie: powieści Dona DeLillo

 (6/10)

Dziwny film.  Obraz z którego wynika wszystko i zupełnie nic, który dotyka istoty rzeczy jednocześnie nie mówiąc o niej wcale.  Obraz życia, ludzi, świata, który z portretem nie ma wiele wspólnego.  Męczący i interesujący, nudny i fascynujący zarazem.  Nieudany przerost świetnego pomysłu nad treścią, i wyróżniająca się swoją nietypowością i osobliwością opowieść.  Udziwniona, nienaturalna i potwornie przekombinowana historia, jednocześnie wycinek zupełnie innego świata, tak mocno odklejonego od zwykłego życia, że trudno powiedzieć czy prawdziwy być może.  Film o którym zapomni się tuż po ostatniej jego scenie, z którego chciałoby się wyjść jeszcze w trakcie trwania seansu i hipnotyzująca produkcja, która zatrzymuje widza do przewinięcia się wszystkich napisów końcowych.  Wszystko to i żadne z powyższych jednocześnie.  Dlatego tak trudno go ocenić, dlatego tak trudno z jednej strony całkiem go skrytykować, a z drugiej się nim zachwycić. 

"Cosmopolis" to wycinek życia pewnego multimilionera, jeden dzień jaki spędza on na w swojej wydłużonej limuzynie.  Podróżując żółwim tempem po mieście, bo akurat odwiedza je prezydent i większość ulic jest potwornie zakorkowanych.  Spotyka się z kolejnymi ludźmi, odwiedza kolejne miejsca, choć jego głównym i pierwszym celem była wizyta u fryzjera, bo właśnie z zamiarem ostrzyżenia się wyruszył na miasto.  Ale zanim do niego dotrze minie cały dzień.  A to przeleci w limuzynie pewną kobietę (początkowo nie do poznania Juliette Binoche), a to spotka się z dopiero co poślubioną żoną na śniadaniu/obiedzie/kolacji, a to przebada go dogłębnie pewien lekarz, a to znów prześpi się z jedną ze swoich ochroniarzy, a to dowie się o śmierci swojego ulubionego wokalisty, a to strzeli komuś w łeb.  I tak miną całe 24 godziny, właściwie na niczym, od jednej osoby do kolejnej, epizod za epizodem, osoba za osobą.

Produkcja Cronenberga to przede wszystkim zlepek luźnych rozmów.  Mocno przekombinowanych, udziwnionych i strasznie nienaturalnych. W pewnej chwili bohater pyta się jednej z bohaterek czy właśnie tak rozmawiają normalni ludzie, na co ona nie jest w stanie udzielić mu żadnej odpowiedzi.  Ale jest ona dość oczywista: nie.  I właśnie to czyni ten film tak nieprzyjemnym i niełatwym w odbiorze.  Przez ten ciąg wygłaszanych zdań, wniosków i obserwacji skaczących z jednego tematu na kolejny, tak odrealniających ten obraz.  Pieniądze, życie, szczury, śmierć, seks, wiek, parkingi dla limuzyn, asymetryczna prostata, chaos i porządek, kompleks i zagrożenie.  Wszystko i nic, przeplatające się na zmianę, zapominane na chwile i przypominające o sobie co jakiś czas, powracające w najmniej pasujących do tego momentach.  Przerywające ledwo co poruszony jeden temat, by zaraz samemu zostać przerwanym przez kolejny.

To co ratuje ten obraz, to dzięki czemu da się go w ogóle oglądać, bez natychmiastowej chęci jak najszybszego opuszczenia sali kinowej, to występy aktorskie, szczególnie te drugoplanowe.  Binoche, Giamatti, Morton, Gadon, Amalric, nawet Durand, pojawiający się na chwilę bądź dwie, w scenie lub trzech, którzy nawet wypowiadając ciągi tak niepasujących do niczego zdań, potrafią stworzyć interesujące, hipnotyzujące postaci.  Blado wypada przy nich Pattinson, choć mocno się starający by w przekonujący sposób zagrać swojego bohatera, jednak za młody do tej roli, i nie do końca do niej pasujący.  Choć całe szczęście wcale nie tak mocno błyszczący "Zmierzchem" jak można by się tego obawiać.  Tylko, że te występy aktorskie i tak są tylko pewnego rodzaju kołem ratunkowym, czymś co jakoś pozwala przetrwać ten seans, bo z samego filmu pozostaje niestety niewiele.  Przede wszystkim muzyka, oryginalne kompozycje Shore'a, oraz piosenki specjalne napisane, bądź tu wykorzystane.  Są naprawdę świetne.

wtorek, 26 czerwca 2012, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
kaczy_mike
2012/06/26 23:31:01
Tak czytając Twój tekst naszło mnie, że być może celem Cronenberga było ukazanie świata wielkiej finansjery, do którego należy bohater Pattinsona, jako czegoś odrealnionego, nieprawdziwego. Pokazanie, że cyfry, wykresy i inne diagramy tak bardzo stały się światem tych ludzi, że nie wiedzą oni już co ludzkie, co naturalne, co prawdziwe. Dlatego prowadzą takie dziwne rozmowy, dlatego są tak oschli, bezemocjonalni i nieprawdziwi. (Pod tym względem gra Pattinsona by pasowała - zachowuje się jak robot, bo nie wie jak inaczej się zachowywać. Nawet w seks nie potrafi włożyć pełni zaangażowania). Dlatego poszukuje/ą wraźeń, (m.in) strzelając do siebie i innych.

W tym kontekście bohater Giamattiego też by pasował. Jest dziwny, ale w innym stopniu niż Pattinson (nie pamiętam już imiom bohaterów, dlatego tak) - on też kiedyś był w tym świecie, teraz się z niego oswobodził, więc i jego zachowanie próbuje wrócić do normy.

Być może więc ten film miał tak właśnie uwierać, przeszkadzać - trochę pokazywać czemu tłumy sprzeciwiają się rekinom finansowym, czemu przed nimi występują (demonstracje/"cake assassin"). Może chciano nam pokazać, że tak, jak my nie jesteśmy w stanie pojąć ich zachowań i rozmów(!), tak oni nie są w stanie zrozumieć nas?

Zastanawiam się jednak czy nie dałoby się tego pokazać lepiej, pełniej, ciekawiej? Dla mnie największą wadą tego filmu jest jego fragmentaryczność. Fakt, że sceny nie kleją się ze sobą, każda jest jakby sama-sobie, oddzielna od całości. Że nie wiadomo o co chodzi. I że w zasadzie z końcem seansu wcale się tego nie dowiadujemy. Być może jednak - tak miało być? Nie bez powodu przecież piszę już kolejny akapit o tym filmie, próbując zrozumieć, co tak naprawdę zostało mi pokazane.

Ciekawym jest, że piszesz o muzyce, bo ja wychwyciłem tam jedynie trzy fragmenty muzyczne, które nie wywarły na mnie szczególnego wrażenia. Chociaż, cholera - faktem jest, że następnego dnia obudziłem się z tekstem: "...to the Mecca" lecącym w głowie. Sufijski rap jednak chwyta! ;) :P (Nota bene - ta piosenka to chyba najfajnieszy fragment filmu). ;)

Dzięki wielkie za ten tekst, bo naprawdę dzięki niemu te wszystkie myśli przyszły mi do głowy. :)
PS. Przy przenoszeniu/pracowaniu nad tekstem wycięło Ci kilka słów, przez co czasami można lekko zgubić wątek. Hmm - chyba, że to celowe, trochę w "hołdzie" pomysłowi tego filmu, co zresztą byłoby całkiem interesującym zagraniem z Twojej strony. :)
-
Gość: Agniecha, *.ip.netia.com.pl
2012/06/27 11:53:44
przeszło mi przez myśl obejrzenie tego filmu, ale ostatecznie jakoś zrezygnowałam. Zanim obejrzałam film Uwodziciel byłam prawie pewna, że obejrzę Cosmopolis, ale po seansie stwierdziłam, że kolejnego średniego filmu z Pattinsonem po prostu nie zniosę.

Pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2012/06/29 01:02:14
Być może tak. Przy okazji pokazał również jak totalnie abstrakcyjny jest to świat, jak mało materialny choć obracający tak wielkimi pieniędzmi, bo właściwie ich tu za bardzo nie widać, a to czym zajmuje się główny bohater też nie jest dokładniej opisane. I stąd też jego potworne znudzenie tą rzeczywistością w której żyje, dzięki której może mieć wszystko, ale to wszystko już ni jak nie jest w stanie go cieszyć. Dlatego choć żonaty sypia z kolejnymi kobietami, dlatego pociąga za spust, dlatego strzela sobie w dłoń, dlatego nawet nie ściera za bardzo tortu, którym dostał w twarz. By choć przez chwilę coś poczuć.

Być może tak, tylko, że prócz tych finansowych bohaterów, którzy są tu mocno dziwni, również i pozostali są mocno nietypowi: czy to 'uduchowiona' żona bohatera, czy Binoche, czy zwariowany terrorysta z ciastem. Oni wszyscy są również w jakimś stopniu szurnięci i choć bardziej emocjonalni niż główny bohater, także nie przystają do naszego świata.

Wydaje mi się, że dałoby się to przedstawić znacznie ciekawiej. Pytanie na ile sama książka jest tak dziwaczna, że jej nietypowość spłynęła też na film, a na ile to sprawka Cronenberga, który ją tak udziwnił. Mi ta fragmentaryczność tu akurat zupełnie nie przeszkadzała, nie miałem wrażenia oddzielności scen, które nie mogłyby się połączyć jedna z drugą. Nawet takie gościnne występy kolejnych postaci mi się podobały, bo w gruncie rzeczy dobrze obrazują życie jako takie i relacje z ludźmi jakie w nim mamy. Na scenie pojawiają się kolejne osoby, na chwilę bądź dwie, odgrywają jakąś rolę po czym zostają zastąpione przez kolejnych. I tak w kółko, ciągle, aż do samego końca. O jednych pamiętać będziemy trochę dłużej, inni znikną tak szybko jak się pojawili. Ot, życie.

Dla mnie zdecydowanie większym problemem w tej produkcji były jednak dialogi, mówione trochę sobie, za bardzo wygłaszane, nie wynikające jedne z drugich i mocno nieciekawe. Coś z nich na szczęście wynika, jakiś wniosek z każdej ze scenek wyciągnąć można, ale jednak po co przez tak długi czas słuchać tego dziwactwa? Zamiast pogłębiać postaci, zamiast poszerzać spojrzenie te rozmowy tylko nudzą, irytują i mocno wystawiają cierpliwość na próbę.

Mi w pamięci została jeszcze piosenka Metric - Long to live www.youtube.com/watch?v=bi2iyX6o2XM Z resztą to właśnie przez nią zostałem na sali kinowej do samego końca napisów. Dawno żaden inny utwór na tak długo mnie w kinie nie zatrzymał.

PS. Niestety to nie był zaplanowany, przemyślany i celowy zabieg. Aż tak genialny jeszcze nie jestem ;) Kleić nic nie przeklejałem dlatego żadne słowa uciec nie uciekły. Po prostu o dziwnym filmie dziwnie mi się pisało, stąd może i ta notka trudniejsza jest w czytaniu niż niekiedy inne.

Pozdrawiam!
-
milczacy_krytyk
2012/06/29 01:04:46
O tym filmie można napisać wszystko, tylko nie to, że jest średni ;)
A Pattison nie wypada tutaj tak źle jak można by się tego obawiać. Choć może to przez moje złe wspomnienia ze "Zmierzchem" jego występ w "Cosmopolis" aż tak mnie nie raził i nawet pozytywnie zaskoczył.

Pozdrawiam!