Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Wielki Mike

byczek Fernando

Wielki Mike

Wielki Mike (2009) USA

reżyseria i scenariusz: John Lee Hancock
aktorzy: Sandra Bullock, Tim McGraw, Quinton Aaron, Jae Head, Lily Collins, Ray McKinnon, Kim Dickens, Adriane Lenox, Kathy Bates, Catherine Dyer, Andy Stahl, Tom Nowicki, Sharon Morris, Omar J. Dorsey
muzyka: Carter Burwell
zdjęcia: Alar Kivilo
montaż: Mark Livolsi

na podstawie: powieści Michaela Lewisa "The Blind Side: Evolution of a Game"

 (5/10)

Zdecydowanie ciekawsza i bardziej zaskakująca od tego filmu, jest cała sytuacja jaka przydarzyła się Sandrze Bullock już po jego premierze, w okresie corocznego wręczania nagród filmowych różnej maści.  Otóż nominowana do Oscara za główną rolę w tym obrazie, nie tylko wyróżniona samą nominacją, ale także nagrodzona złotą statuetką w czasie 82 ceremonii rozdania, dzień wcześniej została wyróżniona wątpliwą nagrodą jaką są Złote Maliny, za komedię "Wszystko o Stevenie".  Nagrodą przyznawaną za wszystko co najgorsze, co wydarzyło się w kinach przez rok od poprzedniej uroczystości.  I tak w ciągu dwóch dni Bullock stała się jednocześnie najlepszą jak i najgorszą aktorką roku.  Czy jej rola we "Wszystko o Stevenie" była naprawdę tak okropna, tego nie wiem, wiem jednak, że późniejszy Oscar był już przesadą i to znaczną.  Bo choć Bullock swoją bohaterkę gra dobrze, to jest to rola niczym się nie wyróżniająca, a Akademia nagradzając aktorkę za to dokonanie, bardziej nagrodziła postawę filmowej postaci, niż samo osiągnięcie aktorskie.

Bullock prezentuje się w tym obrazie o tyle lepiej, bo sam film nie jest wcale nadzwyczajny.  I to oględnie powiedziawszy (nominacja za najlepszy obraz w 2009 roku to totalna pomyłka).  Bliżej mu niestety do telewizyjnej produkcji niż kina mogącego walczyć o jakiekolwiek nagrody.  To potwornie lukrowana historia pewnej bogatej kobiety, żony przedsiębiorcy, która przypadkiem spotkawszy na swojej drodze wielkiego, bezdomnego, czarnoskórego chłopaka, bez najmniejszego wahania zdecydowała się przygarnąć go pod swój dach.  Nie na dzień czy dwa, ale na zawsze, czyniąc go swym synem, choć miała już dwójkę dorastających dzieci.  Pomogła mu w nauce, pomogła w zyskaniu pewności siebie, to właśnie dzięki niej chłopak zaczął grać w football i szybko stał się profesjonalnym zawodnikiem, osiągając coś, o czym nawet nigdy nie śmiał marzyć.  Bo jak się okazało, był idealnym zawodnikiem, stworzonym do tej gry.

Samo to, że ta opowiastka jest tak słodka nie byłoby jeszcze wczale takie złe.  Filmy ku pokrzepieniu serc są przecież oglądalne, dobrze, że powstają, bo co by nam tak poprawiało nastrój jak właśnie nie one, ale wszystko powinno istnieć w odpowiednich ilościach i nawet w tych nad wyraz optymistycznych produkcjach, powinny obowiązywać jakieś nieprzekraczalne granice.  Tu zostały one potwornie naruszone, właściwie ma się wrażenie, że nie ma ich wcale, bo poziom szczęśliwości i przesycenia cukrem jest przeogromny. Powiedzieć, że od niego mdli to mało.  Dlatego nie ogląda się tego filmu jak optymistycznego dramatu, ale jak nierealną i niemożliwą bajkę.  Choć opartą na faktach, bo ta historia wydarzyła się kiedyś naprawdę, czego dowodem są chociażby zdjęcia osób, które przeżyły tę historię, jakie pojawiają się podczas napisów końcowych.

Najgorsze w tym filmie jest zdecydowanie to, że nie ma w nim żadnych przeciwności losu.  Właściwie nic tu nie stoi nikomu na przeszkodzie, i nawet beznadziejna sytuacja wielkiego Mike'a przedstawiana jest w tak lekki sposób, że wydaje się w gruncie rzeczy niczym strasznym ani problematycznym.  Wszystko rozwiązuje się tu samo, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, optymizm nikogo nie opuszcza nawet na krok, przez co całość staje się niemożliwie wręcz nudna i przewidywalna.  Wszyscy kąpią się w tej ogólnej szczęśliwości, przez co w żaden sposób nie przepływa ona na nas samych.  Bo jest jej tak wiele, że jedyną możliwą reakcją jest obrona przed nią.  Potwornie niszczy tę produkcję, obdziera z jakichkolwiek emocji, pozostawia totalnie z niczym.  Bo wiedząc dokładnie jak skończy się ten film, nic tu nie jest w stanie nas poruszyć, niczym nie jesteśmy w stanie się przejąć. 

Z resztą jak może nas tu coś obejść, skoro nawet sami bohaterowie ani trochę nie reagują na to co dzieje się w ich życiach.  Dzieci bohaterki nie są zazdrosne o sprowadzonego do domu gościa, który nie dość, że zatrzymuje się w nim na dłużej niż jedną noc, to staje się oczkiem w głowie matki.  Mąż nie jest zazdrosny o nowego domownika, i właściwie w ogóle na niego nie reaguje, zgadzając się na wszystkie pomysły swej żony.  I nawet wypadek samochodowy jaki przeżywają bohaterowie, ani trochę nie wpływa na ich zachowanie.  Tak jakby się wcale nie wydarzył, jakby nie był ani trochę ważny.  Całość ogląda się więc jak głupio-radosną produkcję familijną z której płyną same banały, oczywistości i ogrom potwornie sztucznego ciepła.  Tak dziecinnego, prostego i nijakiego.  Bo wadą nie jest wcale przedstawianie dobrych ludzi i zachowania, któremu należy się uznanie, a robienie tego w tak niezajmujący, oczywisty i piekielnie przesłodzony sposób.  Wielkie rozczarowanie.

wtorek, 15 maja 2012, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: mysza, *.adsl.inetia.pl
2012/05/16 08:52:17
Jaki baseball??? On w football grał.
-
milczacy_krytyk
2012/05/16 09:35:42
Nie wiem skąd mi się ten baseball wziął. Już poprawiłem, dzięki!
-
Gość: szymalan, *.swietochlowice.vectranet.pl
2012/05/17 23:05:26
No i co ja dodam. Zgadzam się w 100%. Do telewizji na święta z całą rodziną - ok. Ale że Oscary? wtf? Lubię Sandrę Bullock ale wtedy i tak byłem za Meryl Streep z Julie i Julia o ile pamiętam. To po prostu nie ten poziom. 5/10
-
milczacy_krytyk
2012/05/19 01:11:46
Nawet w stosunku do innych aktorek nominowanych w tamtym roku do Oscara, Bullock wypadała najsłabiej. Zadziwiająca decyzja Akademii. Lubię Sandrę, nawet sam nie wiem za co, po prostu ją lubię, ale wolałbym, żeby tę statuetkę zgarnęła za lepszej jakości rolę. Takie wyróżnienie na wyrost to żadne wyróżnienie.
Pozdrawiam