Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Babycall

Anna

Babycall

Babycall (2011) Niemcy, Norwegia, Szwecja

reżyseria i scenariusz: Pal Sletaune
aktorzy: Noomi Rapace, Kristoffer Joner, Vetle Qvenild Werring, Stig R. Amdam, Maria Bock, Torkil Johannes Swensen Hoeg, Henrik Rafaelsen, Tom Hugo Nielsen, Mona Engh, Eva Zeidler, Kaia Varjord, Bjorn Moan, Birgitte Nordby
muzyka: Fernando Velázquez
zdjęcia: John Andreas Andersen
montaż: Jon Endre Mork

 (7,5/10)

"Babycall" to film, który najchętniej chciałoby się obejrzeć od razu jeszcze raz.  By sprawdzić czy rozwiązanie tej historii pasuje do całego obrazu, czy nie kłóci się ze wszystkim co dane było nam widzieć przez cały seans, czy tłumaczy wszystkie zagadkowe sytuacje i zdarzenia, których sensu nie mogliśmy się domyśleć.  To smutna historia pewnej młodej kobiety, która wprowadza się wraz z synkiem do niewielkiego mieszkania.  Przeprowadzką zostawia za sobą bolesną przeszłość, a także swe nazwisko, tak mocno musi uciekać od tego co było.  Nadopiekuńczo zajmuje się synem, chce mieć go zawsze blisko siebie i to o niego boi się najbardziej.  Że coś mu się stanie, że nachodząca ją opieka społeczna może jej go odebrać.  W jakim kierunku rozwinie się ta opowieść?  W mocno nieprzewidywalnym, choć punkt wyjścia nie sugeruje wielkich możliwości.  W dramat, w film psychologiczny, w thriller, nawet trochę w horror.  Obraz ten wybiera wszystkie te kierunki jednocześnie.  Dlatego tak trudno zrozumieć co właściwie się w nim dzieje.  Bo opowieść ta rozwija się w czterech różnych płaszczyznach, gładko splatając je w jedno, podsuwając nam tropy pochodzące z każdej z osobna, teoretycznie więc się wykluczające, ale jednak do siebie pasujące.

Reżyser umiejętnie przeplata wszystkie mylne tropy, teoretycznie sprzeczne wskazówki, elementy i zagrania wykorzystywane w innych produkcjach już tyle razy, że przestajemy zwracać na nie uwagę. Przedstawiając je jednak w trochę inny sposób, akcentując nie to na co zwykle zwraca się uwagę, kładąc nacisk bardziej na dramat matki, niż dodatki grozy.   Właśnie przez to, że z początku się ich nie zauważa, pomija wzrokiem, tak łatwo dajemy się tu zwodzić.  Reżyser podsuwa mylne tropy, przedstawia sytuacje w odmienne sposoby i bawi się tym przepływaniem między jawą a zwidem.  Przedstawiając wszystko tak jakby było realne, podczas gdy rzeczywistość stale miesza się tu z wymysłem, tak bardzo, że nie sposób ustalić granic między jednym a drugim.  Dlatego praktycznie do samego końca nie wiadomo co jest tu prawdą a co nie, co dzieje się w rzeczywistości, a co jest pewnego rodzaju fantazją.  Bo jedno jest tak zwodniczo podobne do drugiego, prawie, że równa się sobie, dlatego i to i to może okazać się nawzajem jednym i drugim.  W rozeznaniu się o co tak naprawdę tutaj chodzi nie pomagają również liczne podobieństwa między sytuacjami oraz bohaterami.  Spotkany przypadkiem przez kobietę mężczyzna zdaje się być jakby starszą wersją jej ośmioletniego synka, a ona sama jest jakby młodszą wersją jego umierającej matki.  Zamartwiająca się, nadopiekuńcza, stale mająca jedynaka na oku.

Zaskakujące, że samo rozwiązanie, choć wydaje się niesamowicie pokręcone, nie jest wcale aż tak skomplikowane.  Właściwie, jak się okazuje, jest całkiem proste, można je opisać w zaledwie dwóch zdaniach, wygłaszanych pod koniec seansu, które łączą poszczególne niepasujące elementy tej układanki w całość.  Niby proste, ale przez przyjęty punkt widzenia, przez spoglądanie na wydarzenia oczami bohaterki, tak trudno na nie wpaść.  Świetnie w tym obrazie prezentuje się Noomi Rapace, to na niej trzyma się cały film, to ona go prowadzi i powoduje, że jest tak intrygujący.  Niezwykle przekonująco wypada w roli samotnej matki, nie potrafiącej odnaleźć się w nowej rzeczywistości, uciekającej przed przeszłością, zdolnej zrobić wszystko, by tylko zapewnić spokojne życie swojemu synowi.  Dzięki niej nie sposób oderwać oczu od ekranu, nie sposób nie zastanawiać się nad wyjaśnieniem tego co się dzieje.  Świetny jest tu również przyciężkawy, mroczny, niepokojący choć dziwnie spokojny i niesamowicie smutny klimat tajemnicy, niewiadomej, podsycany przez melodyjną choć złowrogą muzykę Fernando Velázqueza.  Dzięki niemu obraz ten z każdą kolejną minutą staje się coraz bardziej interesujący, coraz mocniej wciąga.

sobota, 19 maja 2012, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: ajar, *.internetdsl.tpnet.pl
2012/05/20 19:45:05
Dobrze, że nie za wiele zdradzasz z treści tego filmu. Łatwo bowiem pisząc o nim, zdradzić coś co popsuje całą przyjemność pomysłu. A ten jest iście zaskakujący. Film do końca trzyma w niepewności. Co tu jest grane, zastanawiamy się. Ogólnie mówiąc - ciekawy pomysł na film. Również polecam.
-
milczacy_krytyk
2012/05/20 20:10:50
Starałem się jak mogłem by napisać jak najwięcej, przy tym nie pisząc jednak zbyt wiele, bo faktycznie łatwo popsuć seans zdradzając odrobinę za wiele. Choć i tak o "Babycall" pisało mi się łatwiej niż o zeszłorocznym "Triangle". Tam to dopiero musiałem uważać na słowa opisując swoje wrażenia, wypunktowując wszystko co tak mi się podobało, nie wymieniając właściwie niczego.

Pozdrawiam