Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Ostatnia miłość na Ziemi

life goes on

Ostatnia miłość na Ziemi

Ostatnia miłość na Ziemi (2011) Dania, Niemcy, Szwecja, Wielka Brytania

reżyseria: David Mackenzie
scenariusz: Kim Fupz Aakeson
aktorzy: Ewan McGregor, Eva Green, Ewen Bremner, Stephen Dillane, Denis Lawson, Connie Nielsen, Alastair Mackenzie
muzyka: Max Richter
zdjęcia: Giles Nuttgens
montaż: Jake Roberts

 (7/10)

Któregoś dnia, zupełnie bez ostrzeżenia, rozpoczyna się dziwne zjawisko.  Przypadkowi ludzie, nie mający ze sobą nic wspólnego, zaczynają tracić zmysł powonienia.  Nie wiadomo z jakiej przyczyny, nie wiadomo w jaki sposób przenosi się choroba, na ile jest zakaźna i czy w ogóle jest to choroba, czy coś zupełnie innego, dotąd nieznanego.  Objawem nadchodzącej utraty węchu jest chwilowa depresja, załamanie nerwowe, po którego ustaniu, człowiek przestaje wyczuwać jakiekolwiek zapachy.  To przedziwne zjawisko rozprzestrzenia się po całym świecie i wkrótce, choć nie wiadomo dokładnie po jakim czasie od ataku na pierwszy zmysł, zaatakowane zostają kolejne.  I tak, jeden po drugim, od węchu przez smak, słuch, aż po wzrok, ludzie tracą zmysły w wyniku nietypowej zarazy, której nie sposób opanować.  I która trwa i trwa, rozwija się w czasie.  Bo choć codzienny świat powoli zaczyna umierać, to życie... toczy się dalej.  Zmienia się, dostosowuje do coraz bardziej krytycznych warunków.  Bo zaraza to inny rodzaj epidemii, nie powodujący bezpośrednio śmierci, a prowadzący do diametralnych przemian.

Stąd też film ten jest dość powolną, choć przyspieszającą obserwacją tego jak przeobraża się świat w wyniku dziwnej epidemii.  Jak zmienia się rzeczywistość gdy zaczyna brakować zmysłów.  To smutne, oryginalne i pomysłowe spojrzenie pytające chociażby o to jak przypominać sobie piękne chwile z przeszłości bez możliwości kojarzenia ich z zapachami, jak czerpać przyjemność bez możliwości odczuwania smaku, i wreszcie jak porozumiewać się z kimkolwiek, jeśli pewnego dnia wszyscy stracą słuch?  Przerażająca to wizja, bo tak rozciągnięta w czasie, tak pełna świadomości tego co nadejdzie, co jeszcze się nie wydarzyło, ale wkrótce, nie wiedzieć tylko kiedy, się jednak stanie.  Bo gdy zanika drugi w kolejności zmysł smaku, pojawia się strach o te, które jeszcze pozostały.  Paraliżujący strach o to co dopiero się wydarzy, co jest tak nieuniknione.  A wtedy zostaje już tylko oczekiwanie na kolejne uszczerbki życia i zachłanne czerpanie z tego, co doświadczyć jeszcze można.  I dlatego, szczególnie pod koniec, to tak straszna wizja.  Bo choć nie wiążąca się bezpośrednio ze śmiercią, choć fizycznie nie zabijająca tysięcy, to odbierająca życie.  Po trochu, po kawałku, zabijająca każdego z osobna, choć teoretycznie pozostawiająca przy życiu.

"Ostatnia miłość na Ziemi" to jeden z tych filmów sci-fi, który do kreacji świata przyszłości (bądź równoległej rzeczywistości) nie potrzebuje efektów specjalnych i właściwie w ogóle nie koncentruje się na fantastycznym dodatku.  Dziwna choroba jest tu tylko pretekstem do obserwacji.  Czymś co pozostaje niewyjaśnione, ale w gruncie rzeczy wcale nie musi być tłumaczone.  Bo o skutki, a nie o przyczyny tu chodzi.  Nie obserwacja choroby, a ludzi jest tu najistotniejsza.  Spojrzenie na pewną epidemiolog i pewnego kucharza, spotkanych przypadkowo, którzy w obliczu zarazy stają się sobie bliscy.  Wspólnie, jedno obok drugiego, starają się przetrwać ten czas przemiany, czerpać jak najwięcej z ostatnich chwil normalności.  Doceniając to, co dotychczas było tak oczywiste, a przez to niedoceniane.  I o tym przede wszystkim jest ten obraz.  To pochwała dnia dzisiejszego.  To pochwała życia odczuwanego wszystkimi zmysłami.  Które możemy poczuć, zobaczyć, usłyszeć i dotknąć.  Które dzieje się na okrągło, każdego dnia i oby nigdy w takiej formie się nie skończyło.  Ukazująca ile można czerpać z życia, jak niezwykłe potrafi ono być, jak piękne, gdy wyczuwalne każdym danym nam zmysłem.  Jak niesamowite, gdy towarzyszy w nim drugi człowiek, gdy jest obecny ktoś, z kim dzielić można chwile dobre, ale co ważniejsze, również te złe.

sobota, 24 marca 2012, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: przynadziei, *.adsl.inetia.pl
2012/03/24 21:52:57
wczoraj też byłem na seansie - zrobił na mnie dobre wrażenie, ale wciąż jakoś nie mogę się zebrać by uporządkować myśli. Bliżej tej opowieści jednak mam wrażenie do opowieści o miłości niż do SF... Ale ciekawe na pewno
-
milczacy_krytyk
2012/03/25 13:27:50
Ciekawe i pomysłowe to na pewno - takiej wizji końca świata jeszcze w kinie nie było. Tylko, że jakoś mam wrażenie, nie za wiele z tego świetnego wyjściowego pomysłu wyciągnięto. Miałem apetyt na więcej i przez to czuję pewien niedosyt.
Pozdrawiam
-
2012/03/25 21:05:18
a jak wypadł McGregor? ostatnio dużo go w kinie i zauważyłem, że jest trochę nierówny.
-
milczacy_krytyk
2012/03/27 01:02:33
Dobrze wypadł. Nie zachwycił mnie jakoś szczególnie, ale gra na przyzwoitym poziomie. I faktycznie ostatnio go sporo w kinie.
Pozdrawiam