Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
John Carter

Barsoom

John Carter

John Carter (2012) USA

reżyseria: Andrew Stanton
scenariusz: Michael Chabon, Mark Andrews, Andrew Stanton
aktorzy: Taylor Kitsch, Lynn Collins, Samantha Morton, Willem Dafoe, Thomas Haden Church, Mark Strong, Ciarán Hinds, Dominic West, James Purefoy, Bryan Cranston, Polly Walker, Daryl Sabara, Arkie Reece,
muzyka: Michael Giacchino
zdjęcia: Daniel Mindel
montaż: Eric Zumbrunnen

na podstawie: powieści Edgara Rice Burroughsa "Księżniczka Marsa"

 (6/10)

Kto pierwszy ten lepszy.  Brutalne to prawo, tak bardzo obowiązujące w branży filmowej.  Co jakiś czas widać, jak na ekrany kin wchodzą bliźniaczo podobne produkcje, filmy mówiące o tym samym, tylko w odrobinę odmienny sposób.  Zazwyczaj bitwę o przyciągnięcie widzów do kin wygrywa ta, którą zobaczyć będą mogli jako pierwszą.  Ta prezentowana jako druga zwykle nie ma już szans na kasowy sukces (jakkolwiek by udana nie była), bo komu by się chciało po raz drugi oglądać właściwie to samo, tyle że chwilę później?  Stąd wyczucie czasu w tym biznesie jest niezwykle cenną umiejętnością.  Gdy kilka miesięcy temu zaczęły pojawiać się pierwsze materiały promocyjne do ”Johna Cartera”, chyba każdy, kto choć trochę interesuje się filmami, w tych prezentowanych obrazach zobaczył odbicia innych filmów.  Nie sposób było wręcz nie skojarzyć podobnych produkcji, tak bardzo rzucały się w oczy.  Dlatego bardzo ciekawe jak ten jeden z najdroższych filmów jakie dotychczas powstały, poradzi sobie w kasach kin na całym świecie.  Czy zaciekawi na tyle, by przyciągnąć do siebie miliony?  Bo skoro tak podobny do tego co już było, czy ktoś jeszcze będzie chciał go oglądać?

  

Z tym blockbusterem sprawa 'kto pierwszy ten lepszy' jest jednak dużo bardziej złożona.  "John Carter" to bowiem ekranizacja powieści (składającej się na cały cykl książek), która została napisana sto lat temu - aż wierzyć się nie chce, że tak dawno.  Tak naprawdę więc wszystkie zależności dotyczące podobności tej produkcji do innych, powinny być rozpatrywane w odwrotnej kolejności.  Bo to filmy, które przewijały się przez kina przez ostatnie lata tak naprawdę nawiązują do tej opowieści, a nie na odwrót.  Wszystkie te śmiałe pomysły w nich zawarte nie wzięły się znikąd.  Pytanie jednak, czy ta wiedza o prawdziwym pochodzeniu, o źródle inspiracji wielu, będzie miała jakikolwiek wpływ, jakiekolwiek znaczenie dla zwykłego widza podczas seansu tego filmu?  Obawiam się, że nie.  Z resztą samo źródło opowieści to jedno, a faktyczne wykonanie to co innego.  Bo gdyby jeszcze te tak dobrze znane składniki układały się w porywającą i zapierającą dech w piersiach całość, to nie miałoby to znaczenia.  A ponieważ tak nie jest, te odwrotne nawiązania narzucają się same i bardzo łatwo zapomnieć o właściwej kolejności inspiracji.

Choć, i tu pojawia się kolejne pytanie: czy tworząc ten obraz dzisiaj, po tylu latach i tylu poprzednikach - imitatorach, twórcy mieli jakąkolwiek możliwość wyjścia obroną ręką z takiej sytuacji?  Czy mieli możliwość sprawienia wrażenia świeżości i zaciekawienia swoją produkcją, tak by nie wydała się ona jedynie kopią kopii?  Chyba również nie.  Andrew Stanton, twórca najlepszego jak dotąd filmu Pixara (Wall.E), postawił przed sobą zadanie potwornie trudne i właściwie niemożliwe do wykonania.  Po pierwsze "John Carter" to jego pierwszy film aktorski - dotychczas pracował 'jedynie' przy animacjach, po drugie zdecydował się opowiedzieć historię, mając na karku wszystkich poprzedników.  I niestety jego debiut nie jest zbyt udany.  Jest tu wszystko to, co mogło znaleźć się w tego typu produkcji: samotny bohater, piękna księżniczka, spiskowcy i zdrajcy.  Niezwykłe plenery, fantastyczne scenografie, przedziwne stwory, niesamowite maszyny, wielkie sceny bitewne, podniosłe przemówienia, odrobina humoru, trochę romantyzmu i odrobina fantastyki w postaci chociażby dziwnych bóstw (o miejscu akcji nie wspominając).  Tylko, że te poszczególne elementy nie łączą się płynnie w większą całość.  Stanowią oddzielne części, którym nie udaje się stworzyć większego obrazu.

"John Carter" ma co prawda przebłyski, momenty znacznie lepsze od pozostałych, które czasem zaskakują, które czasem, choć na chwilę, ale jednak porywają - w dużej mierze dzięki udanej muzyce ilustracyjnej Michaela Giacchino (choć wolałbym, gdyby bardziej poszedł on w stronę genialnej kompozycji słyszanej w teaserze).  Ale ogólnie rzecz biorąc, brakuje tu energii, brakuje życia.  Jakby grawitacja dla tego obrazu była znacznie mocniejsza niż dla innych, i tak jak bohater dzięki słabszemu przyciąganiu na Czerwonej Planecie może skakać na niezwykłe odległości (świetny pomysł), tak sam film za nic nie potrafi wybić się ponad założenia, podskoczyć choćby odrobinę, i tylko od czasu do czasu udaje mu się lekko podnieść na palcach.  I choć trwa zaledwie dwie godziny, to ciągnie się niemiłosiernie, trwa i trwa i skończyć się nie może.  Właśnie przez ten brak lekkości, takiej iskry, która rozjaśniałaby tę produkcję.  Szkoda, że nie było szans na realizację tego blockbustera znacznie wcześniej.  Może te kilka lat temu oglądałoby się go lepiej.  Szkopuł jednak w tym, że realizacja tej historii, tak śmiałej od strony technicznej, nie była możliwa te kilka lat temu i dopiero teraz mogła tak korzystnie zaprezentować się na srebrnym ekranie.

  

Bo efekty w tym blockbusterze są prawdziwie oszałamiające, tak udane, że się ich prawie nie zauważa.  Stały się bowiem czymś tak naturalnym, tak doskonałym, że aż jakby prawdziwym.  Dlatego postaci zielonych mieszkańców Marsa ani razu nie wydają się być tylko sztucznym tworem.  To żywe istoty, dopracowane w każdym calu, zagrane przez prawdziwych aktorów (m.in. Willema Dafoe), którzy wyposażyli je w osobowość.  Kilka lat temu o takich rzeczach można było tylko pomarzyć.  I choć nie o występy aktorskie tu chodzi, to warto wspomnieć o Lynn Collins, najbardziej wyróżniającej się z całej obsady.  Jako księżniczka jest zadziorna, konkretna, pełna życia, piękna i sprytna, delikatna i waleczna.  Szkoda tylko trochę, że w jej relacji z głównym bohaterem brakuje chemii i nie tworzą najlepiej dobranej pary.  Szkoda również, że za produkcję tego obrazu odpowiedzialny był Disney.  Może też właśnie dlatego brakuje jej większego pazura, może dlatego jest ona chwilami tak nijaka?  Niepotrzebnie wzbogacona o rzadkie wstawki humorystyczne, ugrzeczniona i na siłę przyjazna.  Tylko po to by przypodobać się młodszym widzom.  Może gdyby potraktować tę historię odrobinę poważniej, wyszłaby z niej interesująca baśń dla dorosłych, a nie film-bajka o którym szybko się zapomni.

sobota, 10 marca 2012, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: szymalan, *.swietochlowice.vectranet.pl
2012/03/10 21:20:05
No ja już na trailerach podziękowałem, a recenzje które od zeszłego tygodnia się pojawiają są po prostu miażdzące biorąc pod uwagę jaki budżet przeznaczono na ten film i kto go zrobił. To może być nawet porażka Disneya roku w box officie, bo film ma fatalny marketing do tego (jeden trailer gorszy od drugiego, beznadziejnie nijaki plakat itd). No i trafiasz chyba w sedno pisząc, że najbardziej chyba zaszkodziła mu jednak data powstania: po Avatarach, Gwiezdnych wojnach, Supermanach i reszcie, trzeba światu zaproponować coś więcej niż film, który w reklamówkach wygląda jak miks tamtych filmów, i to średnio ciekawy.
-
milczacy_krytyk
2012/03/10 22:12:25
Budżet w tym filmie widać, i to nawet bardzo. Efektów specjalnych tu jest od groma, plany zdjęciowe są ogromne, dekoracje niesamowite, lokacje udające Marsa robią naprawdę wrażenie. Tak jak przy niektórych blockbusterach nie wiadomo za bardzo na co poszły te wszystkie miliony, tak tu widać to bardzo dokładnie.
To prawda, to może być największa wtopa tego roku, sporo osób porównuje ten film do "Wodnego świata", również niesamowicie drogiej produkcji, która poległa totalnie. Tylko, że "John Carter" od tamtego filmu jest jednak lepszy.
Mi się teaser podobał ogromnie, w dużej mierze dzięki fantastycznie dobranej muzyce - to jeden z moich ulubionych zwiastunów ostatnich miesięcy. Gdyby nie on, pewnie bym się nie wybrał na ten film, bo faktycznie ogólnie promocja tego obrazu leży i kwiczy - kolejne zwiastuny są fatalne, plakaty jeszcze gorsze.
Czy zaproponować coś więcej? Hm. Niekoniecznie. Nawet gdyby ten obraz był tylko zlepkiem tego co widzieliśmy już wcześniej, ale zlepkiem pełnym energii, w którym historia pędziłaby przed siebie, to i brak tego 'czegoś więcej' by tu nie przeszkadzał. Wtedy poleciałoby się z historią i seans można by uznać za naprawdę udany. A tak jest średni, bo pomimo wad ogląda się go całkiem przyjemnie.

Pozdrawiam
-
kaczy_mike
2012/03/11 12:26:19
Moje uwagi po seansie są bardzo zbliżone do Twoich.
Zgadzam się, że to spóźniony film, który mógłby się obronić, gdyby był ciekawiej opowiedziany. Patrz - casus Avatara - historia znana, ale opowieść, dzięki całej swojej otoczce, wciąga i ogląda się ją z dużą przyjemnością.

Dodam jeszcze, że ścieżka dźwiękowa nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Za bardzo przypominała motywy zaczerpnięte z nowych części "Gwiezdnych Wojen" (tzn. I-III), za mało dając "coś nowego".

Natomiast jeśli chodzi o "My Body Is A Cage" w coverze Gabriela, słyszane w trailerze, to utwór ten poznałem w siódmym sezonie "Housea" i od razu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Trzeba przyznać, że treściowo też bardzo pasuje do tego filmu. Rzeczywiście szkoda, że nie pojawił się w samej produkcji, bo mógłby wypaść naprawdę dobrze.
(Swoją drogą - polecam też wersję utworu z "teledyskiem", oddającym emocjonalną moc utworu) ;)
-
milczacy_krytyk
2012/03/12 00:36:20
W tym soundtracku nawiązań do innych ścieżek dźwiękowych jest od groma, nie tylko do nowych "Star Warsów". Słuchając go w całości już bez obrazu, co chwila miałem wrażenie, że to już gdzieś słyszałem. Albo więc Giacchino zaczyna się powtarzać, albo to całkiem celowe zabiegi - choć obawiam się, że jednak to pierwsze. Ale za to w samym filmie ta muzyka spisuje się moim zdaniem naprawdę dobrze.

"House'a" nie oglądam, więc nie miałem okazji wcześniej zapoznać się z tą piosenką. I to chyba nawet dobrze, dzięki temu zrobiła na mnie większe wrażenie w tym teaserze.
I nie chodziło mi o to by sama piosenka pojawiała się w filmie, tylko by soundtrack odpowiadał jej klimatowi. To by mogło być coś.

Pozdrawiam
PS. A teledysk - haha :D Uwielbiam Rickmana :D
-
kaczy_mike
2012/03/12 00:54:07
Hmm - a może i jedno, i drugie?! O ile to możliwe. ;)
No właśnie mi w trakcie seansu strasznie przeszkadzało, że są to dźwięki, które wielokrotnie już słyszałem. Które kojarzyły mi się z innymi obrazami, odsyłały mnie do nich, zamiast pozwolić mi się skupić na bieżących wydarzeniach. Także mnie jednak nie przekonała ta ścieżka dźwiękowa. (Nie przeczę jednak, że czasami takie odwołanie muzyczne dobrze się sprawdza. Po prostu tym razem, moim zdaniem, się nie sprawdziło).

Ja właśnie przez jej znajomość tym mocniej wychwyciłem ją w tym trailerze. ;)
Co do klimatu utworu, to rzeczywiście mogliby pójść w jego stronę, nawet jest parę momentów, gdy taka stylistyka bardzo by pasowała. Co do umieszczania samego utworu, to chodziło mi o to, że nawet mogliby się pokusić o taki krok, gdyż treściowo bardzo im odpowiada do scen wieńczących obraz.

A teledysk cieszę się, że przypadł do gustu. Tak przypuszczałem! :)
Pozdrowienia! :)
-
Gość: Agniecha, *.play-internet.pl
2012/03/13 13:51:06
mnie osobiście zwiastuny do tej produkcji jakoś nie przekonują. może to po prostu nie mój typ, bo ojciec szaleje i chodzi w kółko i gada
"John Carter, John Carter",
"a słyszałaś o Johnnym Carterze?",
Ja: "Idę do kina", Tata: "Na Johna Cartera?".
no heloooł.. :D
Ostatecznie pewnie właśnie ten film wybiorę, jak nie puszczą u mnie Śnieżki :D hańba im wszystkim! :D

Pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2012/03/14 00:54:16
do kaczy_mike
Całe szczęście ja w czasie seansu tych nawiązań i podobieństw nie wychwyciłem aż tak wiele (trochę tylko do poprzednich kompozycji Giacchino ta muzyka mi się podobna wydawała), więc w czasie seansu mi nie przeszkadzała. Dopiero w domu na spokojnie, już bez obrazu, usłyszałem ile w niej innych melodii jest zawartych.

Faktycznie, przy ostatnich scenach ta piosenka pasowałaby bardzo dobrze, nie pomyślałem o tym wcześniej. No ale niestety najczęściej filmy sobie, a zwiastuny sobie i nawet najgenialniejsze utwory słyszane w zapowiedziach nie pojawiają się w gotowych filmach - choćby nie wiadomo jakby się o to nie prosiło.

Pozdrawiam ;)
-
milczacy_krytyk
2012/03/14 00:56:31
do Agniecha
Z lekkich, przyjemnych i rozrywkowych filmów "John Carter" wypada obecnie najlepiej. Gdybym nie wiedział na co się wybrać do kina pewnie na niego bym poszedł w pierwszej kolejności.
A mówisz o "Śnieżce" z Julią Roberts czy tej mroczniejszej z Charlize Theron?