fgdfgd
fgdfgd abbbb
|
Blog > Komentarze do wpisu
Wstyd
we just come from a bad place...
Wstyd (2011) Wielka Brytania reżyseria: Steve McQueen
Wcale się nie dziwię, że Amerykanie tak bardzo wystraszyli się tego filmu. Nie dziwi mnie brak nominacji do Oscara dla Michaela Fassbendera, choć bez dwóch zdań takie wyróżnienie mu się należało. Nie dziwi mnie również nad wyraz wysoka kategoria wiekowa jaką otrzymał ten obraz (NC-17 przez które na salę kinową mogą wchodzić jedynie osoby mające powyżej siedemnastego roku życia), która zdarza się tak często, że praktycznie wcale, bo studia filmowe unikają jej jak ognia, bo już na starcie oznacza śmierć dla obrazu, ponieważ kinom nie opłaca się wyświetlać takich filmów. Kino amerykańskie, inaczej niż europejskie, cały czas panicznie boi się seksu i wszystkiego co z nim związane. Tym bardziej tego ukazywanego z bliska, bez jakichkolwiek upiększeń. Bo na ekranach kin za Oceanem można ludzi torturować, znęcać się nad nimi psychicznie i co częściej fizycznie, stosować wymyślną przemoc, ale by ukazać nagość, jakby nie było część życia, to już nie ma mowy. Bo jak to to tak? A we „Wstydzie” golizny jest od groma. Tej męskiej jak i żeńskiej, pierwszo jak i drugoplanowej. Tylko, że jak mogłoby jej nie być skoro film ten opowiada o seksoholiku? O mężczyźnie uzależnionym od kontaktów fizycznych, który myśli o nich na okrągło, w domu, w pracy, w czasie wolnym. Który przyciąga partnerki jak magnes i sam jest przez nie przyciągany, uprawiając seks w dowolnych kombinacjach, w każdym do tego nadającym się miejscu. W jaki lepszy, bardziej prawdziwy sposób można było przedstawić tę historię, jak właśnie nie w pełni odkryty? Ale dla Ameryki to zdecydowanie za wiele. Na szczęście jest jeszcze Europa i europejscy twórcy, którzy nie boją się zaglądać pod kołdrę, wręcz zdzierać ją zupełnie bez ostrzeżenia z ciał bohaterów. Zaglądać w najbardziej intymne fragmenty życia, nie bojąc się o nich opowiadać, nie bojąc się poruszać tematów po które nie sięga się zbyt często. A skoro kino rozlicza się z różnego rodzaju uzależnień, przeróżnych nałogów, to czemu miałoby pominąć, przemilczeć akurat taki? Steve McQueen wypełnia więc tę lukę, kreśląc bolesny, przygnębiający i ciężki portret skrzywionego człowieka, który przez swój nałóg nie jest w stanie normalnie żyć. Który przez swoje uzależnienie nie potrafi nawiązać żadnej naturalnej relacji z osobą płci przeciwnej. Który ma problem z wyrażaniem i przyjmowaniem uczuć. Który nie czuje bliskości, intymności, przywiązania. Nie odnajduje się w nich, nie potrafi spełnić, bo to dla niego już zdecydowanie zbyt słabe bodźce. Podświadomie tak upragnione, ale niemożliwe do osiągnięcia. Bo jedyne co jest w stanie go zaspokoić to chwilowe, gwałtowne spełnienia. Pozbawione uczuć, głębi, zimne ruchy, przynoszące tylko chwilową satysfakcję, a tak naprawdę jedynie pogłębiające jego przeogromny głód, pustkę i samotność. Głód bliskości, czułości otrzymywanej od drugiego człowieka. I choć bohater jest głęboko nieszczęśliwy, choć chciałby wieść inne życie, znajduje się w pułapce nałogu. Z jednej strony chcąc się z niej wyrwać, ale z drugiej uparcie do niej wracając. McQueen nie analizuje przyczyn takiego stanu rzeczy. Sugeruje co prawda co może być powodem takiego życia, ale nie szuka na siłę, nie wskazuje konkretnych odpowiedzi. Jedynie bardzo dokładnie przygląda się temu człowiekowi, jego cierpieniu i krótkim chwilom zaspokojenia, które łączą w sobie rozkosz ale i wewnętrzny, tłamszony, narastający ból. W tej obserwacji wpada jednak zdecydowanie zbyt często w zbyt długie przypatrywanie się, za długie spojrzenia. Zdecydowanie za często przeciąga kolejne sceny, z namaszczeniem patrząc na bohatera, na zwykłe czynności jego codziennego życia i stosunki jakie uprawia. Przekraczając odrobinę, ale jednak, granicę tego co za długie. Tym samym zamiast hipnotyzować, fascynować obrazem, atmosferą, zaczyna męczyć, nudzić i tracić tak potrzebną, zdobytą uwagę. Bo naprawdę, niektóre sceny mogły być odrobinę krótsze. Świetne jest tu pierwsze piętnaście minut, prawie całkowicie pozbawione słów wprowadzające w ten obraz ciekawą muzyką i przekrojem obrazów, bardzo skoncentrowanych, idealnie ułożonych. Później produkcja ta niestety ale coraz bardziej się rozmywa. Udaje jej się jednak coś ciekawego: przez ukazanie tych chłodnych stosunków, które kontynuuje bohater, nie obrzydza seksu jako takiego. Wręcz przeciwnie, zachwyca się tym kontaktem ciał, ale tylko wtedy gdy towarzyszy mu również zespolenie dusz. Bo wtedy z gwałtownego, brutalnego splotu ciał zamienia się on w coś znacznie więcej. W coś, co niestety dla bohatera jest stale niedostępne. wtorek, 28 lutego 2012, milczacy_krytyk
Tagi:
dramat
Komentarze
Gość: przynadziei, ip-93.159.44.75.static.crowley.pl
2012/02/29 15:47:18
dobry plakat znalazłeś, no i recenzja też trafna, pierwsze sceny wbijają w fotel, pod koniec ten klimat trochę się rozmywa...
2012/03/02 20:15:39
McQueena uwielbiam za "Głód", chyba wydaje się, że "Shame" wszyscy jednak oceniają już zacznie niżej, ale i tak z ciekawości do tematu i roli Fassbendera obejrzę.
2012/03/03 11:19:07
Znacznie gorzej może nie, ale jednak "Głód" był ciekawszym i bardziej hipnotyzującym filmem niż "Wstyd". I faktycznie warto, chociażby dla Fassbendera, oraz co trochę dla mnie zaskakujące także dla Mulligan, której takiej jak w tym filmie, jeszcze nigdy nie widziałem.
Pozdrawiam 2012/03/07 18:39:50
Świetny tekst! (Nawet bardziej niż zwykle). :) Dobra robota! ;)
Jeszcze większej chętki mi narobiłeś na ten obraz. Mam nadzieję, że uda mi się w niedalekiej przyszłości go zobaczyć. :) 2012/03/07 23:57:02
A dziękuję bardzo, miło mi czytać takie pochwały :)
Obejrzyj póki leci w kinach, na wielkim ekranie będzie robił lepsze wrażenie ;) Pozdrawiam 2012/03/08 00:46:17
Skoro tak mówisz, to tym bardziej się postaram! :)
(Choć z grafikiem bywa różnie). No i nie ma sprawy! :) Mówię jak jest po prostu! :) Pozdrawiam też! |