fgdfgd
fgdfgd abbbb
|
Blog > Komentarze do wpisu
Spadkobiercy
paradise
Spadkobiercy (2011) USA reżyseria: Alexander Payne na podstawie: powieści Kaui Hart Hemmings
"Spadkobiercy" to spokojny, przyjemny, chwilami ciepły, chwilami całkiem wzruszający film o tym, że w każdym miejscu na świecie, w każdej chwili, dzieje się życie. I nawet w tak pięknych, idyllicznych miejscach jak Hawaje, w tym raju na Ziemi, bywa ona czasem gorzkie, trudne i rozczarowujące. Bo nigdzie nie ma taryfy ulgowej, wszędzie dzieje się coś. A w życiu głównego bohatera ostatnio zdarza się wyjątkowo dużo. Jego żona, po nieszczęśliwym wypadku, zapadła w śpiączkę, z której może się już nigdy nie wybudzić. Dlatego też Matt musi na pełen etat zacząć opiekować się swoimi dwoma córkami, bo jak sam mówi, dotąd był jedynie rodzicem pomocniczym. Uczy się więc co robić z dziesięciolatką i próbuje złapać kontakt z odrobinę zbuntowaną siedemnastolatką. W między czasie jego kuzyni naciskają go do sprzedaży ogromnej powierzchni ziemi, która od lat należy do rodziny, a żeby tego jeszcze było mało, przez przypadek dowiaduje się, że jego żona od jakiegoś czasu go zdradzała. I z tym wszystkim, z tym codziennym życiem, w tak niecodziennym miejscu, będzie musiał się jakoś uporać. "Spadkobiercy" to zwyczajna - niezwyczajna historia. To film, który toczy się bardzo powoli, opowiada niby zwykłą historię ale w całkiem przyjemny sposób. A ponieważ to bardzo prosta, nieskomplikowana opowieść, jest przez to również mocno przewidywalna. Dlatego też o to jak rozwiną się wydarzenia, kolejne wątki, już na samym początku, domyślić się nie trudno. Choć całe szczęście nie o zaskoczenia tu chodzi, nie o same rozwiązania, a o klimat, o przeżycie atmosfery i ogrzanie się w jej cieple. Chodzi o dzianie się, o to co jest, a niekoniecznie o sam cel tej podróży i jej rozwiązania. Szkoda tylko, ze to obserwowanie zwyczajności jest takie nienadzwyczajne, takie mało konkretne. Czegoś w tej historii wyraźnie jednak brakuje, czegoś by się chciało tutaj więcej. Mało w tej produkcji pogłębienia, mocniejszego skupienia się na opowieści, mocniejszego wgłębienia się w bohaterów, silniejszego zarysowania problemów jakie czekają na Matta. W obecnej postaci wydaje się to wszystko potraktowane trochę jakby po łebkach, zbyt ogólnikowo i nieśmiało. To co jednak wybija się w tej produkcji to dwa, bardzo dobre występy aktorskie, które przyciągają do ekranu i zaciekawiają na tyle, że miło i przyjemnie ogląda się ten obraz do samego końca. Pierwszy z nich to występ George’a Clooney’a, który stworzył tu jedną z lepszych swych ról i jako starszy facet, który musi odnaleźć się w nowej sytuacji, wypada nad wyraz naturalnie i przekonująco. Na potrzeby tego występu pozbył się całe szczęście swej lekkiej, zabawnej maniery, która nie do końca pasowałaby do tej opowieści. Drugi występ, to ogromne zaskoczenie, niespodziewane objawienie, w postaci młodziutkiej Shailene Woodley, grającej tu starszą córkę Alexandrę. Ta młoda aktorka perfekcyjnie wcieliła się we wkurzoną nastolatkę, nie przesadzając ani razu, nie wpadając choćby odrobinę w schemat. Jest wprost idealna, kradnie każdą scenę dla siebie, nawet te, w których występuje razem z Clooneyem, a to osiągnięcie już naprawdę spore. Ciekawie jak potoczy się jej dalsza kariera, bo potencjał ma ogromny. Oby jak najlepiej! czwartek, 23 lutego 2012, milczacy_krytyk
|