Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Punktacja

10 - rewelacja!
9 - koniecznie
8 - warto
7 - dobry
6 - można obejrzeć
5 - OK
4 - da się obejrzeć
3 - beznadziejny
2 - kijem nie tykać
1 - dno dna
fgdfgd





fgdfgd


fgdfgd







abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Hugo i jego wynalazek

wynalazek marzeń

Hugo i jego wynalazek

Hugo i jego wynalazek (2011) USA

reżyseria: Martin Scorsese
scenariusz: John Logan
aktorzy: Ben Kingsley, Sacha Baron Cohen, Asa Butterfield, Chloë Grace Moretz, Ray Winstone, Emily Mortimer, Christopher Lee, Helen McCrory, Michael Stuhlbarg, Frances de la Tour, Richard Griffiths, Jude Law, Kevin Eldon, Gulliver McGrath, Emil Lager
muzyka: Howard Shore
zdjęcia: Robert Richardson
montaż: Thelma Schoonmaker

na podstawie: książki Briana Selznicka "Wynalazek Hugona Cabreta"

 (7/10)

Bardzo nierówny film.  Z jednej strony chwilami wprost zapierający dech w piersiach, wywołujący ciarki na ciele, prawdziwie piękny, wzruszający i poruszający.  Z drugiej jednak strony, zdecydowanie za długi, zbyt rozmywający się na kolejnych wątkach i niepotrzebnie starający się opowiedzieć zbyt wiele historii.  "Hugo" to teoretycznie, bo tak zapowiadały wszystkie zwiastuny promujące ten obraz, opowieść o pewnym chłopcu, który żyje samotnie na Dworcu Montparnasse w Paryżu.  Jest sierotą, a jego codziennym zajęciem jest nakręcanie i naprawianie dworcowych zegarów.  To zajęcie i miłość do różnego rodzaju mechanizmów odziedziczył po ojcu, który był zegarmistrzem.  Co jakiś czas chłopak podkrada pewnemu sklepikarzowi jego mechaniczne zabawki, by ich części wykorzystać do naprawy pewnego automatu mechanicznego w kształcie chłopca, pewnego rodzaju nakręcanego robota, którego wraz z ojcem mieli wspólnie naprawić.  Hugo ma nadzieję, że wprawiając w ruch tę maszynę, która jak się okazuje potrafi pisać, otrzyma ostatnią wiadomość od swego ojca i dzięki tej ostatniej myśli, przestanie być już tak samotny, odnajdzie sens w życiu.

Ta opowieść jest jednak zaledwie wstępem do filmu, jego właściwego przesłania i myśli jaką ze sobą niesie.  Bo wprawienie w ruch metalowego automatu zaprowadzi bohatera i jego nowo poznaną przyjaciółkę, do kolejnej tajemnicy, którą wspólnie postarają się rozwiązać.  I od momentu gdy wchodzimy na tę ścieżkę rozwiązywania zagadki, film ten staje się pieśnią pochwalną dla kina.  To bez wątpienia jedna z najpiękniejszych laurek jaką wystawiono dla dziesiątej muzy.  Bezgranicznie zachwycająca się tym cudem, niezwykłym wynalazkiem, tym snem na jawie.  Wychwalająca tę przepiękną krainę marzeń, do której każdy ma dostęp przez wielki, srebrny ekran.  Zachwycająca się magią kina, światem nieruchomych obrazów, które wprawiane w ruch, przenoszą w najróżniejsze miejsca, pokazując to co możliwe i to co zarezerwowane było wyłącznie dla wyobraźni.  Opowiadając niezwykłe historie, bawiąc, ucząc, wzbogacając wnętrze i pozwalając przeżyć niesamowite emocje. 

To właśnie wszystkie te momenty pokazujące niezwykłość filmów, zachwycające się niesamowitością tego świata, są najsilniejszymi punktami tego obrazu.  Cenne szczególnie dla tych, dla których kino to coś więcej niż tylko chwilowa rozrywka i śmierdzący popcorn.  Dla których kino to część życia, niewyczerpalne źródło zachwytów, okno na zupełnie inny świat, dla którego nie ma porównania, jakiejkolwiek konkurencji.  Scorsese pozwala nam przenieść się do tej rzeczywistości, odkrywając z bohaterami pewien sekret, mocno skrywany przez jednego z bohaterów. Czyni to odtwarzając na ekranie najstarsze filmy, kilkakrotnie obserwując reakcje publiczności na jednym z pierwszych publicznych pokazów filmowych, prezentującym wjeżdżającą na stację kolejową lokomotywę, która wzbudzała popłoch wśród widzów  Kilkakrotnie również pokazując nam słynną podróż na księżyc i wiele, wiele innych.  Cofając się w przeszłość i z niezwykłym wyczuciem i delikatnością, doceniając wyjątkowość taśmy filmowej, dźwięki wydawane przez stare projektory, proste sztuczki jak przycinanie taśmy w odpowiednich miejscach.  Wszystko po to by zadziwić publiczność, upodobnić seans filmowy do występu magika, zaczarować szarą rzeczywistość.

Scorsese patrząc w przeszłość i z ogromnym szacunkiem wspominając początki dzieła filmowego, jednocześnie bardzo śmiało spogląda przed siebie, w pełni korzystając z dobrodziejstw współczesnej techniki.  Wykorzystuje, chwilami wręcz w nadmiarze, efekty specjalne, przenosząc nas do Paryża lat trzydziestych XX wieku, umożliwiając chociażby swobodny przelot przez zatłoczony dworzec, między spieszącymi się pasażerami i odjeżdżającymi pociągami.  Co więcej, przedstawia swoją historię w jakości cyfrowej, do perfekcji doprowadzając dźwięk i ostry jak brzytwa obraz.  I wreszcie na koniec, dodaje modny obecnie, i podobno będący przyszłością kina, trzeci wymiar, który w jego wykonaniu jest jednym z najbardziej efektownych, przestrzennych i wyraźnych, jakie przez ostatnie miesiące można było zobaczyć na wielkim ekranie.  Co ważne, te nowoczesne sztuczki w jego rękach nie są tylko błyskotkami, to niezbędne narzędzia, dzięki którym stara się rozkochać nas w kinie.  To magiczne umiejętności, przez które nadal nie jest ono tylko chwilową modą, ale trwa od lat i trwać nadal będzie.

Ogromna więc szkoda, że ten przepiękny zachwyt kinem, który Scorsese tak przecudownie prowadzi, zbyt często zatraca się w niepotrzebnych wątkach pobocznych.  W dodanym zupełnie na siłę spojrzeniu na starszą parę: pewną Panią i czującego do niej coś Pana, który przez szczekliwego psa ma problem z nawiązaniem kontaktu.  Bo choć to wątek przyjemny, uroczy i pasujący do scenerii pięknego i zakochanego Paryża, do samej opowieści wnoszący niestety tyle co nic.  Zdecydowanie gorsza jest jednak postać dozorcy dworca, który z lubością, choć trudem, biega po peronach, ścigając błąkające sie sieroty, w tym głównego bohatera.  Tani to humor, mocno slapstickowy, zupełnie nie pasujący do głównego klimatu tej opowieści.  Denerwujący, nie tylko przez samego aktora, który w moich oczach już chyba zawsze będzie Boratem, ale i przez tę niepotrzebną, wymuszoną niezdarność, która choć może i jest odbiciem dla później pokazywanych tu filmów, nawiązuje bardzo mocno do początków, to jednak sama w sobie jest potwornie płytka.  Jej brak zdecydowanie zadziałałby tylko na korzyść tego obrazu.

P.S. Jak dobrze, że tym razem dystrybutor zlitował się i na siłę nie kierował tego obrazu dla młodszych widzów, wzbogacając/niszcząc go o nikomu niepotrzebny dubbing.  To by było czyste okrucieństwo.

wtorek, 14 lutego 2012, milczacy_krytyk
Komentarze
2012/02/15 10:39:08
Dobra recenzja, chociaż ode mnie oczko wyżej.
-
2012/02/15 10:47:55
Dzięki ;)
Ta siódemka to taka ocena wynikowa: za fragmenty wychwalające kino dałbym dziewięć, za biegającego po dworcu Borata maksymalnie pięć. I tak się siódemka stworzyła ;)
Pozdrawiam
-
2012/02/16 18:58:04
to co prawda mój Scorsese ulubiony, ale jeszcze nie widziałem:( Rzeczywiście film w kinach tylko z napisami, co mocno rozczarowało w ostatni weekend rodziców z dziećmi,ale mnie prywatnie też cieszy, bo dubbing popsułby efekt.
-
2012/02/16 19:33:17
No niestety promocja tego filmu wskazuje na to, że będzie to obraz dla całej rodziny, jeśli szczególnie właśnie nie dla dzieci, a o dziwo to produkcja dla zdecydowanie starszego widza, jeśli nie już dorosłego, i to jeszcze takiego, całkowicie rozkochanego w kinie.

Pozdrawiam
-
2012/02/17 14:38:56
A dla mnie cudo :) Nie rozumiem tego zarzutu o Barona Cohena, właśnie dlatego on taki jest, bo "Hugo" to ponad całą tę miłosną laurkę na cześć kina , to fantastycznie przygodowy, energiczny film familijny. Ten sam hołd w wersji dorosłej by wyglądał przecież zupełnie inaczej, nie tak kolorowo i nie z perspektywy zagubionego dziecka. I jednak nie tak też łopatologicznie, przecież cała ta warstwa filmoznawcza jest jednak uproszczona, można nic nie wiedziec o kinie niemym, a i tak się wszystko zrozumie. 8/10 (w sumie 7,5 ale podwyższam za trójwymiar)
-
2012/02/19 00:45:39
Ale Cohen i postać, którą gra przez swoją błazenadę odciągał mnie od tej pięknej laurki jaką Scorsese wystawił kinu. Gdybym oglądał w domu ten film, z wielką chęcią bym te wszystkie fragmenty poprzewijał, bo naprawdę męczyły mnie one potwornie. I nie wydaje mi się, że bez tych slapstickowych wstawek ten obraz by dużo stracił. Już w takiej formie jest skierowany do mocno starszego widza, a tak by niepotrzebnie nie mrugał do młodszej widowni, która znowu na jego drugiej części będzie musiała się wymęczyć.
Pozdrawiam