Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Dziewczyna z tatuażem

what is hidden in snow, comes forth in the thaw

Dziewczyna z tatuażem

Dziewczyna z tatuażem (2011) Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania

reżyseria: David Fincher
scenariusz: Steven Zaillian
aktorzy: Daniel Craig, Rooney Mara, Christopher Plummer, Stellan Skarsgard, Steven Berkoff, Robin Wright, Yorick van Wageningen, Joely Richardson, Geraldine James, Goran Višnjić, Donald Sumpter, Ulf Friberg, Bengt C.W. Carlsson, Tony Way, Maya Hansson-Bergqvist, Sarah Appelberg, Julian Sands, Anna Björk, Gustaf Hammarsten, Simon Reithner, David Dencik, Marcus Johansson, Mathilda von Essen, Mathias Palmér, Martin Jarvis, Inga Landgré, Anders Berg, Mats Andersson
muzyka: Trent Reznor, Atticus Ross
zdjęcia: Jeff Cronenweth
montaż: Angus Wall, Kirk Baxter

na podstawie: powieści Stiega Larssona "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"

 (8,5/10)

Długo nie byłem przekonany co do celowości realizacji tej produkcji.  Bo po co kręcić przeróbkę obrazu, który swoją premierę miał niecałe trzy lata temu i był do tego filmem, skromnie powiedziawszy, dobrym.  Jaki miałby być cel, pomijając ten oczywisty: finansowy?  Jedynym co przyciągało mnie do tego obrazu była osoba reżysera, który przez całą swoją karierę, przez ostatnie kilkanaście lat, nie zaliczył ani jednej wpadki, tworząc filmy wyraziste, wyróżniające się, wielokrotnie ocierające się o doskonałość.  Osoba reżysera, którego charakter idealnie pasował do tej opowieści, który chyba jak żaden inny mógł wiedzieć jak ją poprowadzić.  I z ogromną przyjemnością mogę napisać, że Fincher i tym razem nie zawiódł.  Stworzył obraz nieomal perfekcyjny, kryminał bliski ideału.  Zaryzykuję nawet twierdzenie, że udało mu się zrealizować obraz bardziej szwedzki niż zrobili to kilka lat temu sami Szwedzi.  Zimny, niepokojący, tajemniczy, poważny i chwilami mrożący krew w żyłach.  Obraz lepszy od pierwszej ekranizacji powieści Larssona.  Film, który ma tylko jedną wadę: jest zdecydowanie za krótki, co jest jednocześnie sporym komplementem, biorąc pod  uwagę, że trwa ponad dwie i pół godziny.  Szkoda, że do kin nie trafiła jednak pierwotna, trzygodzinna wersja, przy której upierał się reżyser, bo wtedy, mam wrażenie, byłby to film kompletny.

   

Od momentu gdy po raz pierwszy usłyszałem o planach realizacji tej produkcji, obawiałem się, że będzie ona niczym więcej, jak tylko remakiem szwedzkiego oryginału.  Całe szczęście tak jednak się nie stało.  "Dziewczyna z tatuażem" to nowe, autorskie spojrzenie na powieść Larssona, a co za tym idzie, nie jest to ordynarna kopia obraz sprzed niecałych trzech lat.  Nie jest to nieciekawa i zupełnie niepotrzebna powtórka z rozrywki.  I chyba właśnie przez takie odcinające się od poprzedniego filmu podejście do tej historii, Fincherowi udało się coś niebywałego.  Udało mu się opowiedzieć tę znaną już dla wielu historię w taki sposób, że wydaje się świeża, nieznana, intrygująca.  Ponieważ całkiem dobrze pamiętam szwedzki film, obawiałem się, że seans tego obrazu ograniczy się jedynie do bieżącego porównywania obu produkcji, przypominania sobie kolejnych scen i cichego decydowania, które wypadły lepiej, a które nie.  Tak nie jest.  To niezwykłe, ale od pierwszych minut seansu całkowicie zapomniałem o poprzednim obrazie.  Niebywale mocno wciągnęła mnie ta produkcja.  Od pierwszych chwil, od genialnej rozbiegówki, zatopiłem się w niej po uszy.

   

To niesamowite jak perfekcyjnie udała sie ta próba przeniesienia na ekran powieści, która reprezentuje gatunek bardzo trudny do zekranizowania, jakim bez wątpienia jest kryminał.  Atrakcyjny na kartach powieści, ożywiony na ekranie, bardzo łatwo może stać się nudnym i nieciekawym doświadczeniem.  Bo o ile jeszcze szukanie odpowiedzi na pytanie kto zabił, prowadzenie żmudnego i niezbyt atrakcyjnego śledztwa, polegającego przede wszystkim na wyszukiwaniu przegapionych kiedyś informacji w tonach starych dokumentów i przyglądanie się archiwalnym fotografiom, może zostać opisane w powieści w pasjonujący sposób, o tyle na wielkim ekranie nie wydaje się być najciekawszym materiałem na trzymający w napięciu thriller.  Jednakże gdy zabiera się za niego reżyser, który z teoretycznie niemożliwej do przedstawienia historii, o powstaniu portalu społecznościowego, zrealizował film, który ogląda się jednym tchem, to nawet najnudniejsze przekopywanie się przez sterty dokumentów staje się czynnością niezwykle ekscytującą i zajmującą.  A ponieważ twórcy dają nam równoczesną szansę szukania odpowiedzi wraz z bohaterami, to teoretycznie niezbyt atrakcyjne śledztwo staje się dla nas zdecydowanie ciekawsze.  Bo razem wypatrujemy na fotografiach ukrytych szczegółów, staramy się skojarzyć fakty, połączyć kolejne luźne fragmenty nierozwiązanej dotąd układanki.

   

Całe szczęście twórcy amerykańskiej wersji pierwszej części Millenium (oby wkrótce powstały dwie kontynuacje!) nie zdecydowali się na amerykanizowanie swojej opowieści i pozostawili akcję we właściwym dla niej miejscu.  Ta mroczna historia rozgrywa się nadal w Szwecji, o czym co jakiś czas dyskretnie przypominają nam twórcy, i co sami również bardzo wyraźnie możemy odczuć.  Bohaterowie noszą skandynawskie imiona i nazwiska, czasem wtrącają jakieś małe, obce dla nas słowa, niektóre postaci mówią z wyczuwalnym akcentem, i nawet automatyczne komunikaty informujące o braku zasięgu sieci komórkowej, przemawiają najpierw w języku szwedzkim.  Wszystko to powoduje, że ani przez chwilę nie wątpimy, w jakiej części świata się znajdujemy, od razu wyczuwamy ten mroźny klimat i nawet wypowiadany przez bohaterów język angielski, nie przeszkadza tu ani trochę.  W budowaniu tego chłodnego klimatu rewelacyjnie pomaga fenomenalnie dopasowana muzyka Trenta Reznora i Atticus Ross.  Jest delikatna i jakby niewinna, ale równocześnie przedziwnie niepokojąca i mroźna.  I co ciekawe, tak jak nie porwał mnie specjalnie poprzedni soundtrack tego duetu, tak ten, zachwyca mnie coraz bardziej, bo nie tylko brzmi dobrze poza obrazem (nie potrafię zliczyć ile razy już go przesłuchałem), ale również perfekcyjnie kreuje zimną atmosferę tego kryminału.

   

I już na koniec, koniecznie trzeba jeszcze wspomnieć o aktorach.  Ich występy to inne spojrzenia na postaci znane z poprzedniego filmu.  Skromniejsze, chwilami można pomyśleć, że jakby nawet odrobinę wyblakłe, ale przez to lepiej wpisujące się w tę opowieść, mocniej przyciągające uwagę.  Świetnie wypadł tu Daniel Craig jako zmęczony dziennikarz, który decyduje się na rozpoczęcie śledztwa, dzięki któremu będzie mógł na jakiś czas ukryć się przed światem, po tym jak został oskarżony o zniesławienie znanego przedsiębiorcy i milionera.  Jest spokojny, dociekliwy i intrygujący.  Jednak choć zagrał wyśmienicie, jego występ przyćmiła młodziutka Rooney Mara.  Dokładnie tak jak mówił w wywiadach, ukradła cały film dla siebie, dosłownie każdą scenę, w której się pojawiała.  Rooney spojrzała na swoją bohaterkę z trochę innej strony niż jej poprzedniczka i co niesamowite, przez takie odmienne podejście, udało jej się zagrać Lisbeth w sposób lepszy, ciekawszy i pełniejszy.  Jej Lisbeth jest bardziej niejednoznaczna, z jednej strony bardzo zamknięta w sobie, agresywna, ale pod tą maską niedostępności kryje się wrażliwa dziewczyna, która pragnie normalności, bliskości.  Przez swoją niespodziewaną delikatność stała się bohaterką jeszcze ciekawszą, jeszcze bardziej niezwykłą.

czwartek, 19 stycznia 2012, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
peckinpah
2012/01/20 15:34:13
U mnie ocena byłaby taka sama albo podobna (8 albo 9). Tylko że ja w przeciwieństwie do Ciebie nie jestem pewien, czy jest to film lepszy od szwedzkiej wersji. Myślę, że określiłeś ten film lepszym tylko dlatego, że reżyserem jest Fincher. Ale przecież w szwedzkiej wersji niektóre pomysły były bardziej przemyślane, np. ten z rozwikłaniem kodu biblijnego przez Lisbeth, a nie jak w książce - przez córkę głównego bohatera. Fincher wybrał tę drugą, gorszą opcję, wyszło nieźle, mnie to nie raziło, ale jednak Szwedzi w paru momentach wykazali się większą kreatywnością. Jedyne co w filmie Finchera jest zdecydowanie lepsze to muzyka i pomysłowa czołówka. "Dziewczyna z tatuażem" to jednak z całą pewnością znakomity film, nie jest ani przez chwilę nudny i też bym chętnie obejrzał wersję trzygodzinną, bo odniosłem wrażenie, że np. moment kulminacyjny (Anita/Harriet) nie jest przedstawiony dość jasno i kompletnie.
-
Gość: szymalan, *.stk.vectranet.pl
2012/01/20 22:24:09
I pięknie. Cieszy mnie każda pozytywna recenzja tego filmu, bo to przykład kina zrobionego z taką nerdowską pasją i umiłowaniem do detalu, że człowiek ma ochotę zjeśc ekran. Z jednym się tylko pozwolę taktownie nie zgodzić - jak dla mnie ta wersja wystarczy , mimo wszystko wolałbym, żeby ten obraz nie wychodził poza 160 minut. Tempo wydawało mi się (montaż na Oscara, bezdyskusyjnie) tak świetnie , prezycyjne rozplanowane na cały film, że wolałbym, aby Fincher nie ryzykował już za bardzo w tej kwestii (słuchałem wywiadu z Fincherem, który zresztą stwierdził, że obciął 20 minut własnie z dwóch powodów - bo były raczej słabsze niż reszta, i bo rozwadniały tempo - wersji reżyserskiej na dvd nie będzie). W ogóle strasznie podobało mi się jak scenarzysta "ufilmowił" bardzo niefilmowe zakończenie z książki (z czym się rozmija na moment moja opinia z opinią Peckinpaha :P) (możliwy SPOILER) - wyrzucenie całej tej masy niepotrzebności, spędzania czasu w więzieniu, oczekiwania niewiadomo jak długo w beczynności, pisania meili, wycieczek do Australii itd. Oprócz tego rezygnacja z bóg wie jak to odkrywczego spojrzenia na tło społeczne Szwecji też mnie cieszy, wszystko jest bardziej sugerowane (w końcu to Fincher, facet nie robi dramatów społecznych czy kina moralnego niepokoju - on dzierga obsesyjne, precyzyjne kryminały). Mnie się to w pełni autorskie spojrzenie na tę powieść szalenie podoba. Znakomite kino i ta sama ocena ode mnie.

PS ten film coś namiesza w OBFach 2012 , czuję to w kościach :-))
-
milczacy_krytyk
2012/01/21 00:57:03
do peckinpah:
Nie tylko dlatego ;)
Wersja amerykańska nie dość, że wciągnęła mnie bardziej niż szwedzka (a przecież oglądałem ją jako drugą, więc powinno być na odwrót), to jeszcze wydała mi się zimniejsza, bardziej klimatyczna. Do tego bardziej spodobały mi się występy aktorskie - i Mary i Craiga, którzy moim zdaniem stworzyli ciekawsze postaci, no i wreszcie sama muzyka mnie zachwyciła niebywale.

Książki Larssona nie czytałem (jeszcze), więc nie mam porównania z nią, słyszałem jedynie, że to o dziwo właśnie Amerykanie są jej wierniejsi i wprowadzili mniej zmian niż Szwedzi, między innymi właśnie w powiązaniu odnalezionych kodów z Biblią, o czym piszesz. I tak jak Tobie ten pomysł wydał się gorszy, tak mi spodobał się bardziej ;)

Co do wyjaśnienia Harriet/Ana odniosłem takie samo wrażenie ;]

Pozdrawiam!
-
milczacy_krytyk
2012/01/21 01:06:12
do szymalan:
Masz może gdzieś pod ręką ten wywiad? Z chęcią bym sobie go również posłuchał :]

Szkoda, że nie będzie wersji reżyserskiej. Może faktycznie te dodatkowe minuty trochę za mocno rozwodniłyby ten obraz, ale ja w czasie seansu miałem wrażenie, że czegoś tu jednak zabrakło. Że śledztwo poszło w pewnym momencie jakby za szybko i końcówka za bardzo przyspieszyła w porównaniu z pierwszą połową tej produkcji. Nie wiem, może faktycznie te fragmenty, które nie znalazły się w filmie, wiele więcej by nie wniosły, ale jednak ten przeskok między poszukiwaniami, a potrójnym zakończeniem wydał mi się za duży.

Mi również to zakończenie się bardzo podobało, wypada ono zdecydowanie lepiej niż to w wersji szwedzkiej. I nawet nie przeszkadza mi to, że jest tak rozczłonkowane: najpierw kończymy z mordercą, potem z Harriet, a na samym końcu z procesem i bohaterami. Tak jak normalnie nie przepadam za takim zbyt długim zamykaniem wątków, tak tu w ogóle mnie to nie raziło.

Oj tak, może narozrabiać ;]

Pozdrawiam!
-
2012/01/21 11:24:11
mnie podobało się o wiele bardziej niż szwedzka wersja. Świetne kino.
-
Gość: szymalan, *.stk.vectranet.pl
2012/01/21 13:27:45
łap linka: collider.com/david-fincher-girl-with-the-dragon-tattoo-interview/133678/
:-)
-
froasia
2012/01/22 12:50:16
No ja się przede wszystkim cieszę, że Fincher pozostał Fincherem, że film jest szybki i nie nudzą się na nim nawet Ci, którzy znają tę historię na pamięć.
-
milczacy_krytyk
2012/01/22 18:32:07
do szymalan:
Dzięki wielkie za linka :) Przy okazji przesłuchałem sobie konferencji prasowej z reżyserem i dwójką głównych aktorów. Świetna sprawa :]

do froasia:
To prawda, to wielkie osiągnięcie nakręcić ten film w taki sposób, by nawet znając książki i poprzednią produkcję, oglądało się go jakby po raz pierwszy poznawało się tę historię. Kolejny już raz Fincher pokazał klasę.

Pozdrawiam
-
maethi
2012/01/29 09:10:12
Hm :). Czytałem recenzję już kilka razy i w większości się zgadzam z Tobą. Inaczej odebrałem muzykę - oddzielnie lekko drażni - ale w filmie perfekcyjna.

I tak jak wiele osó krytykuję Rooney, że wypadła dziecinnie, to ja myślę, że zagrała wspaniale i zasłużyła na nominacje :). Książki nie czytałem, szwedzkiego odpowiednika też nie - ale po tym seansie sięgne po te pozycje! :)
-
milczacy_krytyk
2012/01/29 14:36:55
Muzyka drażniła mnie tylko początkowo. Gdy po raz pierwszy na filmwebie usłyszałem sześć wybranych utworów z soundtracku myślałem, że nie będę w stanie wysłuchać ich do końca. Ale później, gdy przesłuchałem cały soundtrack kilka razy, wkręciłem się w niego bardzo.
A co do Rooney, szkoda, że w tym roku jest tak silna konkurencja w kategorii Najlepsza Aktorka, bo jej rola jest warta nagrodzenia.

Pozdrawiam!