Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Darwin. Miłość i ewolucja

everything

CreationDarwin. Miłość i ewolucja (2009) Wielka Brytania

reżyseria: Jon Amiel
scenariusz: John Collee
aktorzy: Jennifer Connelly, Paul Bettany, Toby Jones, Jeremy Northam, Benedict Cumberbatch, Jim Carter, Bill Patterson, Harrison Sansostri, Christopher Dunkin, Martha West, Freya Parks, Gene Goodman
muzyka: Christopher Young
zdjęcia: Jess Hall
montaż: Melanie Oliver

na podstawie: powieści "Annie's Box" Randala Keynesa

 (8/10)

Mniej więcej dwa lata temu po raz pierwszy usłyszałem soundtrack do tego filmu.  Zaskoczył, zaczarował, zachwycił mnie od pierwszych sekund, od pierwszych zasłyszanych nut.  I choć chwilami odrobinę za bardzo przypominał mi on również ukochaną muzykę do "Osady" Jamesa Newtona Howarda, stał się od razu jedną z moich ulubionych ścieżek dźwiękowych - może właśnie po części dlatego.  Ten genialny soundtrack był podstawowym powodem dla którego sięgnąłem po film Jona Amiela.  Gdyby nie ta przejmująca muzyka, pewnie nawet nie zwróciłbym na niego uwagi.  Po seansie mogę powiedzieć, że to właśnie muzyka Christophera Younga stworzyła ten obraz, to ona jest jego głównym budulcem.  Soundtrack ten jest bez wątpienia jednym z najpiękniejszych jakie słyszałem w swoim życiu i jest on zdecydowanie lepszy niż sam film.  Piękno w najczystszym wydaniu, niebywała doskonałość.  Delikatny, zwiewny, magiczny, przepełniony emocjami, błyskawicznie zapadający w pamięć, perfekcyjnie budujący atmosferę, przenoszący uczucia bohaterów na dźwięki i wyczuwalne emocje.  Nieprawdopodobnie smutny, ale jednocześnie jakby radosny, chwilami rozrywający serce.  Tak przepełniony emocjami, że bardziej się juz chyba nie da.  Bez wątpienia gdyby nie muzyka, nie byłoby również samego filmu, lub byłby on jedynie bladym cieniem swojego obecnego kształtu.

   

"Creation" (nie zamierzam używać idiotycznego polskiego tytułu) to interesująca historia, przepływająca między różnymi czasami, chwilami niezauważalnie przemieszczająca się z przeszłości w teraźniejszość i znów do niej powracająca.  Raz dane jest nam widzieć młodego Charlesa Darwina, gdy rozpoczyna pisanie swojego wielkiego dzieła, raz spoglądamy na niego, gdy jest już dużo starszy, zaczyna się coraz gorzej czuć i ma problemy z ukończeniem swojej książki.  Prócz tej podróży między czasami, dochodzą również wspomnienia bohatera, pojawiające się mu przed oczami wyobrażenia, oraz niezwykle wyraźne sny, które miewa.  Początkowo przez taką konstrukcję tego obrazu, ma się wrażenie przesytu, chaosu, ale z czasem te kolejne obrazy zaczynają się łączyć, tworzyć jedną, bardzo spójną całość.  Całość zachwycającą się naturą, każdym żywym stworzeniem stąpającym po Ziemi.  Tym co nas otacza, tym niezwykłym, żyjącym cyklem, wzajemnymi zależnościami, zachwycającą złożonością.  „Creation” to jednak przede wszystkim obraz, w niezwykle emocjonalny sposób mówiący, o tęsknocie, o niemożności poradzenia sobie ze stratą, z żalem, ze śmiercią niezwykle bliskiej osoby.  O dwóch drogach na pogodzenie się: religijnej i tej całkowicie odrzucającej istnienie siły wyższej.  Tej, którą wybrał bohater, uciekając w naukę, zrywając z religią, po przeżyciu pewnej straszliwej tragedii.

Co ciekawe najważniejsza w tym obrazie, i najbardziej wysunięta na pierwszy plan, jest historia niesamowicie silnej więzi ojca i najstarszej córki, która tak jak on jest typem naukowca, która wierzy w jego opowieści, jest zafascynowana światem, organizmami, życiem samym w sobie, która uwielbia słuchać przeróżne historie jakie on jej opowiada.  Historia chwilami niebywale wzruszająca, chwytająca za serce (hydroterapia, końcowa opowieść o małpce).  Produkcja ta nie zgłębia za to samej teorii Darwina, nie ukazuje w szczegółach jak ona powstawała, nie wgłębia się w prace, jakie musiał on poczynić przygotowując się do jej stworzenia, oraz późniejszego spisania.  Nie ukazuje również tego jak zareagowało później na nią środowisko naukowe i społeczeństwo.  Praca nad książką dzieje się jakby obok, jakby zupełnie przy okazji.  Dla reżysera zdecydowanie ważniejsze są relacje bohatera z córką i to one przede wszystkim napędzają ten film.  Stąd też krótkie słowo wstępne, jakie pojawia się podczas napisów początkowych, mówiące o tym, że film ten opowiada historię powstania dzieła "O powstaniu gatunków" z 1859 roku, jest odrobinę mylący i niepotrzebnie ukierunkowuje naszą uwagę na inne tory.  Dlatego pierwsza połowa tego obrazu wydaje się być tu jakby nie na temat.  Ale taka nie jest, bo nie dzieło samo w sobie jest tu ważne, a bohaterowie i to, przez co przeszli w czasie jego tworzenia.

   

Przy okazji, ale też również jakby gdzieś obok, wplątywane są tu rozważania na temat nauki i wiary.  Bo Darwin jakiego portretuje reżyser, zdaje sobie sprawę jak jego teorie wpłyną na świat, jakie mogą wyniknąć z nich konsekwencje, jak bardzo zaburzą one ustalony porządek rzeczy.  Zastanawia się więc czy może, jak sam mówi, pozwolić sobie na taką całkowitą przebudowę łodzi, na której płynie cały świat włącznie z nim.  Obawia sie bowiem czy jego teorie nie pozbawią wiary, miłości i harmonii jaka teoretycznie panuje na świecie.  Reżyser ukazuje rozdarcie bohatera, jego wahania, wątpliwości jakie miewa, zastanawiając się nieustannie czy ogłoszenie teorii ma sens.  Bo jako naukowiec widzi coś oczywistego, co stoi jednak w sprzeczności z prawionymi naukami, z którymi on sam również wyrósł, a jego spostrzeżenia na temat natury, świata stoją w poprzek nich.  I ten niejako sprzeciw, na który ma się zdecydować go męczy, nie jest pewny czy jest na niego gotowy.  Domyśla się jakie będą jego konsekwencje, bo widzi jak na jeszcze nie zapisane ale już głoszone teorie, reaguje zaprzyjaźniony pastor, oraz wierząca żona.  Wszystkie jego myśli, obawy, które go nachodzą, unaocznione są tu najczęściej w postaci snów jakie miewa, lub rozmów jakie odbywa z najstarszą córką.  Świetnie odegranych rozmów.

wtorek, 15 listopada 2011, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Kasia, *.dynamic.chello.pl
2011/12/07 19:15:04
Czytając Twoją recenzję muszę stwierdzić, że... miałam niemalże identyczne odczucia! :) Na film trafiłam właściwie przypadkiem, przerzucając kanały trafiłam na Canal+, gdzie film dopiero się zaczął. Minuta po minucie... i wiedziałam, że już do końca nie odejdę od telewizora. A soundtrack? Odczucia znowu te same :)

PS Piszesz naprawdę ciekawe recenzje ;)
-
milczacy_krytyk
2011/12/07 20:14:44
Cieszę się, że dobrze się czytało tę recenzję oraz, że pozostałe się podobają :)
Pozdrawiam!