Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
5.AAFF dzień 7

 5.AAFF / dzień 7 / Stepy

Stepy

Stepy (2010) Belgia, Polska

reżyseria i scenariusz: Vanja d' Alcantara
aktorzy: Agnieszka Grochowska, Aleksandra Justa, Borys Szyc, Ahan Zolanbiek, Tatiana Tarskaja
zdjęcia: Ruben Impens
montaż: Virgine Messiaen

 (7/10)

"Stepy” to ostatni film jaki został zaprezentowany podczas piątej edycji festiwalu All About Freedom.  Opowiadający nieskomplikowaną historię, którą można by spokojnie streścić w kilku zdaniach.  Młoda kobieta na początku Drugiej Wojny Światowej zostaje, wraz z małym dzieckiem, deportowana przez Armię Czerwoną, w najdalsze rejony Związku Radzieckiego.  Tam przyjdzie jej się zmierzyć, z ekstremalnymi warunkami, wykonując od świtu do nocy ciężką pracę fizyczną.  Wraz z innymi przebywającymi w sowchozie kobietami, wykopując węgiel, kopiąc doły, będąc stale popędzaną przez nadzorujących je Rosjan.  W tym niezwykłym miejscu, wymęczone ciężką pracą, osłabione przez niewielkie porcje żywności, które otrzymują bądź też nie, w zależności od widzimisię oficerów, kobiety starają się przetrwać to zniewolenie.  Bo z miejsca w którym się znalazły, nie da się uciec.  Ale nie dlatego, bo jest ściśle pilnowane, czy odgrodzone od reszty świata.  Ich więzieniem jest przestrzeń.  Ciągnące się prawie w nieskończoność kilometry stepów, na których nie ma dosłownie niczego.  Niezwykle piękne miejsce, które jednocześnie przytłacza swoją wielkością, przeraża swym ogromem.

"Stepy" to film bardzo prosty i niezwykle surowy.  Posiadający jakby odrobinę wyblakłe, rozmazane zdjęcia, nie wzbogacony chyba w ogóle o muzykę - jedyny utwór jaki dosłyszałem, pojawia się dopiero przy napisach końcowych, choć i ten jest skromny i nienarzucający się.  Niewiele w tym filmie również dialogów.  Te, które się już w nim pojawiają, nie są o dziwo tak istotne i równie dobrze mogłoby ich nawet nie być.  Są dziwne, niezbyt naturalne, co zostało zauważone w trakcie debaty, jaka odbyła się tuż po projekcji.  Są, jak ładnie to ujęto, kanciaste.  Ale tak podobno właśnie miało być, taki był zamysł reżyserki i w jednej osobie scenarzystki.  Czemu?  Ciężko stwierdzić, ale wiadomo przynajmniej, że nie jest to przypadek.  Całe szczęście rozmów w tym obrazie nie ma wiele, więc udaje się im nie zepsuć panującej atmosfery, a dzięki wydłużonym momentom pozbawionym słów, w których jedynie obserwujemy bohaterki, nawet sceny lekko zniekształcone przez dialogi, potrafią w sumie dobrze wypaść, nieść ze sobą coś więcej niż tylko dosłowny przekaz.  W porównaniu do innych festiwalowych obrazów, na tym, mam wrażenie, publiczność chyba najdłużej nie podnosiła się z miejsc.  Nie poderwała się przy pierwszych napisach, nie poruszyła również gdy światło zaczęło się zapalać.  Nie odczułem takiego natychmiastowego poruszenia.  Być może to specyfika akurat wczorajszej publiki, a może to jednak zasługa samego filmu, który tak zahipnotyzował, że potrzeba było aż czasu, by się z niego wzbudzić, ocknąć.

Film belgijskiej reżyserki pokazuje bezsilność, całkowitą bezradność kobiet w sytuacji w jakiej się znalazły.  Ale nie skupia się przy tym na ich życiu w sowchozie, nie analizuje, nie pogłębia, nie rozwija tego tematu.  To, jak wyglądała ich codzienna egzystencja wypływa z drobnych sugestii, niewielkich sytuacji, ale nie jest głównym tematem tego obrazu.  Reżyserka przede wszystkim skupia się na głównej bohaterce i jej walce o utrzymanie zdrowia jej jedynego synka.  Dlatego pod koniec ma się trochę wrażenie, że ten obraz został nadto uproszczony.  Nie mówiąc o warunkach jakie panowały w gospodarstwie, o głodzie, zimnie, tęsknocie, fizycznym bólu, jedynie nieśmiało zaznaczając te aspekty pobytu na stepach, reżyserka jakby pomija wpływ tych wydarzeń na bohaterkę.  Przez to pod koniec wydaje się nawet, jakby ten etap w jej życiu nie był niczym poważnym, szczególnym czy strasznym.  Ale całe szczęście wtedy rozpoczyna się ostatnia scena.  Piękny zachód słońca, pomarańczowe promienie oświetlające w nietypowy sposób krajobraz, bohaterów.  Zero słów.  Niesamowicie prosta scena, niezwykle prosta sytuacja, ale niosąca ze sobą wystarczający ładunek emocjonalny, mówiąca o bohaterce i tym co czuje, więcej niż tysiąc słów. To wystarcza.

piątek, 14 października 2011, milczacy_krytyk

Polecane wpisy